góralskie wigilijne obrzędy i przepowiednie

– Dawniej na Podhalu przygotowanie do wigilii oznaczało wykonanie szeregu magicznych zabiegów i gestów, mających na celu zapewnienie dobrobytu i szczęścia w nadchodzącym roku. W święta ludowa symbolika i wierzenia przeplatały się z religią – opowiadała etnografka.

Jak przyjdzie baba – to koniec świata W dzień wigilii pilnie obserwowano, kto przyjdzie w gości do chałupy. – Jak przyjdzie baba – to koniec świata. Jak przyszedł chłop, to oznaczało dobrą wróżbę i dobrobyt w nadchodzącym roku – mówiła Wójtowicz – Wierzbicka.

Stół, na którym jedzono wieczerzę, górale opasali łańcuchem, aby inwentarz trzymał się zagrody oraz żeby rodziny nikt nie opuścił. Pod stół kładziono siekierę, co miało zwiastować spokój w rodzinie oraz lemiesz od pługa. Każdy z domowników podczas wieczerzy trzymał bosą nogę na lemieszu, aby być zdrowym „jak to wykute żelazo”.

Łyżkę trzeba było silnie trzymać w ręku, aby nie wypadła, bo to oznaczało śmierć w przyszłym roku. Łyżek musiało być tyle, ilu domowników. Jak było więcej, to w przyszłym roku będą narodziny, a jak mniej to oznaka, że ktoś umrze.

Ważną rolę spełniała też maśniczką zwana przez górali kiernicką. – Każdy z domowników czynił w wigilię gest ubijania masła, aby urządzenie nabrało odpowiednich właściwości i w przyszłym roku można było z niego wybrać więcej masła” – opowiadała etnografka.

Czas, kiedy do wsi powracają dusze zmarłych

Na wigilii obowiązywał ścisły post. Dawniej górale jedli w ten dzień skromne i jałowe posiłki: kluski z ziemniaków i mąki, kłutę, czyli rozgotowaną kapustę z ziemniakami, kołacz z mąki razowej i twarogiem, a na koniec bób albo groch gotowany. Czasami jedzono chleb z miodem. Opłatek na stole wystawiano na stole w piętce z chleba.

– W dawnych czasach wigilię postrzegano jako czas, kiedy do wsi powracają dusze zmarłych – przekonywała Wójtowicz – Wierzbicka. W czasie wigilii nie można było np. prząść, aby nie zaprząść duszy, nie można było się czesać, bo grzebieniem można było uszkodzić duszę, ani używać szpiczastych przedmiotów. – Jak się siadało na stołku, to trzeba było się rozglądać, aby nie przysiąść duszy zmarłej osoby, a w myślach przepraszać dusze babki czy dziadka – opowiadała.

Wilku, wilku chodź do grochu

– Puste miejsce przy stole dawniej zostawiało się dla zmarłych przodków, aby przyszli i jedli z nami wieczerzę – mówiła etnografka. W niektórych wioskach mówiono, że to miejsce zostawiono dla biedy, aby przyszła i raz się porządnie najadła i zostawiła dom w spokoju.

Magicznym zwyczajem było też zapraszanie na wieczerzę dzikich zwierząt, aby się ich ustrzec w nowym roku. Gospodarz nabierał do łyżki grochu i stawiał ją na okiennym parapecie, wołając: „Wilku, wilku chodź do grochu, jak nie przyjdziesz to nie przychodź do nowego roku”.

Domownicy także wróżyli sobie w wigilię. Patrzyli, jaki mają cień na ścianie – dłuższy cień oznaczał długie życie. Wróżono sobie urodzaj, kładąc pod miski opłatek. Jak opłatek przykleił się np. do miski z ziemniakami, oznaczało to urodzaj na ziemniaki w przyszłym roku. Panny nasłuchiwały, z której strony szczeka pies, z tej przyjdzie do nich przyszły mąż. Czasem wołały: „Hop, hop, skąd mój chłop”.

Pies kiedyś naszczekał na Jezusa

Inną wróżbą było trzykrotne obieganie dookoła domu. Wówczas zaglądano do okien – w ten sposób można było zobaczyć przyszłość rodziny. Słomę podrzucano do powały – im więcej się przyczepiło, tym większy będzie urodzaj w przyszłym roku. Ustawiano dwanaście łusek cebuli, które symbolizują miesiące. Do nich nasypywano sól. Ta, która zawilgotniała najbardziej – w tym miesiącu będzie najwięcej deszczu.

Resztkami ze stołu wigilijnego karmiono inwentarz, zwierzętom dawano także opłatki. – W tym dniu nie karmiono psów, ponieważ w ludowej wizji świata pies kiedyś naszczekał na Jezusa i dlatego się psu nie należy – mówiła etnografka.

Dobrze, że  nasza Pepa nie narodziła się na Podhalu, inaczej w Wigilię musiałaby być głodna, ale kto jak kto, ale ona umie się o swoje jedzonko upomnieć, więc jej to raczej nie grozi.

