nerwy na postronku

 

 

Ale się wczoraj nadenerwowałam wieczorem. Nie miałam wczoraj ” podrzutki” z przychodni  na pętlę autobusową, a że akurat kości dawały mi do wiwatu, postanowiłam wrócić taksówką do domu.
Po powrocie jak zwykle wypakowuję swoją torebkę, tzn wyjmuję papierosa- elektrona, komórkę….właśnie nie ma komórki, nie ma mojego kochanego Iphona.
Spytałam się jeszcze na Skype Asi, która była jeszcze w przychodni, czy nie zostawiłam komórki, lecz ona odpowiedziała, że nie, przecież z niej jeszcze potem dzwoniłaś, zanim taksówka przyjechała. Fakt, interweniowałam w Barbakanie, czemu tak długo nie ma mojej taksówki.
Oczywiście wcześniej miejskim numerem telefonowałam na moją komórkę….cisza, nic nie słychać.
Nic, tylko musiała mi wypaść komórka w taksówce.
No więc dzwonię do tej firmy Barbakan, nawijam o co chodzi, pani prosi bym poczekała i wywołuje tą  taksówkę, która wracałam. pan obszukał cały samochód, dziewczyny dzwoniły z komórki , żeby usłyszał sygnał i by mu się łatwiej szukało, niestety bez rezultatu, komórki w taksówce nie zostawiłam, albo zabrał ją ktoś, kto ją znalazł wsiadając po mnie, a kierowca przyznał, że miał po mnie jeden kurs. Oczywiście z wiadomych powodów nie mogli mnie poinformować, kto to był  (ochrona danych).
No to po moim Iphoniku- pomyślałam smutno i omalże się nie rozpłakałam. Nowej takiej już sobie na pewno nie sprawię!
Wzdychnęłam sobie do św Antoniego ( tego od zgubionych przedmiotów) i…..dostałam olśnienia. Sięgam do kieszeni marynarki i… jest!!! hurra!!!!! jest!!!
Widocznie wtedy, gdy interweniowałam, że długo taksówka nie przyjeżdża automatycznie wsadziłam do kieszeni marynarki, w której akurat byłam.
Bardzo dobrze, że tak się sprawa pomyślnie dla mnie skończyła.
Teraz będę chyba smyczką przywiązywała komórkę do siebie, abym nie zgubiła.
No i oczywiście muszę dać parę grosików do puszki św Antoniego, z wdzięczności za pomoc w szukaniu.

Zamieściłam dzisiaj piękne słoneczniki, by przywołać słoneczko, które tak nam wczoraj pięknie świeciło przez cały dzionek. Było aż nieprzyzwoicie na tą porę roku ciepło, w Krakowie temperatura wynosiła 19 stopni. Nawet jakas uparta mucha się obudziła i latała mi koło nosa. Grzecznie jej wytłumaczyłam, że to już nie ta  pora na muchy, więc sobie odleciała. Misie też głupieją i po Zakopanem prawie jako turyści chodzą.Tylko patrzeć, jak po Krupówkach zaczną się przechadzać i prawdziwych turystów przeganiać.
U nas na razie bardzo gruby płaszcz chmur okrył niebo  (ale poetycko to określiłam, co), tak, że słonko usiłuje się dopiero przez nie przebić.
Ale temperatura i tak jest jak na listopadowy poranek całkiem przyzwoita – 10 stopni na plusie.
No to, jak zwykle w każdym moim wpisie na końcu piszę : życzę wszystkim miłego dnia
Z ostatniej chwili: słonko pokonało chmurzyska i nam wesoło świeci!