Nabytek

 

 

Kupiłam nowy laptop – najgorszy z wszystkich jakie istnieją- Lenowo. To znaczy ( wg. pana Józia) akurat ten artykuł Lenowa ma najsłabszy procesor, jaki moze być, rzeczywiście laptop działa jak ślimak i to ślimak z wielką sklerozą, bo się musi troszkę  namyślić, zanim cokolwiek zrobi. Tragedia.
A wszystko to wina mojego lenistwa, nie chciało mi się biegać po sklepach. łatwiej, jak przyniosą towar do domu no i wrodzone sknerstwo, bo tanio.
A co tanie to wiadomo, że do d,,y.
Wczoraj Pan Józio kilka godzin robił z nim co się da, żeby go usprawnić, nie wiele pomaga. Najgorzej jest z moją ulubioną grą, bardzo słaba działa na tym laptopie.
Jedna przewaga nowego laptopa nad starym laptopikiem jest tylko to, że ma większy ekran(15) i lepsza grafikę.
Zobaczymy, napisałam już do tej firmy zapytanie, czy ewentualnie za dopłatą można zamienić ten laptop na inny, trzymajcie kciuki, by się udało.

Wczoraj po wizycie u lekarza naczyniowca jestem nieco pokrzepiona na duszy, to było ” tylko” zapalenie naczyń limfatycznych w nogach, stan sie cofa, ale dostałam jeszcze dodatkowe leczenie i zalecono kontrolę w listopadzie. A tam, do listopada będę miala nogi jak sarenka. Ale nie owłosione jak sarenka, tylko takie chude jak sarenka 🙂
Spotkałam też wczoraj pana dr. P. tego od cukrzycy, polecił mi zrobić jeszcze jedno badanie,( oczywiście odpłatnie, bo na NFZ takiego nie prowadza podobno). Miałam iść na nie dzisiaj rano, ale o 4 rano obudził mnie tradycyjnie ból ramion, a za chwilę dopadł mnie taki głód ( brawo wrzodzik!), że musiałam coś na ząb wrzucić, a więc automatycznie nie byłam już na czczo. Może jutro rano uda mi się jakoś stłamsić ten nocny głód?
Z ostatniej chwili: dostałam wiadomość ze sklepu, że mam możliwośc oddania tego komputera, tylko co dalej, skoro kupilam go na raty? Będę płaciła przez 2 lata 50 zł miesięcznie i nic za to nie dostane?
Muszę to wszystko jakoś dograć.
No to idę kombinować

P.S. Ja to zawsze mam przygody, a nie trzeba było posłuchać pana Józia, a nie kupować w ciemno?

dzisiaj leczniczo

 

Pamiętacie, dzisiaj idę na wizytę do naczyniowca. Co prawda nie jestem pewna, czy to konieczne, bo przecież nogi są już nie spuchnięte, a kolor skóry przyjął prawie normalny wygląd, ale skoro mam już zamówioną wizytę, trzeba to wykorzystać. Wyniki z ostatniego USG też były dobre, to znaczy nie ma zakrzepicy, której bardzo się obawiałam, zastawki żylne pracują jak należy, czyli odprowadzają krew żylną tam gdzie trzeba. Najprawdopodobniej wytworzył się stan zapalny spowodowany zatrzymaniem wody w nogach, stąd ta opuchlizna, ale po już trzykrotnym odwodnieniu nogi są znów „chude” Do tego jeszcze dołożyły się te niesamowite upały, jeszcze brak ruchu i zbyt długie siedzenie przed komputerem.
Na szczęście z czasem  organizm sam się zaczął bronić i gdy nieco za długo siedziałam przed komputerem, zaczynało mi się kręcić w głowie i musiałam się położyć, wtedy właśnie nogę kładłam nieco wyżej na poduszce , proszę, jaki mądry ten ludzki mózg, sam podpowiada, co jest potrzebne.
Teraz jednak muszę poczekać, co powie  i poradzi mądry pan doktor, aby znów nie dopuścić do podobnej sytuacji.
Jedno wiem, co powie na pewno : musi pani schudnąć. To już jest typowa mądra rada każdego lekarza i zgadzam się, ma rację, tylko………  nie wiem czy on na pewno  wie jak schudnąć skutecznie, bez efektu jojo ???
Kiedyś przeczytam gdzieś w necie, że jednak geny mają bardzo wielki wpływ na nadwagę, po prostu ją się dziedziczy. Dlatego jedni bezkarnie mogą obżerać się od rana do wieczora, a drudzy nawet z powietrza tyją.
Dobra, przyznaję, że lubię dobrze zjeść, ale czy znów tak dużo? może jak dla mnie tak, ale pewnie nie jeden tak je i nie tyje. A może, że się nie ruszam?
Jak się ruszać, gdy wszystkie kości bolą, a to jak bolą i jak bardzo mnie unieruchamiają wiem tylko ja. To jest takie obłędne koło : ruch wzmaga ból, brak ruchu go jeszcze utrwala, oj biedna ty jesteś, biedna, Ewusiu. Cholewka, znów narzekam, ale jak nie narzekać, gdy znów wszelakie bóle budzą o 5 rano i każą wstawać z łóżka, gdy oko jeszcze się przymyka i chętnie by się jeszcze z godzinkę pospało??? Nic to, najwyżej popołudniu znów sobie podrzemię, ciekawe, że wtedy nie nękają mnie żadne dolegliwości. A może mam zamontowany taki specyficzny, prywatny budzik? Tylko jak go wyłączyć? Piąta rano to stanowczo za wczesna godzina na wstawanie.!

