Jak przyjdzie baba – to koniec świata W dzień wigilii pilnie obserwowano, kto przyjdzie w gości do chałupy. – Jak przyjdzie baba – to koniec świata. Jak przyszedł chłop, to oznaczało dobrą wróżbę i dobrobyt w nadchodzącym roku – mówiła Wójtowicz – Wierzbicka.
Stół, na którym jedzono wieczerzę, górale opasali łańcuchem, aby inwentarz trzymał się zagrody oraz żeby rodziny nikt nie opuścił. Pod stół kładziono siekierę, co miało zwiastować spokój w rodzinie oraz lemiesz od pługa. Każdy z domowników podczas wieczerzy trzymał bosą nogę na lemieszu, aby być zdrowym „jak to wykute żelazo”.
Łyżkę trzeba było silnie trzymać w ręku, aby nie wypadła, bo to oznaczało śmierć w przyszłym roku. Łyżek musiało być tyle, ilu domowników. Jak było więcej, to w przyszłym roku będą narodziny, a jak mniej to oznaka, że ktoś umrze.
Ważną rolę spełniała też maśniczką zwana przez górali kiernicką. – Każdy z domowników czynił w wigilię gest ubijania masła, aby urządzenie nabrało odpowiednich właściwości i w przyszłym roku można było z niego wybrać więcej masła” – opowiadała etnografka.
Czas, kiedy do wsi powracają dusze zmarłych
Na wigilii obowiązywał ścisły post. Dawniej górale jedli w ten dzień skromne i jałowe posiłki: kluski z ziemniaków i mąki, kłutę, czyli rozgotowaną kapustę z ziemniakami, kołacz z mąki razowej i twarogiem, a na koniec bób albo groch gotowany. Czasami jedzono chleb z miodem. Opłatek na stole wystawiano na stole w piętce z chleba.
– W dawnych czasach wigilię postrzegano jako czas, kiedy do wsi powracają dusze zmarłych – przekonywała Wójtowicz – Wierzbicka. W czasie wigilii nie można było np. prząść, aby nie zaprząść duszy, nie można było się czesać, bo grzebieniem można było uszkodzić duszę, ani używać szpiczastych przedmiotów. – Jak się siadało na stołku, to trzeba było się rozglądać, aby nie przysiąść duszy zmarłej osoby, a w myślach przepraszać dusze babki czy dziadka – opowiadała.
Wilku, wilku chodź do grochu
– Puste miejsce przy stole dawniej zostawiało się dla zmarłych przodków, aby przyszli i jedli z nami wieczerzę – mówiła etnografka. W niektórych wioskach mówiono, że to miejsce zostawiono dla biedy, aby przyszła i raz się porządnie najadła i zostawiła dom w spokoju.
Magicznym zwyczajem było też zapraszanie na wieczerzę dzikich zwierząt, aby się ich ustrzec w nowym roku. Gospodarz nabierał do łyżki grochu i stawiał ją na okiennym parapecie, wołając: „Wilku, wilku chodź do grochu, jak nie przyjdziesz to nie przychodź do nowego roku”.
Domownicy także wróżyli sobie w wigilię. Patrzyli, jaki mają cień na ścianie – dłuższy cień oznaczał długie życie. Wróżono sobie urodzaj, kładąc pod miski opłatek. Jak opłatek przykleił się np. do miski z ziemniakami, oznaczało to urodzaj na ziemniaki w przyszłym roku. Panny nasłuchiwały, z której strony szczeka pies, z tej przyjdzie do nich przyszły mąż. Czasem wołały: „Hop, hop, skąd mój chłop”.
Pies kiedyś naszczekał na Jezusa
Inną wróżbą było trzykrotne obieganie dookoła domu. Wówczas zaglądano do okien – w ten sposób można było zobaczyć przyszłość rodziny. Słomę podrzucano do powały – im więcej się przyczepiło, tym większy będzie urodzaj w przyszłym roku. Ustawiano dwanaście łusek cebuli, które symbolizują miesiące. Do nich nasypywano sól. Ta, która zawilgotniała najbardziej – w tym miesiącu będzie najwięcej deszczu.
Resztkami ze stołu wigilijnego karmiono inwentarz, zwierzętom dawano także opłatki. – W tym dniu nie karmiono psów, ponieważ w ludowej wizji świata pies kiedyś naszczekał na Jezusa i dlatego się psu nie należy – mówiła etnografka.
Dobrze, że nasza Pepa nie narodziła się na Podhalu, inaczej w Wigilię musiałaby być głodna, ale kto jak kto, ale ona umie się o swoje jedzonko upomnieć, więc jej to raczej nie grozi.
Kiedyś Hanula „pozazdrościła” mi dobrego snu. Tak, tylko ten sen dobry jest w sobotę i ewentualnie kawałek niedzieli. Wczoraj specjalnie całą niedzielę przemęczyłam, żeby nie położyć się za wcześnie spać i…..zgasiłam komputer o 4.30 rano, a już o 7.30 byłam na nogach, czyli znów zaczynam tydzień z niedoborami snu. Najgorsze jest, gdy człowiek jest strasznie zmęczony, senny, bo wtedy właśnie nie może na przekór zasnąć. Ot, taka przekora mojego organizmu. Tym razem dokuczała mi napuchnięta nieco kostka. Ale przecież leżałam, a nie tańczyłam, to co ona miała do dokuczania?
Dzisiaj od rana dzień gospodarczy, tzn przedświąteczne porządki i takie małe inne przygotowania, dobrze, że mam taką wspaniałą Renię, która pomaga mi to wszystko ogarnąć. Tzn Renia sprząta, a ja robię drobne inne podręczne porządki w papierach i nie tylko.
Mięsko już się piecze w rękawie w piekarniku, wspaniale przyprawami wysmarowane, pszenica pomału pyrka na gazie, a kiszony barszcz tak przepięknie pachnie, że już chciałoby się tą Wigilię zrobić. Będzie Magda na pewno zadowolona.
Dobrze, że mam dzisiaj na popołudniu do pracy, mam jeszcze więc trochę czasu na porządkowanie.
Teraz to już pewnie każda gospodyni ma co w kuchni robić, są takie wspaniałe gospodynie, które makowniki pieką, jak za dawnych, wspaniałych lat bywało.
Pamiętam, pamiętam te święta sprzed lat, gdy dom pachniał pastą do podłogi i wspaniałymi makowcami.
Miłych domowych prac zatem życzę i smacznej kuchennej krzątaniny też.
