Czyli można powiedzieć, że jesteśmy jakby na starcie przedświątecznego finiszu.
Chałupy pewnie pięknie już lśnią czystością ( u mnie dopiero w poniedziałek), wiktuały zniesione do domu, teraz gwałtowny przegląd garnków do gotowania barszczu, kapuchy i galarety do karpia no i jeszcze sprawdzanie, czy wszystko zostało kupione, czy czegoś aby nie zabraknie….. ( o cholewka, zapomniałam o cytrynach)
Ot taka przedświąteczna krzątanina, abyśmy wszyscy potem zasiąść mogli do suto zastawionego stołu.
Bo co prawda co roku powtarzamy to samo, że było za dużo wszystkiego, że następnym razem trzeba kupić o wiele mniej, ale gdy już zaczynamy wpadać w ten przedświąteczny amok, wszystkie przyrzeczenia znikają i myśl zawsze podobna, jak sprzed roku pozostaje : jeszcze to, jeszcze tamto muszę kupić…..
Ja na szczęście mam tylko „kawałeczek” tych problemów, bo u nas jest tzw składana Wigilia, ja będę robiła kutię ( już mam nawet pszenicę, tylko muszę ją namoczyć i potem ugotować)i upiec tort, no i potem upiec mięso, które wspaniale mi się już 4 dni maceruje w lodówce, muszę tylko pamiętać codziennie rano go przewracać na drugą stronę. Barszcz też się już prawie ukisił, w poniedziałek będę go zlewała do butelek, a we wtorek będziemy z Magdą gotować kapustę z grzybami ( obowiązkowo)!!! no i barszcz na Wigilię i doprawiać go tym moim zakwasem. Potem tylko trzeba usmażyć rybę ( karp dla dorosłych, łosoś dla dzieciaków, bo mniej mają ości) i…….. będziemy mieli Wesołych Świąt.
Ale jak tu o świętach myśleć, skoro za oknem brzydko i deszczowo.
Właśnie w TVN- 24 przed chwilą słyszałam, że na białe Święta Bożego Narodzenia nie ma co liczyć. Chociaż jest ewentualnie taka możliwość, że chyba w drugim dniu świąt prawdopodobnie może coś białego jednak z nieba spadać, ale gdy temperatury będą się utrzymywać tak jak teraz między 5 – 10 stopni raczej o sannie, czy o narciarskich szaleństwach nie ma co marzyć.
A ja do pracy idę jeszcze dzisiaj i w poniedziałek popołudniu, a we wtorek biorę sobie urlop, bo już od rana będę bardzo zajęta w Magdzinej kuchni.
A teraz troszkę o moim popisowym torcie, już kiedyś przepis podawałam, taraz jeszcze go przytaczam.
Taki tort to sporo pracy, bo każdy z 3 krążków trzeba piec osobno, Zastanawiałam się nawet, czy troszkę czegoś nie zmienić i zamiast trzech placków kokosowych upiec tylko dwa, a trzeci, ten środkowy będzie wtedy orzechowy.
W sumie proporcje są takie same, każdy placek to dobrze ubita na sztywno piana z 4 białek, potem delikatnie dodaje ok 4 łyżek cukru i dalej ubijam, aż cukier będzie już niewyczuwalny potem dodaję 10 dkg wiórek kokosowych (do środkowego dam 10 dkg mielonych orzechów), kilka kropel cytryny, by białka nie opadły i 1 łyżkę mąki. Potem to bardzo delikatnie się miesza, już łopatką, a nie mikserem, znów uważając, by nie siadła nam piana i dajemy do dobrze wysmarowanej blachy ( można lekko posypać tartą bułką)
A masa? 3 kostki masła ucieram z 4-5 żółtkami i cukrem pudrem, ale niewielką ilością, bo do tej masy dodaję jeszcze krem krówkowy, który też jest słodki, (można też dodać bardzo gęsty budyń, albo ewentualnie skondensowane mleko, które gotuje się w puszcze ok 2-3 godziny), dosmaczam jeszcze rozpuszczalną kawą i delikatnie, by masa się nie zważyła spirytusem.
Każdy placek delikatnie ponczuję ( mocna herbata, sok z cytryny, łyżeczka cukru, trochę spirytusu) i przekładam placki masą, potem na wierzchu i po bokach tortu delikatnie rozsmarowuję resztę masy i tort daję do lodówki. Spróbujcie, na prawdę pyszny, wypróbowany już rodzinny przepis od lat.
No to dobrego i obfitego w wydarzenia piątku życzę.
P.S. A tym razem nie trafiłam w Lotka ani jednej cyferki 😦