Ciekawostka: teraz kibole atakują już nie tylko na stadionach. Ta nasza „wspaniała patriotyczna młodzież” ( tak określa ich dziwnie liberalna w tym temacie prawica) zaatakowała wczoraj na plaży w Gdyni grupę meksykańskich żeglarzy, a pobudki były jak najbardziej rasowe, kibole krzyczeli „precz z czarnuchami, precz z brudasami”. To jakiś koszmar chyba, czy Polska koniecznie musi stać się dzikim krajem? A gdzie znana na całym świecie  polska gościnność?
Wiadomość o wczorajszym incydencie poszła w świat i chluby naszemu krajowi raczej nie przyniesie. Teraz będą śmiało mogli powiedzieć ” A w Polsce biją ciemnoskórych”
A prorokuję, że będziemy mieć w Polsce jeszcze gorzej, nie tylko kibole chwały nam nie przyniosą, a niestety wszystko na to wskazuje, że politycznie będzie bardzo nieciekawie.
Ale jest są powiedzenia : „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” i ” mądry Polak po szkodzie” Chociaż wielki Polak Jan Kochanowski przestrzegał nas:
„Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie: lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi„.
Szkoda, że te prawie 40 procent Polaków, którzy koniecznie chcą rządów PIS-u nie wezmą sobie tej przypowieści Jana Kochanowskiego do swoich głów przed szkodą, po niej będzie niestety  za późno. I żadne PISki wtedy już nie pomogą……. Dopiero będzie wstyd na cały świat, a zaściankowość naszego kraju  nie jednemu się czkawką będzie odbijać.
I znów delikatnie zahaczam o politykę, przepraszam, ale czasami człowiek musi, inaczej się udusi.

Mamy jeszcze kilka prawdziwie letnich dni z niewielkimi wahaniami pogody, będzie i słonko, będzie deszcz, będą burze, czyli całkowite urozmaicenie.
A potem znów przyjdzie piękna polska jesień……
Miłego poniedziałku, zawsze to jednak pierwszy dzień tygodnia z nowymi wyzwaniami.

Lenię się

 

W domu cisza, za oknem skwar, dostałam wiadomość, że Rodzinka po 30 godzinach jazdy dotarła szczęśliwie do celu.
Cóż tu więcej w tą gorąca niedzielę pisać?
Chyba to, że dostałam całkowity polityko- wstręt i nic już nie oglądam. No, puszczam sobie dla relaksu tylko miłe komedie letnie.
Bo nie będę przecież pisała, że o 5 rano obudził mnie ból obu ramion, już nie jedno, a oba bolą. SKS!!!!!
Serdecznie niedzielnie pozdrawiam.