Takie ciekawostki wczoraj znalazłam gdzieś w jakiejś gazecie i przekopiowałam, nie dlatego, żeby była „zapchaj dziura”, ale uważam, że ten artykuł jest ciekawy.

Kiedyś Hanula „pozazdrościła” mi dobrego snu. Tak, tylko ten sen dobry jest w sobotę i ewentualnie kawałek niedzieli. Wczoraj specjalnie całą niedzielę przemęczyłam, żeby nie położyć się za wcześnie spać i…..zgasiłam komputer o 4.30 rano, a już o 7.30 byłam na nogach, czyli znów zaczynam tydzień z niedoborami snu. Najgorsze jest, gdy człowiek jest strasznie zmęczony, senny, bo wtedy właśnie nie może na przekór zasnąć. Ot, taka przekora mojego organizmu. Tym razem dokuczała mi napuchnięta nieco kostka. Ale przecież leżałam, a nie tańczyłam, to co ona miała do dokuczania?

Dzisiaj od rana dzień gospodarczy, tzn przedświąteczne porządki i takie małe inne  przygotowania, dobrze, że mam taką wspaniałą Renię, która pomaga mi to wszystko ogarnąć. Tzn Renia sprząta, a ja robię drobne inne podręczne porządki w papierach i nie tylko.
Mięsko już się piecze w rękawie  w piekarniku, wspaniale przyprawami wysmarowane, pszenica pomału pyrka na gazie, a kiszony barszcz tak przepięknie pachnie, że już chciałoby się tą Wigilię zrobić. Będzie Magda na pewno zadowolona.
Dobrze, że mam dzisiaj na popołudniu do pracy, mam jeszcze więc trochę czasu na porządkowanie.

Teraz to już pewnie każda gospodyni ma co w kuchni robić, są takie wspaniałe gospodynie, które makowniki pieką, jak za dawnych, wspaniałych lat bywało.
Pamiętam, pamiętam te święta sprzed lat, gdy dom pachniał pastą do podłogi i wspaniałymi makowcami.
Miłych domowych prac zatem życzę i smacznej kuchennej krzątaniny też.



Południe minęło…..

 

 

…… a tu ciągle wpisu brak. Oj coś ostatnio ociągasz się Ewuniu.
Wiadomo, wolne dni rozleniwiają.
Nawet nie wiecie, jak można na przykład ( z lenistwa) długo  spać.
Ja na przykład wczoraj  z niewielkimi przerwami  przespałam całą sobotę.
Nawet myślałam, że to cukier mi tak „buzuje”, więc dzisiaj rano zrobiłam sobie stosowny pomiar cukru i…..  no, nie powiem, że był on całkiem idealny, małe przekroczenie normy było, ale i tak był o wiele, wiele mniejszy niż dawniej bywało.
Przyznam się, że przez 2-3 dni trochę  inaczej zażywałam te tabletki, albowiem jednego rodzaju anty-cukrzyków mi zabrakło i musiałam kombinować tym, co miałam, dlatego obawiałam się, że cukier mógł mi trochę podskoczyć, na szczęście nie. Teraz już mam wszystkie tabletki i mogę je zażywać według zalecanej mi receptury. Mam nadzieję, że po tej operacji bariatrycznej moje kłopoty z cukrem się zmienią na korzyść, no, między innymi i dlatego ją robię,
W wielu wypadkach zdarzało się, że cukier po pewnym czasie wracał do normy, oczywiście przy utrzymywaniu stosownej diety.
Jak już kiedyś pisałam, nieco zmieniłam swoją dietę i to nie koniecznie dlatego, że tak podyktował mi mój rozsądek, ale są rzeczy ( zwłaszcza te tłuste), których mój żołądek nie trawi i chwała mu za to. A potem, czyli po operacji będzie już tylko lepiej, bo mój malutki, malusi żołądek nie będzie wymagał tyle pożywienia, jak dotąd, ba, będzie wszelkie nadmiary odtrącać, pod warunkiem, że znów ten mały  balonik, który pozostanie mi po operacji  nie przerodzi się z powrotem w wielki balon!
Chociaż staram się jeszcze o tej całej operacji nie myśleć, jeszcze wciąż mamy rok 2014, więc przede mną ho ho ile czasu jeszcze pozostało.
Myślę, że dopiero miesiąc marzec będzie odpowiedni do strachów i obaw przed zabiegiem. To po co teraz sobie zawracać głowę, skoro przede mną same przyjemności, czyli moje imieniny ( jakby nie było), Wigilia, Święta i rodzinne spotkania. No, można jeszcze wspomnieć o Sylwestrze, ale na niego nie mam żadnych specjalnych planów, pewnie jak co roku spędzę go przy moim kompie, a potem po północy grzeczne sobie pójdę spać. Chociaż w zeszłym roku Sylwester spędzałam u Magdy, ale to wynikało z   rozkładu kalendarza, w tym nie będzie podobnie, albowiem po tych świętach przede mną jeszcze 3 dni pracujące,
Zresztą ja bardzo lubię te samotne Sylwestry, bo robię to, co chcę, nie patrząc, czy ktoś się dobrze bawi, czy nie. Ja zawsze wtedy dobrze się bawię, a gdy jednak tak nie jest, idę spokojnie sobie spać.

