Pomału wracam ‚ do „normy”. To znaczy jeszcze tęsknię sobie za Modlnicą, za tymi fajnymi dniami, ale już witam się z rzeczywistością.
A jaka ona jest? Wczoraj wrócili z Zawoi Monia i Tomek ( oczywiście Pepa też – ale ona urosła), przyszedł pan, aby naprawić w końcu te drzwi wejściowe, aby każdy bez żadnych przeszkód do mieszkania się dostał, bo do tej pory różnie bywało, trzeba było być nieraz włamywaczem, aby domowe podwoje otworzyć, zwłaszcza, gdy każdy zamykał na inny zamek, najczęściej ten, który on ( ona) posiadali, niestety pozostali mieszkańcy nie. No i potem stał taki nieszczęśnik pod własnymi drzwiami na klatce schodowej i klął pod nosem na pozostałych, zwłaszcza na tego, który ostatni te nieszczęsne drzwi zamykał. No nie wiem, czy klęli głośno, ja przyznam się, że tak, gdy zmęczona chciałam po powrocie dostać się do domu, a tu zonk. Tego lata było jeszcze gorzej, bo już nikt, kto się dobierał do mieszkania, które akurat było puste, nie mógł pokonać tej przeszkody, a kuriozum było wtedy, gdy musiałam w środku nocy wysyłać taksówką jeden ( słownie jeden) klucz Ksaweremu, który też do domu nię nie mógł dostać. Miał kilka innych kluczy, a tego jednego akurat nie, jakie to szczęście, że byłam akurat w Modlnicy, a nie na przykład w Nowym Yorku!
Nareszcie miarka się przebrała i rodzinka ustaliła, że trzeba naprawić środkowy zamek, który się zacinał i wymienić zamek yalowski. I jak orzekli, tak się stało, teraz jest tylko jeden zamek, do którego chyba tylko ja mam klucze hi hi, ale nie, nie będę wredna i nie będę na niego drzwi zamykała.
No chyba, że ktoś bardzo boleśnie na odcisk mi naciśnie, ha, ha, będzie za karę pod drzwiami stał i czekał mojego powrotu ……… żartowałam oczywiście.
Wieczorem wróciła też znad morza Zojka, od razu mieszkanie odżyło, z tym, że znów za kilka dni sobie wyjadą i znów pozostanę na jakiś czas sama, no może Julka będzie mnie odwiedzała.
A co poza tym? Niestety smutno, bo Skoobi nie powrócił jak do tej pory i mam jakąś ciemną aurę wokół tej sprawy, obym się myliła.
Za to wczoraj odezwała się Ulka, jak miło, dzisiaj nie czekając do naszej umownej środy posyłam jej całuska, jutro reszta 🙂
Dzisiaj idę na prywatną wizytę do chirurga – naczyniowca, zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie jest całkiem nieźle, przynajmniej te nogi mi tak nie puchną, jeszcze trochę pieką i „szpilkują”, ale dalej zażywam te leki i smaruję maścią, pewnie i tak pan ( pani) doktor wdrożą mi całkiem inne leczenie.
Gorzej, że całkowicie wysiada mi kręgosłup lędźwiowy, widać te 15 masaży wcale mu nie pomogły, cały czas mam wrażenie, że ktoś wkręca mi do kręgosłupa jakiś drąg. Dzisiaj zażyłam Nimesil, zobaczymy czy i na ile mi pomoże. Na razie ból sparaliżował mnie całą, czuję się, jakby ktoś wsadził mnie w kowadło i mocno go zaciskał.
I kto to śpiewał :”Wesołe jest życie staruszka „???????
No masz, jak nie polityka, to utyskiwanie na swoje zdrowie, beznadziejny staje się ten mój blog.
Miłego wtorku