I pojechali

 

Wszyscy, Pepa też. Wybierali się co prawda jak sójka za to morze, ale jakoś udało im się pozbierać i wczoraj  koło 20-stej opuścili Kraków, udając się via Italia.
To nie pierwszy zagraniczny występ Pepy, kiedyś była zimą na nartach w Alpach, więc teraz pora, aby pobaraszkowała po ciepłym piaseczku i w morskiej fali umoczyła swój mały tyłeczek ( bez ogona).
I znów w domu zapanowała ta niesamowita cisza, a tak przez te dwa ostatnie dni było gwarno…….
Ale nie martwcie się o mnie, w domu jest Julka, tzn bywa, a przynajmniej śpi, nie muszę się niczego obawiać.
A swoją drogą jak to wszystko potrafi się zmieniać, kiedyś cieszyła mnie ta cisza w domu, dzisiaj trochę mnie denerwuje. Najwyżej gdy jest za głośno zamykam swoje drzwi do przedpokoju, gorzej gdy puszczają przez głośniki muzę na full, wtedy włączam bieg ” kopytny”, czyli walę klapką w drzwi i po pewnym czasie wszystko się w miarę uspokaja.
Ale ta całkowita cisza nieco przeszkadza, dobrze, że telewizor czasami gada, czasami ja mu odpowiadam….. ( hi hi)
Jednak dwa tygodnie szybciutko minie i znów dom będzie rozbrzmiewać codziennym gwarem.

A ja dzisiaj te jestem nad morzem, dokładnie na Targu Rybnym w Gdańsku ( dzięki TVN -wstajesz i wakacje), jak tam pięknie.
Lubię bardzo Gdańsk, jest chyba drugim polskim  ślicznym miastem po Krakowie.
Dobra, dobra, Poznań i Wrocław tez są śliczne, każde miasto ma swoje uroki, każdy zakątek Polski też.
I po co to szukać ” guza ” w Grecji, Włoszech, czy Hiszpanii???
Kiedyś była taka studencka piosenka : pieniążki kto ma ten jedzie autobusem, a kto pieniążków nie ma, za autobusem kłusem.
A ja dzisiaj śpiewam : pieniążki kto ma zamorskie zwiedza kraje, a kto pieniążków nie ma to w domu pozostaje….
Ale póki co cieszmy się jeszcze latem, póki ono trwa.
W końcu ile tych wakacji jeszcze mamy? to już końcówka, nawet nasi milusińscy będą musieli pożegnać się z beztroską i w ławach szkolnych zasiąść.

Na starych fotografiach……

Ewusia w dniu I-szej Komunii św. tuż za nią jej kuzynka Krystyna.

Ewunia z Mamą i siostrą Anią. Jaka tu byłam szczęśliwa……..

Miło ogląda się takie stare zdjęcia w ten świąteczny dzień. Wracają stare sentymenty.
Jakie to były szczęśliwe dni, gdy moja Mamusia było koło mnie, gdy moja Siostra mnie wspierała w tym radosnym dniu.

Dzisiaj też świąteczny dzień, a ja jestem sama w całym domu, rodzina wyjechała, ale wiem, że wieczorem znów będzie szum, gwałtowne
pakowanie przed ich zamorskim wyjazdem na wakacje.
A co zrobią z Pepą? – nawet nie spytałam.
No cóż, moje szczęsliwe 5 minut życia już za mną, przede mną ta cholerna niewiadoma………

Miłego świętowania

DUPA Z PANI, PROSZĘ PANI !!!

 

Tej krytyce z tytułu mojego blogu oczywiście podlega moja osoba, nikt więcej.