Dzisiaj rano, gdy się obudziłam, myślałam, że padał śnieg, bo dach domu na przeciwko był białawy. Może i coś białego padało, ale pozostała tylko po nim mokra plama na dachu, sprawiające wrażenie śniegu. Wszystkie ulice i plantki obok  były w normalnym kolorze nieśniegowego grudnia 🙂
Ale i temperatura jest całkiem nie śniegowa, co prawda nie dwucyfrowa, jak dzisiaj zapowiadali w TVN -24, ale jednak dodatnia.
Czyli jednak Święta Bożego Narodzenia nie będą białe, nie ma na to szans.
Ale poczekajmy, jeszcze do Gwiazdki 3 dni.
I w tym oczekiwaniu pozostawiam Was na całą pozostałą część niedzieli, życząc miłych wrażeń.
Idę przewrócić moje macerujące się w lodówce mięsko na drugą stronę 🙂

czasami człowiek musi….

 

 

… odpocząć nawet od własnego blogu też.
A przeważnie u mnie tym dniem jest sobota.
Bo o czym stale pisać to samo, o nie przepraszam, jest jedna i to bardzo korzystna zmiana.
Dzisiaj od rana, przynajmniej w Krakowie jest piękne błękitne niebo, gdzieniegdzie szarpanymi chmurkami zaścielone, a głównie na tym niebie króluje nam słoneczko.
Tak, jest słonko!!! W dodatku jest ciepło, albowiem duje halny wiatr, który to podwyższenie temperatury przynosi.
Niestety niektórym, takim jak ja przynosi też ból głowy.
Więc żeby jej nadmiernie nie nadwyrężać wyszukuję w necie to co mile dla moich oczów i mojego ucha: słucham kolęd i oglądam strony kulinarne, zwłaszcza pani Ewy Wachowicz, na których zamieszcza swoje kulinarne przepisy, piękne zdjęcia, tak jak te zamieszczone u mnie pierniczki i wystrój wnętrz.
Szczególnie uwielbiam oglądać  jej pięknie ubrane stoły, za każdym razem inny, w zależności od pory roku czy sytuacji. Zawsze nienagannie wyprasowany obrus, kolorowe naczynia, które pięknie komponują się z zastawą oraz kwiaty, albo inne ozdoby, teraz na przykład świąteczne. kompozycje kwiatów świeczek i suchych owoców:

Jej fantastyczne programy można oglądać zawsze w sobotę około 10 – tej na Polsacie, oraz  na Ipli, a także na jej stronach

http://www.ewawachowicz.pl/przepisy.html.

Gorąco polecam, jej przepisy są zdrowe, pyszne i przede wszystkim łatwe do wykonania

Życzę miłego popołudnia, przy miłej lekturze.

Ostatni przedświąteczny weekend

 

Czyli można powiedzieć, że jesteśmy jakby na starcie przedświątecznego  finiszu.
Chałupy pewnie pięknie już lśnią czystością ( u mnie dopiero w poniedziałek), wiktuały zniesione do domu, teraz gwałtowny przegląd garnków do gotowania barszczu, kapuchy i galarety do karpia no i jeszcze sprawdzanie, czy wszystko zostało kupione, czy czegoś aby nie zabraknie….. ( o cholewka, zapomniałam o cytrynach)
Ot taka przedświąteczna krzątanina, abyśmy wszyscy potem zasiąść mogli do suto zastawionego stołu.
Bo co prawda co roku powtarzamy to samo, że było za dużo wszystkiego, że następnym razem trzeba kupić o wiele mniej, ale gdy już zaczynamy wpadać w ten przedświąteczny amok, wszystkie przyrzeczenia  znikają  i myśl zawsze podobna, jak sprzed roku pozostaje : jeszcze to, jeszcze tamto muszę kupić…..
Ja na szczęście mam tylko „kawałeczek” tych problemów, bo u nas jest tzw składana Wigilia, ja będę robiła kutię ( już mam nawet pszenicę, tylko muszę ją namoczyć i potem ugotować)i upiec tort, no i potem upiec mięso, które wspaniale mi się już 4 dni maceruje w lodówce, muszę tylko pamiętać codziennie rano go przewracać na drugą stronę. Barszcz też się już prawie ukisił, w poniedziałek będę go zlewała do butelek, a  we wtorek będziemy z Magdą gotować kapustę z grzybami ( obowiązkowo)!!! no i barszcz na Wigilię i doprawiać  go tym moim zakwasem. Potem tylko trzeba  usmażyć rybę ( karp dla dorosłych, łosoś dla dzieciaków,  bo mniej mają ości) i…….. będziemy mieli Wesołych Świąt.
Ale jak tu o świętach myśleć, skoro za oknem brzydko i deszczowo.
Właśnie w TVN- 24 przed chwilą słyszałam, że na białe Święta Bożego Narodzenia nie ma co liczyć. Chociaż jest ewentualnie taka możliwość, że  chyba w drugim dniu świąt prawdopodobnie może coś białego jednak z nieba spadać, ale gdy temperatury będą się utrzymywać tak jak teraz między 5 – 10 stopni raczej o sannie, czy o narciarskich szaleństwach  nie ma co marzyć.
A ja do pracy idę jeszcze dzisiaj i w poniedziałek popołudniu, a we wtorek biorę sobie urlop, bo już od rana będę bardzo zajęta w Magdzinej kuchni.

