Zanim człowiek się spostrzegł, już mamy czwartek. To bardzo dobra wiadomość, albowiem jutro jest ostatni pracujący dzień tygodnia.
No i rozkład pracy trochę się mi zmienił, zamiast popołudniu będę dzisiaj i jutro rano w pracy, czyli nie mam co się martwić, że mój weekend będzie trwał pół dnia krócej.
Wczoraj Ula podesłała mi do Krakowa słoneczne promyczki i…zadziałało. Ledwie to przeczytałam, a już się słonko pojawiło i z małą przerwą na późne popołudnie i na noc dalej świeci.
Dziękuję Ulu, też Ci kilka promyczków odsyłam.
Przeczytałam dzisiaj w Newsweeku, że prezes Kaczyński jest tak zachwycony wynikami swojego kandydata, że „dosypał” mu na kampanię raz jeszcze tyle, co dotychczas pieniędzy. Zastanawiam się tylko, kto potem tą pożyczkę za nich spłaci, czy po ewentualnej wygranej przerzucą spłatę swojego długu , opodatkując każdego Polaka?
Jak na razie Pis z lubością prowadzi tzw kampanię ujemną, polegającą na ośmieszaniu i deprymowaniu obecnego prezydenta.
Fakt, że nasz obecny prezydent jest nieco jowialny, co przeciwnicy szybko wykorzystują.
Ale mnie nikt na blichtr i na baloniki nie nabierze, bo doskonale wiem, że ich kandydat to tylko pisowska marionetka, potem będzie tak, jak w 2005.
Dlatego te wszystkie ochy i achy tylko mnie denerwują, kolokwialnie mówiąc.
W każdym bądź razie uważam, że pewna część Polaków w złą stronę się zwraca i niestety sama na własnych plecach te fatalne decyzje odczuje, oj odczuje.
Dosyć polityki. Co będzie, to będzie.
A ja codziennie siedzę z ołówkiem w ręce i w małym kalendarzyku w drugiej i odliczam, odfajkowuję, ile dni jeszcze mi pozostało do……
Do wiosny też, ale teraz mam tuż, tuż przed sobą bardzo ważne życiowe wydarzenie, o którym pomału zaczynam już myśleć.
Czyli już się zaczyna pewna mała nerwówka, niby pozornie wszystko jest w porządku, ale gdzieś tam w głębi mojego brzucha zaczyna mi się wszystko kotłować.
I co ciekawe, mam poczucie, że ten teraźniejszy czas to już są ostatnie „dobre” chwile, przynajmniej dla mojego brzuszka.
Dlatego czasami staram się mu robić miłe niespodzianki i…… No właśnie, nic ukryć się przed innymi nie da. „Wskoczyłam” kiedyś do piekarni – cukierni Buczka, gdzie można przy stoliku jakieś wspaniałości spożyć i od razu zostałam nakryta, nawet nie wiem przez kogo, bo nikogo podejrzanego wokół siebie nie widziałam.
Zresztą nawet jeżeli ktoś mnie dojrzał, musiał od razu donosić do rodziny, że niby idę na operację bariatryczną, a dojadam sobie ciasteczkami w cukierni????
A ja nie jadłam tam wcale żadnego ciastka, jak mi sugerowali, tylko lubiłam tam wpadać na tartę z łososiem, taki niewielki kawałek przecież aż tak nie tuczy, to był tylko mój niewielki obiadek, na który już nie długo i tak sobie pozwolić nie będę mogła.
Ja to mam pecha, pamiętam, że w moich dawnych latach szkolnych jeden, jedyny raz poszłam na wagary i od razu wpadłam na jakąś życzliwą sąsiadkę, która doniosła o tym fakcie mojej rodzinie, teraz znów zostałam „nakryta” w tej cukierni, ech co za życie! Ale przynajmniej znów poczułam się jak niesforny dzieciak, który zrobił coś niedobrego i został za to zbesztany, ha, ha, ha.
No to w tym radosnym nastroju żegnam dzisiejszy dzień na moim blogi i życzę wszystkim oczywiście miłego i słonecznego dnia.