 A wszystkiemu jest winien trzynasty dzień miesiąca, czyli  dzień wczorajszy.
Tyle się naszykowałam na to wyjście do pana doktora, naczyniowego chirurga, a ile się jeszcze, całkiem nie wiem po co, nadenerwowałam
I co? Ano nic,  pojechałam tam sobie elegancko, żeby nie zginąć, taksówką, bo ta Wojewódzka Poradnia jest gdzieś na tyłach Szpitala Bonifratrów, na całkiem innej ulicy, niż sam szpital. Byłam tam o 16- stej ( termin miałam na 16.30) i …pocałowałam klamkę, przychodnia we wtorki czynna jest do 15.00. Wokoło cisza, nawet nie było się kogo o nic dopytać.
Usiadłam sobie na ławce i zaczęłam główkować, coby niby się miało stać, czy ja już mam taką sklerozę, że nie zapamiętałam godziny wizyty???
Może gdybym jeszcze chwilkę tam  pogłówkowała pewno coś bym wymyśliła, bo jakoś dziwnie mnie w stronę szpitala ciągnęło, ale zaczęło najpierw kropić, a potem się nieźle rozpadało, więc szybko zamówiłam taksówkę ( znów pogoda była dobrą wymówką na taką rozpustę ) i powróciłam do domu. Weszłam raz jeszcze na tą stronę, na której się rejestrowałam, znalazłam co potrzeba i zatelefonowałam, okazało się, że i owszem, byłam zarejestrowana na wczoraj i rzeczywiście na godzinę 16.30, ale nie w poradni wojewódzkiej, ale na prywatnej wizycie, a takich pacjentów lekarze przyjmują na terenie szpitala, czyli całkiem gdzie indziej, niż ja się znalazłam. Tylko nie wiem, czy pani mnie wcześniej źle o miejscu wizyty  poinformowała, czy to ja nie dosłyszałam….
Musiałam się kajać i przepraszać ( nie wiem za co) panią rejestratorkę i dostałam następny termin na poniedziałek ( 19 sierpnia) na godzinę 10.45.
Już teraz mam zapisany termin i na kartce i tutaj w blogu, więc nic już więcej mam nadzieję nie pokręcę.
No ale na szczęścicie nie będzie już wtedy pechowego trzynastego, więc pewnie wszystko elegancko sobie pozałatwiam, chociaż znane jest powiedzenie do trzech razy sztuka, odpukać !!!
No cóż S.K.S. niestety S.K.S. !!!!!!
Tylko z tym szpitalem akurat mam przykre wspomnienia, w nim bowiem leżała i to trzykrotnie moja Siostra.
I znów w poniedziałek wrócą wspomnienia….. ten korytarz, potem tylko skręt do windy i…… niestety Ani tam już nie będzie…….

Dzisiaj już jest środa, więc nie ma się co smucić, bo dzisiaj dzień uśmiechów dla Poznania i Krakowa.
Ulu Kochana, bardzo mi brakowało Ciebie na moim blogu, dlatego ucieszyłam się, gdy Ciebie tu „zobaczyłam”. Mam nadzieję, że sobie troszkę odpoczęłaś od Poznania, od wszystkich trosk niestety się nie da całkiem odpocząć, ale zawsze nawet najmniejsza zmiana dobrze robi. Dlatego się cieszę, że we wrześniu też jedziesz i to w dodatku nad morze, co prawda wtedy nie ma żadnych  możliwości na kąpiel w morzu, ale spacery brzegiem morza są wprost zbawienne dla zdrowia, pewnie troszkę Ci zazdroszczę, ale tylko troszeczkę. Powdychaj i połap  na zapas tego jodu, żeby i dla mnie trochę starczyło 🙂
Wczoraj czytałam kilka moich wpisów z początków mojego blogu czyli 2004 – 2005r. Znalazłam tam też Twoje komentarze Uleczko, też były takie fajne jak teraz!!
Fajny jest taki ” powrót do przeszłości”, wspominałam czasy już bywsze, te dobre i te gorsze. Bardzo mnie ucieszył wpis z 16 października 2004, gdy ogłosiłam wszystkim wieść o narodzinach Jana Tymoteusza, syna Magdy i Jacka, ale ten czas leci, za rok ten przystojny młodzieniec kończy już całe 10 lat!!!
Na początku moje wpisy były bardzo krótkie, ot tylko takie wzmianki, z czasem coraz bardziej się rozpisywałam. Teraz to już jestem prawie że gadułą 🙂
Czasami pisywałam jakimiś dziwnymi „szyframi”, których znaczenia teraz nie bardzo rozumiem, nie pamiętam, o co mi wtedy chodziło, pewnie wtedy miałam jakieś sercowe dylematy, na szczęście ten okres już jest za mną i bardzo dobrze!
No i czytając tamte wpisy dowiedziałam się, że już wtedy miałam kłopoty z kręgosłupem i z kolanami, czyli można rzec, że jest to u mnie już choroba chroniczna.