A teraz troszkę o moim popisowym torcie, już kiedyś przepis podawałam, taraz jeszcze go przytaczam.
Taki tort to sporo pracy, bo każdy z 3 krążków trzeba piec osobno, Zastanawiałam się nawet, czy troszkę czegoś nie zmienić i zamiast trzech placków kokosowych upiec tylko dwa, a trzeci, ten środkowy będzie wtedy orzechowy.
W sumie proporcje są takie same, każdy placek to dobrze ubita na sztywno piana z 4 białek, potem delikatnie dodaje ok 4 łyżek cukru i dalej ubijam, aż cukier będzie już niewyczuwalny  potem dodaję 10 dkg wiórek kokosowych (do środkowego dam 10 dkg mielonych orzechów), kilka kropel cytryny, by białka nie opadły i 1 łyżkę mąki. Potem to bardzo delikatnie się miesza, już łopatką, a nie mikserem, znów uważając, by nie siadła nam piana i dajemy do dobrze wysmarowanej blachy ( można lekko posypać tartą bułką)
A masa? 3 kostki masła ucieram z 4-5 żółtkami  i cukrem pudrem, ale niewielką ilością, bo do tej masy dodaję jeszcze krem krówkowy, który też jest słodki, (można też dodać bardzo gęsty budyń, albo ewentualnie skondensowane mleko, które gotuje się w puszcze ok 2-3 godziny), dosmaczam jeszcze rozpuszczalną kawą i delikatnie, by masa się nie zważyła spirytusem.
Każdy placek delikatnie ponczuję ( mocna herbata, sok z cytryny, łyżeczka cukru, trochę spirytusu) i przekładam placki masą, potem na  wierzchu i po bokach tortu  delikatnie rozsmarowuję resztę masy i tort daję do lodówki. Spróbujcie, na prawdę pyszny, wypróbowany już rodzinny przepis od lat.
No to dobrego i obfitego w wydarzenia piątku życzę.

P.S. A tym razem nie trafiłam w Lotka ani jednej cyferki 😦

a pieniądze to na ulicy leżą…

 

 

Sama o tym się przekonałam. Kilkakrotnie wczoraj  schylałam się po te znalezione 10 groszy, czasami 5 groszy.
To musi coś znaczyć, powiedziałam sobie i ochoczo poleciałam do Lotka
No i okazuje się, że wygrałam!!!!!!,  tak, wygrałam „trójkę”, czyli całe 24 zł
Mało??? No to co, zawsze to jakaś wygrana. Następnym razem to będzie jeden milion, następnym 10 milionów, a potem może i 24 miliony…… Trzeba w to wierzyć.
Ale póki co to tylko wydaję pieniądze, jak to na święta, gdy zbierzesz grosz do grosza to nawet całkiem fajnie spora sumka się utworzy.
Ale wierzę, że ten dobry czas też przyjdzie. A wtedy……….. tu rozpościeram cały mój wachlarz marzeń.

A co dzisiaj? Ponieważ idę na popołudniu, więc rano mogłam sobie pozwolić na dłuższe spanko, co bardzo mi się przyda po wczorajszym, nieszczególnym dniu.
Swoją drogą to całkiem nie  fajnie czuć się pijaną nie pijąc ani grama alkoholu.
Może to ciśnienie tak na mnie działało, czy co, bo na niezłej huśtawce byłam, co zaraz zresztą po przyjściu z pracy odespałam, potem obudziłam się gdzieś około 2 w nocy, chwilę sobie pooglądałam Iplę i znów smacznie zasnęłam, aż do 10.30.
Ale dzisiaj chyba mogę śmiało powiedzieć, że jestem już wyspana, no i jakoś w głowie już mi się tak  nie kręci.
A to wszystko przez ten krakowski smog, wszak mówią, że Kraków ostatnimi dniami jest bardzo niebezpiecznie zapylony!!!

