Tak, to już dzisiaj jest środa. A tak nie mogłam się na nią doczekać. Róża już przygotowana czekała we flakoniku na jej nową właścicielkę – Ulkę.
Co prawda już wczoraj Ula odezwała się w moim blogu, informując mnie o swoim aktualnym miejscu pobytu, ale wiem, że i dzisiaj pewnie chyżo do mego blogu pobiegnie, by zaglądnąć, czy czeka na Nią następna wspaniała róża. No i oczywiście się nie zawiedzie, róża obowiązkowo jest!
Ulu, całuję Cię serdecznie i pozdrawiam ze ślicznie rozsłonecznionego Krakowa, oby jak najdłużej, bo jakieś zawirowania w pogodzie znów na weekend zapowiadają.
Obiecałam wczoraj, że w dzisiejszym moim blogu coś opiszę i proszę, jest temat.
Otóż wczoraj „cofnęłam” się w siermiężne lata PRL i odwiedziłam ni mniej, ni więcej, Bar Mleczny Flisak

Wystrój zupełnie jak w starych takich placówkach, niewielkie stoliki z serwetką ( na szczęście nie był stolik przykryty ceratowym obrusem) i sztucznym kwiatkiem, drewniane, podejrzanej wytrzymałości krzesła i nieśmiertelna tablica ze spisem potraw, których w większości nie ma, o czym świadczą puste miejsca na cenę potrawy. Nawet podczas mojego pobytu kilka potraw już wyszło ( i nie wróciło), a byłam tam około 14.30. więc w jak najbardziej w obiadowej porze.
Wiadomo, ani Wierzynek, ani Hawełka to nie jest. Wokoło tyle pięknie wystrojonych restauracji, Trattorii, więc taki wygląd z góry jest skazany na przegraną.
Zamówiłam zupę kalafiorową i leniwe pierogi, I znów smaki z PRL-u powróciły. Zupa rodem z kotła, rozmamłany kalafior w rozmamłanym, papkowatym ryżu, zupa całkiem bez żadnego smaku, ani słona, ani pieprzna, nijaka, trochę jak rozgotowana szmata smakowała, więc ponad połowę zostawiłam – trudno było to przełknąć. Czy te kucharki nie gotują żadnych zup swoim mężom? Bo na pewno gdyby ktoś mężowi podałby zupę o takim smaku, on wyrzuciłby żonę wraz z tą zupą na korytarz, nie bacząc na przemoc, czy gender i inne licho. Leniwe były tak twarde, że gdybym przypadkiem rzuciła którymś w okno, mogłabym wybić szybę. No jeszcze jako – taki był kompot z mrożonki, na szczęście prawie bez cukru, więc nie miałam żadnych wyrzutów, że go wypiłam.
Niewiele osób było w barze, ale jednak jedni przychodzili, inni wychodzili. Przeważnie byli młodzi studenci, czasami stare dziadki, babki też, na przykład ja :-), było też jakieś małżeństwo z uroczym dzieciakiem, ale na szczęście nie było żadnej osoby podjadającej z cudzych talerzy, co zawsze jest zmorą takich placówek.
Pewnie, gdybym taką osobę tam dojrzała, zaproponowałabym jej zakup obiadu, zupę, czy może pierogi, żeby nie musieli zjadać resztek po innych.
Co ciekawe, był tam jeszcze osobny zestaw dań dla osób ze skierowaniami z MOPS-u, co prawda dania te nie były całkowicie bezpłatne, ale miały ceny o wiele niższe niż te dla przeciętnego klienta. I nawet w tym jadłospisie był nawet wybór, myślę, że to dobry pomysł, tylko pewnie i tak nie każdy z biedaków może taki bon na tani obiad otrzymać.
Więc z jednej strony dobrze, bo można coś taniego zjeść, tylko…no właśnie to jest ta druga, gorsza strona, dlaczego te dania są niesmaczne. A wystarczyłoby do tej zupy dodać troszkę jakichś przypraw no i nieco krócej gotować, to tak nie wiele, a zarazem tak dużo. Tylko dzisiaj właśnie przeczytałam na Onecie, że jest zakaz używania wszelakich przypraw w Barach Mlecznych, nawet poczciwy liść laurowy i pieprz jest zabroniony, a więc pozostała tylko sól.
Pewnie minister, który wydał takie rozporządzenie nie jada w Barach Mlecznych, więc co on może wiedzieć o rozmamłanej i bez smakowej zupie kalafiorowej?
Po obiadku zrobiłam sobie rekonesans po starych kątach, wspominając, o tu kiedyś pracowałam w przychodni, oczywiście w rtg, a tu była szkoła wieczorowa dla dziewcząt i tu uczyła moja ciocia Hela, a ja chodziłam tam szyć sobie sukienki, tworzone przez uczennice, przysposabiające się do zawodu krawcowej, ale kiedy to było…. A tu w tej kamienicy mieszkali znajomi moich Rodziców, tam chodziłam z nimi z wizytą. To była stara kamienica z bardzo zakręconymi schodami i z windą windą puszczoną na zewnątrz, a nie jak przeważnie w specjalnym szybie. Ta winda miała szklane, duże drzwi i jadąc w niej widać było wszystko, co się wokoło dzieje. Przyznam, że troszkę nieswojo w takiej windzie się czułam. Zresztą teraz też bywają budynki z takimi windami bez szybów, widać jest powrót do tamtej „mody”.
Dzień był słoneczny, ale wiał nieco chłodny wiaterek, więc spacerek był przyjemny, tylko niestety nawet na ławce nie bardzo można było sobie przysiąść, bo zaraz robiło mi się zimno.
Dzisiaj też jest słonecznie od rana, ale wieje dosyć mroźny wiatr, otworzyłam rano okno, by przewietrzyć po nocy pokój i dosyć szybko zamknęłam go z powrotem , brrr, zimno…
Dzisiaj obiadek będę jadła w domku, bo idę do pracy na popołudniu, no chyba, że wskoczę do Trattorii Amici, która jest koło mojej przychodni na jakiś dobry kremik chrzanowy z wanilią ( to jest zupa, a nie deser) albo znów na krem z topinamburu z wiśnią ( też zupa), tylko że , ta zupa krem będzie droższa niż cały wczorajszy obiad, wraz z kompotem. No tak, ale i o wiele wyższy tu poziom obiadowania.
A niewiele „smaków” mi już pozostało, przynajmniej przez dłuższy czas, teraz jeszcze mam szanse smakowania, potem pozostaną tylko wspomnienia…..
Ale się dzisiaj rozpisałam…No to kończę tradycyjnie miłego dnia życząc