Nie mam niestety dobrych wieści dla Pani, która tropi losy Skoobiego, niestety ciągle nie znane nam się są jego smutne dzieje, pomimo, że dałam wiadomość i na stronie Gminy, schroniska i na face booku, czekamy dalej cierpliwie, może……..
Mam kontakt ze schroniskiem Psie Pole, gdzie ewentualnie mógłby pies być doprowadzony  ( rejon małopolski), wysłałam im mailem zdjęcie Scoobiego i pan obiecał, że gdy tylko podobny mu pies znajdzie się w schronisku, natychmiast da mi znać. Ba, byleby tylko tam się znalazł…..
Mogę tylko powtórzyć : SKOOBI WRÓĆ, WSZYSCY NA CIEBIE CZEKAMY !!!!

Bo pewnie na żadnej wystawie medalu Championa nasz Skoobiś by nie dostał, ale to jest ( specjalnie piszę jest, a nie był) najbardziej poczciwy i wierny pies pod słońcem!!!!!!

Przed nami znów długi weekend, niektórzy potrafią go dobrze wykorzystać, oby sobie mieli okazję dobrze odpocząć w słonecznej i miłej rodzinnej atmosferze.
Wszystkim życzę dużo słonka na ten weekend.

całkiem normalnie

Pomału wracam ‚ do  „normy”. To znaczy jeszcze tęsknię sobie za Modlnicą, za tymi fajnymi dniami, ale już witam się z rzeczywistością.
A jaka ona jest? Wczoraj wrócili z Zawoi Monia i Tomek ( oczywiście Pepa też – ale ona urosła), przyszedł pan, aby naprawić w końcu te drzwi wejściowe, aby każdy bez żadnych przeszkód do mieszkania się dostał, bo do tej pory różnie bywało, trzeba było być nieraz włamywaczem, aby domowe podwoje otworzyć, zwłaszcza, gdy każdy zamykał na inny zamek, najczęściej ten, który on ( ona) posiadali, niestety pozostali mieszkańcy nie. No i potem stał taki nieszczęśnik pod  własnymi drzwiami na klatce schodowej i klął pod nosem na pozostałych, zwłaszcza  na  tego, który ostatni te nieszczęsne drzwi zamykał. No nie wiem, czy klęli głośno, ja przyznam się, że tak, gdy zmęczona chciałam po powrocie dostać się do domu, a tu zonk. Tego lata było jeszcze gorzej, bo już nikt, kto się dobierał do mieszkania, które akurat było puste, nie mógł pokonać tej przeszkody, a kuriozum było wtedy, gdy musiałam w środku nocy wysyłać taksówką jeden ( słownie jeden) klucz  Ksaweremu, który też do domu nię nie mógł dostać. Miał kilka innych kluczy, a tego jednego  akurat nie, jakie to szczęście, że byłam akurat w Modlnicy, a nie na przykład w Nowym Yorku!
Nareszcie miarka się przebrała i rodzinka ustaliła, że trzeba naprawić środkowy zamek, który się zacinał i wymienić zamek yalowski.  I jak orzekli, tak się stało, teraz jest tylko jeden zamek, do którego chyba tylko ja mam klucze hi hi, ale nie, nie będę wredna i nie będę na niego drzwi zamykała.
No chyba, że ktoś bardzo boleśnie na odcisk mi naciśnie, ha, ha, będzie za karę pod drzwiami stał i czekał mojego powrotu ……… żartowałam oczywiście.
Wieczorem wróciła też znad morza Zojka, od razu mieszkanie odżyło, z tym, że znów za kilka dni sobie wyjadą i znów pozostanę na jakiś czas sama, no może Julka będzie mnie odwiedzała.