Nic innego, specjalnego się w moim życiu wczoraj ( ani tym bardziej dzisiaj rano) nie działo, więc z czystym sumieniem dzisiejszy blog skończyć mogę, tym bardziej, że nie chce się wplątywać w polityczne awanturki naszego Parlamentu, gdzie Pawłowicz pożerającą w czasie głosowań kanapki odsyłano do Baru Mlecznego, a Kaczyńskiego nazwano w Sejmie kurduplem.
Boże, jaki mamy ten Parlament w Polsce!!

Miłego dnia

zawsze jest jakieś jutro, ale najczęściej są to środy

 

Dopiero co w zeszłą środę pisałam, że jutro też będzie środa, no i proszę, wcale się nie pomyliłam, już nadeszło jutro, już znów mamy środę 🙂
A że to ten akurat dzień tygodnia, to nów mamy z Ulą następne nasze blogowe „spotkanie”
I tak się z tego bardzo cieszę……..
Następna środa to już będzie dzień szczególny, Wigilia.
I też o Tobie na pewno Ulu nie zapomnę, chociaż będziesz pewnie bardzo zajęta w tym dniu świątecznymi problemami, ale może jednak za moment zaglądniesz?
Ale to będzie następne jutro, a dzisiaj……
No cóż, mogę tylko serdecznie pozdrowić Ciebie w tym naszym dniu i jak zwykle środowe całuski Ci przesłać. Jak to dobrze, że te środy istnieją, mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy wykreślić je z kalendarza, byłabym wtedy bardzo, bardzo smutna 😦
I chociaż ( na razie) wciąż nie ma śniegu, zamieszczam dla Ciebie Ulu tą piękną, grudniową różę, królowa kwiatów jest przecież śliczna o każdej porze roku, a ta jest szczególnie urocza w tym swoim delikatnym, białym, śniegowym kożuszku , nieprawdaż?

Boże, co to ostatnio się w Polsce wydarza – to istna zgroza, jakiś matrix. Najpierw jeden „psychol” podpala benzyną Ośrodek Pomocy Społecznej, z którego zresztą sam korzystał, przytrzymuje drzwi, żeby nikt nie uciekł i……………przynajmniej jedna na wskutek poparzenia  osoba zmarła, trzy następne walczą o życie.
Nie minęła chyba doba, gdy przyszła następna wiadomość o zabójstwie rodziców młodego chłopaka, który wraz z jego dziewczyną  brutalnie i z zimną krwią pozbawili życia tych, którzy sami kiedyś dali mu życie. Powód zabójstwa był nijaki, po prostu rodzice zdali sobie sprawę, że ta dziewczyna nie jest odpowiednią partnerką dla ich syna, czuli, że jest ona zagrożeniem na dalszej drodze jego życia. Niestety, nie pomylili się, ale też i nie  pomyśleli, że za tą swoją słuszną, jak widać decyzję zapłacą największą karę, czyli własną śmierć.
Trudno współczuć mordercy, ale ten młody, osiemnastoletni chłopak został po prostu wmanewrowany w chore plany swojej dziewczyny, stał się jej  niebezpiecznym narzędziem, przy  pomocy którego ona wykonała swoje zbrodnicze plany. Musiał być bardzo zakochany, skoro stracił ostatnie ostatnie ogniwa zdrowego rozsądku. Jego przebudzenie z tej niezdrowej miłości będzie straszne, gdy w pełni uświadomi sobie, jakiego strasznego  czynu dokonał. Obawiam, że może się to stać przyczyny jego próby samobójstwa, albo i wręcz samobójstwa, jego psychika nie pozwoli mu żyć z takim piętnem. Przypuszczam, że prokurator wobec obydwóch morderców wystąpi o najwyższą, możliwą w tj chwili w Polsce karę : dożywocie.
A tak pięknie życie mogło się im  zapowiadać… mieli dopiero po 18 lat, dopiero wkroczyli w dorosłe życie, tyle planów przed nimi do wykonania pozostawało….
Niech mi nikt nie mówi o wrażliwości, szczególnie dziewczyny, była niby poetką, ale właściwie to jej wydawało się, że będzie tak samo wielka i niezrozumiała jak Witkacy, na którym się niby wzorowała, ale tylko jej się wydawało. Jej „poezja” najwięcej związana była ze śmiercią, z zabijaniem, pokazywała jej  chore psychicznie kierunki i zamiast zachwycać się jej wypocinami powinien był znaleźć się ktoś, kto zainteresował się jej psyche i postarał się zapobiec nadciągającej zbrodni, która nie była spowodowana afektem, ale wręcz była dokładnie zaplanowana. Przedsmaki jej zbrodniczych  zamiarów właśnie można było łatwo  odnaleźć w jej niby poezji. Tylko kto powinien takimi ludźmi się zajmować? Chyba nie społeczność Face Booka, która w większości była zachwycona takim rodzajem twórczości młodej dziewczyny, czego wyrazem były liczne wpisy fanów tej kobiety – fatale, ba, nawet chętnie kupujących jej poezję.
Straszne i groźne, pokazujące, że duża część naszej młodzieży to nie przysłowiowe kwiaty, ale jakieś marne rośliny z zasuszonymi mózgami, ukierunkowanymi ku własnej i cudzej zgubie. Bo ktoś, kto zgadza się na takie słowa, automatycznie z nimi się utożsamia i staje się też kreatorem szerzenia się zła.
Może powinno się tym zainteresować chociażby szkolnych psychologów, którzy powinni uzmysławiać tym młodym umysłom, jakie są prawdziwe priorytety życia. No dobra, może trochę przesadziłam, jest przecież całkiem spora liczba  porządnej młodzieży, uczącej się, starającej się umiejscowić siebie w przyszłym życiu, nakładając na siebie nieraz bardzo mozolne dodatkowe obowiązki, aby ta przyszłość była lepsza. A ci źli?, może to tylko jakaś poza, którą chcą narzucić innym, by nad nimi zapanować, by chociaż na jakiś moment zaistnieć, bo na dłuższą metę nigdy żadne plugastwo utrzymywać się nie może, zawsze przyjdzie czas, gdy za to trzeba będzie zapłacić  i to drogo zapłacić.

