To były piękne dni……

To były piękne dni,
Po prostu piękne dni,
Nie zna już dziś kalendarz takich dat..…..

Naprawdę spędziłam piękne i miłe dni w gościnnym domu Magdy i Jacka. To były dla mnie wspaniałe wczasy, wśród osób naprawdę
mnie kochających, dali mi nie tylko gościnę, ale i wiele serca, pewnie żadne wczasy nie zapewniłyby mi milszych dni.
Niestety w tym roku mój fundusz niezbyt pozwalał mi na wyjazd z dusznego Krakowa, dlatego Magda z Jackiem postanowili, że powinnam odpocząć w Modlnicy, w końcu nie jest to już miasto i jest to jednak dla mnie pewna odmiana. Pogoda oczywiście dopisała aż nadto i ze strachem myślałam o tym, jakby w te piekielnie duszne dni wyglądał mój pobyt we własnym domu, moje bardzo popuchnięte nogi pewnie nie wytrzymałyby tego naporu i mogło dojść np. do popękania skóry, a potem do bolesnych owrzodzeń. Na szczęście się tak nie stało. Magda zresztą bardzo pilnowała mojego leczenia, wręcz wdrożyła mi dyscyplinę w opiece nad moimi kończynami, za co jestem Jej bardzo wdzięczna. Jacek też usiłował mnie wspierać w moim leczeniu i nawet kupił mi ( wstrętny) wyciąg z soku brzozy, który mu polecili w aptece, po którym, gdy tylko łyknęłam jedną łyżeczkę myślałam, że oczy wyskoczą mi z orbit. Wiem, lekarstwa  wcale nie muszą być pyszne, ale ten wyciąg akurat wyraźnie mi nie posłużył. Wiem, że chciał dobrze, ale może mój organizm akurat nie toleruje takich smaków? Już wiem, ten wyciąg z soku brzozy był na spirytusie, widać mój wrzód stanowczo powiedział NIE!, a ja się muszę mojego wrzodzika słuchać, inaczej daje mi popalić.
Magda i Jacek pracowali, więc całe przedpołudnie spędzałam samotnie ( Olcia najczęściej siedziała u siebie w pokoju), ale wcale się nie nudziłam, trochę oglądałam TV, trochę drzemałam, albo chwilkę posiedziałam na necie, ale w te bardzo gorące dnie nawet internet niezbyt mnie nęcił, no i czytałam tą ciekawą książkę o której już na moim blogu wspominałam. Udało mi się nawet zawrzeć miłą „znajomość” z bardzo sympatycznym panem  listonoszem, co prawda tylko na niwie zawodowej, ale zawsze było miło zamienić słowo z kimś poza rodziny.
Dużą część czasu spędzałam na ślicznie urządzonym tarasie siedząc na wygodnej kanapie, oddając się wspomnieniom, gdy w domu położonym tuż obok mieszkała jeszcze moja siostra. Cały czas miałam wrażenie, że Ania stanie na swoim tarasie i zawoła : „Ewa, chodź na kawę”.
Niestety tak się nie stało………po prostu tak już stać się nie mogło.


Mijały dni w Modlnicy, mijały przyjemne wieczory na tarasie oświetlonym lampkami solarnymi, wokoło rozbrzmiewało cykanie cykad.
No jedną przeszkodą były oczywiście komary, które były bardzo dokuczliwe i przeważnie to one wypłaszały nas z wieczornych biesiad na tarasie.
Ale wszystko co dobre niestety kiedyś się kończy, więc i ja musiałam pożegnać gościnne progi i do własnego domu powrócić.
Może nareszcie się odeśpię trochę, bo jednak własne łóżko jest zawsze najbardziej wygodne

Raz jeszcze pragnę Magdzie i Jackowi serdecznie podziękować za cały mój cudowny pobyt w Modlnicy i przeprosić za jakieś moje humorki, cóż, każdy je posiada, ja  też od nich wolna nie jestem, ale mam nadzieję, że bardzo w kość im jednak nie dałam, skoro Magda wczoraj  mnie zapytała ” to kiedy znów nas odwiedzisz?”.
Mam nadzieję, ba, nawet wiem na pewno, że nie była  to tylko z Jej strony czysta kurtuazja………
Bo co by nie mówić przez tyle dni gościć u siebie kogoś nawet z najbliższej rodziny musi być dla gospodarzy nieco męczące, chociaż bardzo było mi miło, gdy  Jacek powiedział, że Oni nie traktują mnie jako gościa, ale jako domownika. I pewnie mojej Siostrze bardzo by  się to by spodobało, bo zawsze gdy ją odwiedzałam, czułam się w Jej domu jak u siebie w domu, u Magdy i Jacka  też czułam się podobnie.
I niech nikt nie pomyśli sobie, że bije jakaś sztuczność z moich przemyśleń  a’ propos mojego pobytu w Modlnicy, że chcę się np. komuś podlizać, albo, że chcę kadzić, aby znów kiedyś mnie zaproszono, nic z tych rzeczy, po prostu czułam się tam wyśmienicie, a moje podziękowania są jak najbardziej szczere i płyną wprost spod mojego serca.

Były niestety  też smutne chwile, pierwsza, gdy dowiedzieliśmy się, że zniknęły dwa małe kotki, coś je przepłoszyło lub porwało, został tylko mały rudasek, którego nazwaliśmy George, dwa dni potem okazało się, że  kocia mama zginęła pod kołami samochodu, a wczoraj gdzieś zniknął pies Scoobi, wyszedł rano i do tej pory nie powrócił, mam nadzieję, że to samczy zew gdzieś za jakąś sunią go pogonił, chociaż ten pies był akurat bardzo wiernym domownikiem i raczej na długie  samotne wyprawy się nie wybierał. No, ale skoro jakaś suka go uwiodła, trudno, najważniejsze, by się odnalazł. To był stary, ale bardzo poczciwy pies, piekielnie zakochanym wzrokiem wodził za swoim panem w podzięce za to, że ten go kiedyś przygarnął – kiedyś sam sobie ten dom podczas długiej włóczęgi odnalazł i ten dom Magdy i Jacka został jego domem do wczoraj, co będzie dalej, czas pokaże, ale jestem dobrej myśli.
Swoją poczciwość Scoobi ukazał wtedy, gdy jako zastępczy ojciec pomagał kilkakrotnie wychowywać kocicy jej małe kotki, gdy kocica szła na polowanie, własnie Scoobi ogrzewał małe kicie swoim ciałem, reagował na każde kocie piski i szybko sprawdzał, czy coś się im złego nie dzieje, czasami nawet brał je w pysk i wyprowadzał na spacer na trawkę, Był tym wprost rozczulający. Tylko w tym roku  tych małych kotków jakoś nie upilnował i pozwolił na kocią jatkę, ale pewnie był wtedy w całkiem innym miejscu, niż kocica z małymi.

Jakieś fatum chyba wisi nad tą zwierzynę, a wszystko przez to, że ich namiętnie fotografowałam, a komu zrobiłam zdjęcie, zaraz zniknął.
No nie, więcej zwierzaków w Modlnicy nie będę  na wszelki wypadek fotografowała, na szczęście robienie zdjęć ludziom już nikomu nie zaszkodziło 🙂

SCOOBI  WRÓĆ !!!!!