A co poza tym? Niestety smutno, bo Skoobi nie powrócił jak do tej pory i mam jakąś ciemną aurę wokół tej sprawy, obym się myliła.
Za to wczoraj odezwała się Ulka, jak miło, dzisiaj nie czekając do naszej umownej środy posyłam jej całuska, jutro reszta 🙂

Dzisiaj idę na prywatną wizytę do chirurga – naczyniowca, zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie jest całkiem nieźle, przynajmniej te nogi mi tak nie puchną, jeszcze trochę pieką i „szpilkują”, ale dalej zażywam te leki i smaruję maścią, pewnie i tak pan ( pani) doktor wdrożą mi całkiem inne leczenie.
Gorzej, że całkowicie wysiada mi kręgosłup lędźwiowy, widać te 15 masaży wcale mu nie pomogły, cały czas mam wrażenie, że ktoś wkręca mi do kręgosłupa jakiś drąg. Dzisiaj zażyłam Nimesil, zobaczymy czy i na ile mi pomoże. Na razie ból sparaliżował mnie całą, czuję się, jakby ktoś wsadził mnie w kowadło i mocno  go zaciskał.
I kto to śpiewał :”Wesołe jest życie staruszka „???????

No masz, jak nie polityka, to utyskiwanie na swoje zdrowie, beznadziejny staje się ten mój blog.
Miłego wtorku

To były piękne dni……

To były piękne dni,
Po prostu piękne dni,
Nie zna już dziś kalendarz takich dat..…..

Naprawdę spędziłam piękne i miłe dni w gościnnym domu Magdy i Jacka. To były dla mnie wspaniałe wczasy, wśród osób naprawdę
mnie kochających, dali mi nie tylko gościnę, ale i wiele serca, pewnie żadne wczasy nie zapewniłyby mi milszych dni.
Niestety w tym roku mój fundusz niezbyt pozwalał mi na wyjazd z dusznego Krakowa, dlatego Magda z Jackiem postanowili, że powinnam odpocząć w Modlnicy, w końcu nie jest to już miasto i jest to jednak dla mnie pewna odmiana. Pogoda oczywiście dopisała aż nadto i ze strachem myślałam o tym, jakby w te piekielnie duszne dni wyglądał mój pobyt we własnym domu, moje bardzo popuchnięte nogi pewnie nie wytrzymałyby tego naporu i mogło dojść np. do popękania skóry, a potem do bolesnych owrzodzeń. Na szczęście się tak nie stało. Magda zresztą bardzo pilnowała mojego leczenia, wręcz wdrożyła mi dyscyplinę w opiece nad moimi kończynami, za co jestem Jej bardzo wdzięczna. Jacek też usiłował mnie wspierać w moim leczeniu i nawet kupił mi ( wstrętny) wyciąg z soku brzozy, który mu polecili w aptece, po którym, gdy tylko łyknęłam jedną łyżeczkę myślałam, że oczy wyskoczą mi z orbit. Wiem, lekarstwa  wcale nie muszą być pyszne, ale ten wyciąg akurat wyraźnie mi nie posłużył. Wiem, że chciał dobrze, ale może mój organizm akurat nie toleruje takich smaków? Już wiem, ten wyciąg z soku brzozy był na spirytusie, widać mój wrzód stanowczo powiedział NIE!, a ja się muszę mojego wrzodzika słuchać, inaczej daje mi popalić.
Magda i Jacek pracowali, więc całe przedpołudnie spędzałam samotnie ( Olcia najczęściej siedziała u siebie w pokoju), ale wcale się nie nudziłam, trochę oglądałam TV, trochę drzemałam, albo chwilkę posiedziałam na necie, ale w te bardzo gorące dnie nawet internet niezbyt mnie nęcił, no i czytałam tą ciekawą książkę o której już na moim blogu wspominałam. Udało mi się nawet zawrzeć miłą „znajomość” z bardzo sympatycznym panem  listonoszem, co prawda tylko na niwie zawodowej, ale zawsze było miło zamienić słowo z kimś poza rodziny.
Dużą część czasu spędzałam na ślicznie urządzonym tarasie siedząc na wygodnej kanapie, oddając się wspomnieniom, gdy w domu położonym tuż obok mieszkała jeszcze moja siostra. Cały czas miałam wrażenie, że Ania stanie na swoim tarasie i zawoła : „Ewa, chodź na kawę”.
Niestety tak się nie stało………po prostu tak już stać się nie mogło.