Kończę to moje przykre rozmyślania I tak nigdy do końca takich osób jak ta dziewczyna i ten chłopak nie zrozumiem.

Dzisiaj dzień będzie pokazywał nam pogodę na maj: trochę deszczowy, trochę słoneczny, ale raczej ciepły.
Miłego dnia

A dzisiaj są imieniny ŁAZARZA !!!!!

pracowity poranek

 

Tylko 8 dni pozostało do Wigilii
No i dzisiaj pogoda na kwiecień, oj będzie z niego plecień, będzie i chłodny i ponury, a może potem i trochę słonka trochę się w nim pokaże
Ale pierwsze dni kwietnia niezbyt będą ciekawe, a to przecież właśnie wtedy będą Święta Wielkanocne.
No co ja tam już o Wielkanocy myślę, gdy Gwiazdka nam jeszcze nie zabłysła?
 Ale pamiętam też, że właśnie na początku kwietnia, zaraz po świętach  będę operowana, więc też i upał wcale mi nie będzie do szczęścia potrzebny, właśnie chłodniejsze dni się przydadzą.
Och ten kwiecień…….

Dzisiaj miałam bardzo pracowity poranek, zdążyłam  postawić buraki do zakiszenia oraz zrobiłam zalewę solankową do karkówki, która już się w niej pekluje.
Oj, ale będą pyszności…..
Teraz mam czerwone jak u diabła dłonie po tych burakach i nie wiem, czym je doszorować.
A ponieważ byłam od  bladego świtu zapracowana, dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki, bo muszę do pracy się już zbierać, zrobiło się okrutnie późno.
Ale obowiązek spełniony, wpis dokonany…..
No to wszystkim miłego i pracowitego dnia życzę, pewnie już w domu nadszedł okres dokładnych przedświątecznych porządków, to ostatnia chwila, bo potem trzeba będzie się zabierać za gotowania, smażenia, pieczenia, ubierania choinki itp.
No to trzymajcie się cieplutko kochani, głowa do góry i…do roboty.

już po 13- stym grudnia

 

 

Na całe szczęście już po wszelakich pochodach rocznicowych. Na szczęście  to w Warszawie odbyło się bez ekscesów i bardzo dobrze, bo każdy taki eksces byłby tylko krzywdą dla samego Pisu. Jakoś ten tłum, który zwieźli do Warszawy darmowymi autobusami dało się opanować. Trochę mi to przypomina te wiece PZPR-wskie, też wtedy był przymusowy zjazd partyjniaków, którzy jakimiś partyjnymi przymusami był zwożony do Stolicy.
A czy pamiętacie te przymusowe pochody pierwszomajowe? Tam też wtedy trzeba było być obowiązkowo obecnym. Wczorajszy wiec był podobnego kształtu – kazali to jestem ( to znaczy nie ja, oczywiście siedziałam wtedy wygodnie w swoim fotelu, lub wręcz drzemałam na tapczaniku). Część osób z oddalonych miast miało świetną okazję do darmowej przejażdżki do Warszawy na przedświąteczne zakupy, albowiem Pis z niby swoich, ale w rezultacie z naszych pieniędzy fundował im  taką rewelacyjną przygodę,
Ale wracając do meritum : Chłopaki ( dziewczyny też) pospacerowali sobie troszkę po Krakowskim Przedmieściu i nieco dalej, pomachali łapkami, pokrzyczeli, czyli jednym słowem dobrze się dotlenili.Takie spacery niektórym dobrze na nóżki działa, na umysł nie koniecznie. Prezes wypluł z siebie następną plugawą porcję kłamstw, zadowolony, że tłuszcza go wreszcie słucha. No bo ktoś kiedyś musi go dowartościować, skoro wybory- oczywiście sfałszowane – nie dały mu po raz kolejny upragnionej władzy. Tylko tym razem na Tuska nie mógł sobie ponarzekać, za to odbił to sobie na prezydencie Komorowskim. Proszę, jakie to mściwe stworzenie, też nie pozwolił Jarusiowi sobie porządzić.
Może trochę żal było tych, którzy te ciężkie biało – czerwone sztandary nieśli, ale skoro sami chcieli podlizać się jedynej słusznej partii? – sami sobie są winni.
A prezydent Komorowski wraz z żoną wzywali Polaków do zapalenia świeczek w oknach, jako hołd dla tych, którzy stan wojenny 1981 przypłacili życiem.
I kto tu godnie przeżył tą tragiczną dla Polski rocznicę. Tu cisza, powaga i światło, tam wrzaski i oszczerstwa………
Każdemu do własnej oceny pozostawiam.