Mijały dni w Modlnicy, mijały przyjemne wieczory na tarasie oświetlonym lampkami solarnymi, wokoło rozbrzmiewało cykanie cykad.
No jedną przeszkodą były oczywiście komary, które były bardzo dokuczliwe i przeważnie to one wypłaszały nas z wieczornych biesiad na tarasie.
Ale wszystko co dobre niestety kiedyś się kończy, więc i ja musiałam pożegnać gościnne progi i do własnego domu powrócić.
Może nareszcie się odeśpię trochę, bo jednak własne łóżko jest zawsze najbardziej wygodne

Raz jeszcze pragnę Magdzie i Jackowi serdecznie podziękować za cały mój cudowny pobyt w Modlnicy i przeprosić za jakieś moje humorki, cóż, każdy je posiada, ja  też od nich wolna nie jestem, ale mam nadzieję, że bardzo w kość im jednak nie dałam, skoro Magda wczoraj  mnie zapytała ” to kiedy znów nas odwiedzisz?”.
Mam nadzieję, ba, nawet wiem na pewno, że nie była  to tylko z Jej strony czysta kurtuazja………
Bo co by nie mówić przez tyle dni gościć u siebie kogoś nawet z najbliższej rodziny musi być dla gospodarzy nieco męczące, chociaż bardzo było mi miło, gdy  Jacek powiedział, że Oni nie traktują mnie jako gościa, ale jako domownika. I pewnie mojej Siostrze bardzo by  się to by spodobało, bo zawsze gdy ją odwiedzałam, czułam się w Jej domu jak u siebie w domu, u Magdy i Jacka  też czułam się podobnie.
I niech nikt nie pomyśli sobie, że bije jakaś sztuczność z moich przemyśleń  a’ propos mojego pobytu w Modlnicy, że chcę się np. komuś podlizać, albo, że chcę kadzić, aby znów kiedyś mnie zaproszono, nic z tych rzeczy, po prostu czułam się tam wyśmienicie, a moje podziękowania są jak najbardziej szczere i płyną wprost spod mojego serca.

Były niestety  też smutne chwile, pierwsza, gdy dowiedzieliśmy się, że zniknęły dwa małe kotki, coś je przepłoszyło lub porwało, został tylko mały rudasek, którego nazwaliśmy George, dwa dni potem okazało się, że  kocia mama zginęła pod kołami samochodu, a wczoraj gdzieś zniknął pies Scoobi, wyszedł rano i do tej pory nie powrócił, mam nadzieję, że to samczy zew gdzieś za jakąś sunią go pogonił, chociaż ten pies był akurat bardzo wiernym domownikiem i raczej na długie  samotne wyprawy się nie wybierał. No, ale skoro jakaś suka go uwiodła, trudno, najważniejsze, by się odnalazł. To był stary, ale bardzo poczciwy pies, piekielnie zakochanym wzrokiem wodził za swoim panem w podzięce za to, że ten go kiedyś przygarnął – kiedyś sam sobie ten dom podczas długiej włóczęgi odnalazł i ten dom Magdy i Jacka został jego domem do wczoraj, co będzie dalej, czas pokaże, ale jestem dobrej myśli.
Swoją poczciwość Scoobi ukazał wtedy, gdy jako zastępczy ojciec pomagał kilkakrotnie wychowywać kocicy jej małe kotki, gdy kocica szła na polowanie, własnie Scoobi ogrzewał małe kicie swoim ciałem, reagował na każde kocie piski i szybko sprawdzał, czy coś się im złego nie dzieje, czasami nawet brał je w pysk i wyprowadzał na spacer na trawkę, Był tym wprost rozczulający. Tylko w tym roku  tych małych kotków jakoś nie upilnował i pozwolił na kocią jatkę, ale pewnie był wtedy w całkiem innym miejscu, niż kocica z małymi.

Jakieś fatum chyba wisi nad tą zwierzynę, a wszystko przez to, że ich namiętnie fotografowałam, a komu zrobiłam zdjęcie, zaraz zniknął.
No nie, więcej zwierzaków w Modlnicy nie będę  na wszelki wypadek fotografowała, na szczęście robienie zdjęć ludziom już nikomu nie zaszkodziło 🙂

SCOOBI  WRÓĆ !!!!!

Urodzinowa niedziela

Wczorajszy dzień był bardzo chłodny, nawet zmuszona byłam ubrać bluzkę z długim rękawem.

Dzisiejszy niedzielny poranek przywiał nas pięknym słonkiem.
Pewnie dlatego, że dzisiaj  druga z najstarszych wnuczek mojej siostry – Daria – obchodzi swoje  17 – ste urodziny.
Wszystkiego najlepszego Darka, niech słonko zawsze Ci świeci nie tylko podczas wspaniałych wakacji, niech wszystko
zawsze układa się po Twojej myśli i obraca się w złoto, to materialne i to intelektualne.

Dzisiaj już nieodwołalnie żegnam bardzo gościnną Modlnicę, najwyższa pora powracać na własne podwórko.
Zawsze jednak najlepiej jest u siebie w domku.
No i pomału trzeba wracać do  rzeczywistości, do codzienności rozpostartej pomiędzy domem i pracą…
Za niedługo wrzesień, więc i pora powrotu do moich ulubionych seriali, czyli wszystko będzie po staremu.
Co prawda „Solidarność” szykuje jakąś wielką zadymę w połowie września, ale postanowiłam, że nie będę tym
sobie głowy zawracać, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba

Miłej niedzieli

ulżyło

Nareszcie popadało. Można by nawet zaryzykować, że przeszła burza, ale nad Modlnicą była raczej bardzo
mizerna, gdzieś tam zagrzmiało w oddali, kilka razy błysnęło… i po burzy..Za to trochę popadało, chociaż dla
wysuszonej na popiół ziemi i łaknącym jak ta przysłowiowa kania dżdżu, a raczej porządnej ulewy wszystko
to była stanowczo za mało. Za to można było wyjść sobie popołudniu na taras i odetchnąć pełną piersią.
A nawet, co po aurze poprzedniego dnia trudno by się spodziewać przyznaję, że lekko mi było chłodno i musiałam
wrócić  z czytaniem mojej książki do salonu. A książka jest bardzo ciekawa, autorstwa dziadka naszej Olci ( ze strony Ojca),
Wydana ona była tylko dla najbliższej rodziny, więc autora i tytułu nie podaję, ale opisuje on w niej losy jego rodziny od
czasu jego pradziadka, więc czas bardzo odległy. Dziadek Olci zmarł kilka dni temu, wczoraj odbył się Jego pogrzeb.
Poznałam Go kilka lat temu, był na I-szej Komu ni św Oliwki – to był bardzo elegancki , inteligentny człowiek o bardzo
dobrotliwej twarz, widać, że był naprawdę wspaniałym człowiekiem. I chociaż nigdy już Go więcej nie spotkałam., chociaż
wiedziałam, że jest bardzo chorym i wiekowym Panem, miał ponad 90 lat, to jednak wiadomość o Jego śmierci bardzo mnie
zasmuciła.
Tak już jest, że każdy staje na swoich rozstajnych drogach i nie ma czasu nawet na zastanowienie się, że to właśnie teraz
musi pożegnać się już ze swoją kochaną rodziną i odejść do wieczności, gdzie już na zawsze znajdzie dla siebie miejsce
innej, tej lepszej egzystencji.

Późnym wieczorem powróciła burza, błyskał okrutnie, grzmotów nawet nie słyszałam, na szczęście, bo przyznam szczerze, że
boję się burzy. Po przespanej nocy jak zwykle w kratkę ( opracowałam  nową metodę spania: poduszki na rancie kanapy, nogi
na podłodze)  wstał dosyć chłodny dzionek, wcale mnie to nie denerwuje, jestem okropnie zmęczona tymi ostatnimi dniami
afrykańskiej Sawanny)
A swoją drogą tak się zastanawiam, czy aby kanapa Magdy nie stoi na żyle wodnej? Przecież nigdy nie mam takich kłopotów ze snem,
jak w Modlnicy.

Już weekend rozpoczęty, może nie taki wspaniały, jak poprzedni, ale i tak każdy znajdzie dla siebie jakąś  ciekawą metodę na
jego spędzenie,  czego z serca życzę