Dzisiaj na szczęście już niedziela. Dzisiaj pozostałyśmy tylko w trójkę w domu ( nie licząc oczywiście Pepy) czyli Pola, Zoja i ja. Monika z Tomkiem i z Mią pojechali do Berlina.
Pepa też koniecznie chciała z nimi jechać  i kilka razy wsiadała za nimi do windy i była rozczarowana, gdy ją stamtąd wynosili. Ale, że Pepa jest przekupnym psem to od razu poleciała do mnie pod lodówkę i domagała się czegoś pysznego, nawet nie zwróciła uwagi, że Monika na moment się wróciła. Ot taki charakterek ma nasza Pepa.
Z dziewczynami mam bardzo dobry kontakt, tak więc myślę, że te kilka dni ( do wtorku) miło spędzimy. Oczywiście i jutro i we wtorek one będą musiały iść do szkoły, ja do pracy, ale i tak kilka wspólnych godzin nam pozostanie 🙂
Nawet ta niedziela miło się zapowiada, za oknem na niebie pojawia się słoneczko, a i temperatura ma osiągnąć około 10 stopni na plusie, co jest dziwne o tej porze roku.
Chociaż dzisiaj rano na TVN-24 pokazywali całkiem zachmurzony i zaśnieżony Kołobrzeg. Akurat ktoś z moich znajomych tam przebywa, współczuję takiej pogody, bo nawet na spacerki trudno chodzić, gdy jest śnieżnie i wieje wiatr. Ale czego dla zdrowia się nie robi????

Ale wszystkim życzę przemiłej i wesołej niedzieli. Od poniedziałku zaczynamy ostre przygotowania świąteczne, chociaż już wczoraj niektórzy pracowicie lepili uszka i pierożki.

Ale fajniasto było…

 

Niestety nie mogłam udokumentować wczorajszej imprezy moim aparatem, bo okazało się, że moja ładowarka nie działa, albo i te nowe baterie – akumulatorki są do niczego i mimo, że 3 dni ładowałam mój aparat, niestety nadal był pusty.
Na szczęście młodzież tym razem świetnie zadbała o sfotografowanie wczorajszej imprezy.
No a ja przynajmniej miałam nieco spokój, nie musiałam z tym swoim aparatem ganiać tam i z powrotem. Tylko teraz muszę coś zrobić, by na rodzinną Wigilię był już mój aparat całkiem sprawny.

No ale miałam pisać o wczorajszej imprezie. Odbyła się ona w…. Edenie, tak, to był prawdziwy Raj, niewielka sala, nieco w góralskim stylu.
Ale było w niej bardzo cieplutko,, zwłaszcza, że atmosfera imprezy była bardzo rodzinna.
Po przemówieniach „Dyrekcji” podzieliliśmy się wszyscy ( no prawie wszyscy) opłatkiem, a potem zasialiśmy za stołem, zajadając przepyszny barszczyk czerwonym z uszkami i bardzo smaczną smażoną, chrupką rybkę – karpiem z ziemniaczkami i czerwoną kapustą z grochem,. Za nami, na środku sali stał olbrzymi zimny bufet ze wszystkimi dobrociami tego świata, od śledzi i innych rybek począwszy, po słodycze i napoje alkoholowe i nie alkoholowe  różniaste skończywszy. Każdy wybierał to co lubi ( ja jadłam bardzo smacznego śledzika w śmietanie), bardzo dobre były też pierogi z kapustą i grzybami, spróbowałam dwa takie, bo jednak pojemność brzucha jest ograniczona. Siedziałam tam prawie do 11 stej w nocy, ale duża część, szczególnie ta młodzieżowa, co było do przewidzenia jeszcze pozostała, racząc się i pysznościami  z zimnego bufetu i alkoholem.
Do tego sala była bardzo pięknie ubrana, oczywiście była i prawdziwa  choinka, i małe sztuczne na każdym stole, ale na każdej więźbie i na ścianach zawieszone były piękne ozdoby z poinsecji, czyli gwiazd betlejemskich,.
Reasumując, to był na pewno jeden z najmilszych dla mnie wieczorów.
A dzisiaj obudziłam się z…Katzem. Tak, tylko całkiem nie wiem dlaczego, bo przecież nie napiłam się ani kieliszeczka wódki, ani kieliszeczka  wina.
Głowa mnie boli, jakoś tak dziwnie w niej mi się kręci…. chyba pójdę spać.

No i tylko tak dla dokumentacji przypominam, że dzisiaj mija 33 rocznica wprowadzenia  Stanu Wojennego.
Pamiętam tą trwogę w tamtym dniu i wiem, jak dzisiaj niektórzy chcą zawładnąć tą rocznicą do własnych politycznych celów.
Czy tak ma wyglądać ta demokracja, którą wielu wtedy przypłaciło  ten dzień i wiele następnych swoimi tragediami, a nawet i śmiercią?

Pozostawiam wszystkich do zadumy nad tym dniem 13 grudnia.

no bo bolał mnie brzuszek…..

 

Przepraszam, wczoraj nie popisałam się w swoim blogu, samo zdjęcie tylko zamieściłam, ale..
To wina łakomstwa, znów poprzedniego wieczora zjadłam to, co nie powinnam ( racuszki), tzn one były bardzo smaczne, ale mój żołądek wyraźnie ich nie lubi. Czyli znów było spięcie na linii moje  podniebienie – mój żołądek, niestety ten drugi zawsze potem musi cierpieć.
Dlatego co prawda  rano wstałam, ale ponieważ czułam się nie tęgo jeszcze ” na troszkę” powróciłam do łóżeczka, albowiem na szczęście wczoraj miałam popołudniową zmianę. Coś tam pozażywałam przeciwbólowego i usnęłam, albowiem sen dobrze na ból działa, wręcz  znieczulająco.
O godzinie prawie trzynastej musiałam wstać, trochę się ogarnąć, ubrać i wyruszyć do pracy. Nie ma nic lepszego na bóle, jak praca, od razu o nich się zapomina, gdy człowiek pracą jest zajęty. Dlatego wczoraj chociaż to zdjęcie zamieściłam, jako znak, że wciąż  jednak jeszcze żyję 🙂
Dzisiaj już jest całkiem O.K. i bardzo dobrze, albowiem mamy dzisiaj Firmową Wigilię w restauracji i jakoś wyglądać przecież muszę, no i coś pysznego spróbować też. Ale znów muszę uważać na swój żołądek, on już chyba wie, że pomału musi się przyzwyczajać do mniejszych porcji niż dotychczas, czuje już, co go czeka w  przyszłym kwietniu. Ale tym razem muszę zadbać, by doszło do całkowitego porozumienia mojego podniebienia z żołądkiem, żeby znów jutro nie narazić się na nowe cierpienia.
Ubranie już przygotowane, aparat do zdjęć, tym razem normalnych, a nie rtg, też już jest odpowiednio naładowany. Dobry humor też już jest włączony
Nic, tylko czekać tych późno popołudniowych, a właściwie już wieczornych godzin z opłatkami, uściskami i całusami, oczywiście też z życzeniami bardziej, lub mniej fałszywymi, lub prawdziwymi, do koloru, do wybory, co kto lubi. A potem nastąpi pałaszowanie takiej prawdziwej przed wigilijnej Wigilii: barszcz z uszkami, karp smażony, ziemniaczki, kapusta z grzybami i już będziemy mogli powiedzieć, że  czas świąt już się rozpoczął. Kto będzie mógł, wyrwie się wcześniej z imprezy, pod różnymi pozorami: dziecko w domu, pies na spacer wyjść musi itp, reszta, a w tym szczególnie  młodzieżowa część załogi, będzie do późnych godzin okupywała lokal przy następnej wódeczce i będzie im wesoło, już prawie świątecznie. W tle będzie iskrzyła się choinka, z głośników napływać będzie kolęda…. jednym słowem żyć nie umierać. Ale będzie czas na rozmowy, bo w pracy niby wszystkie koleżanki znamy, ale nigdy nie ma czasu na tyle, żeby sobie z nimi pobajać, teraz nadchodzi ten właśnie czas.
Jednym słowem mam plany na przyjemnie spędzony czas wśród ludzi mi znajomych, mniej znajomych i całkowicie nieznajomych, czas na uśmiechy prawdziwe   i te sztuczne no i na robienie zdjęć, które co prawda zamieszczam potem w internecie, ale nikt nie umie ich znaleźć. Czyli jak zawsze, corocznie.
Życzę wszystkim ( nie tylko imprezowiczom) miłego piątku, tym bardziej, że znów zapowiada nam się w miarę ciepły weekend.
No to jakie będzie w tym roku to prawdziwe Boże Narodzenie? Białe, czy…zielone?