No i tak sobie do niedzieli będę odliczać, a potem, już po wyjściu ze szpitala znów na nowo włączę moją odliczankę aż do następnego pójścia do szpitala.
Swoją drogą szybko nawet mi ten czas oczekiwania minął, może dlatego, że bardzo długo oszukiwałam siebie, starając nie myśleć o tym, co mnie czeka.
Teraz już dłużej nie mogę się oszukiwać, przez co mój blog znów się robi monotematyczny, przepraszam z góry za to, ale to jest tak zwana wyższa siła.
Dwa ni temu śnił mi się mój Tatuś. Wcale nie lubię, gdy mi się śni, bo On zawsze przestrzega mnie przed jakimś niebezpieczeństwem, albo przed jakąś tragedią, która ma nastąpić, albo przed złymi wiadomościami.
Ale jestem dobrej myśli, bo tym razem śnił mi się bardzo pogodnie, bardzo się ucieszyłam z Jego wizyty, był taki ciepły, miły, obdarowywał mnie prezentami….
I jakoś wcale nie zapraszał mnie do siebie, więc może jednak nie tak szybko z Nim się jeszcze spotkam…..
No, różne człowiek miewa myśli, szczególnie przed tym, co jest dla niego nieuchronne. Ale sama chciałam, nikt mnie nie namawiał.
Wybrałam mniejsze zło, czyli najpierw troszkę pocierpię, a potem wszystko wróci do normy, niż postępujące kalectwo z powodu dużej nadwagi.
Czytam co prawda o tych cudownych środkach, jak zielona kawa, czy o ostatniej rewelacji, czyli o zielonym jęczmieniu, który pozwala zbić sporo kilogramów.
Tylko ja już to wszystko przerabiałam w swoim życiu, co prawda nie piłam tych świństw, ale sporo schudłam( mój rekord to 29 kg), tylko niestety zawsze wraca ten cholerny efekt jojo. A tu się tak nie da , żołądek będę miała malutki jak u ptaszka i porcje też w związku z tym będą malutkie. No chyba, że się uprę i będę zajadała codziennie po 1 kg czekolady i innych łakoci, rozepcham sobie żołądek i cala operacja obróci się w niwecz. Tylko z drugiej strony i to nie byłoby wcale takie łatwe, bo z chwilą, gdybym zaczęła „normalnie” jeść miałabym olbrzymie kłopoty z żołądkiem i spory dyskomfort, więc pewnie sama bym przed tym się broniła.
Muszę się przyznać, że w tej chwili bardziej niż operacja, stresuje mnie sam pobyt w szpitalu. Nie rozumiem dlaczego, przecież już wiele razy w szpitalu leżałam, dawałam sobie radę i żadna krzywda mi się nie działa. A teraz tak się czuję, jakbym w ogóle po raz pierwszy w życiu szła do szpitala.
Oczywiście dla „pokrzepienia duszy” wymyślam sobie optymalnie złe sytuacje, a to brak brodzika do mycia ( do wanny bezpiecznie nie wejdę), a to te moje dziwnie przesypiane noce z budzeniem się co 2 godziny (przecież nie będę się kręciła po korytarzu) i o wielu więcej jeszcze innych możliwościach napotykanych przeze mnie ewentualnych kłopotów, czym się tylko „podkręcam” i coraz bardziej stresuję. Dobrze, że na wszelki wypadek mam hydroxizinum na uspokojenie, mam nadzieję, że pozwolą mi ją tam zażywać.
Boże, ile się człowiek musi namęczyć,zanim umrze!!!!!
A o resztę będę się martwić już po świętach, chcę tą najbliższą Wielkanoc mieć spokojną i w miarę bez stresów, chociaż tych na pewno nie uniknę i to z wielu powodów.
Wszak będą podawali same pyszności ( mam w planie zrobić, podobnie jak w zeszłym roku paschę), a tu nici z podjadania, na 8 kwietnia cukier muszę mieć w normie. A robiąc teraz codziennie pomiary widzę, że troszkę więcej jedzenia i już cukier nieco podskakuje w górę, nawet nie jedząc słodyczy, czyli na wpływ u mnie na cukier ma nie tylko jakość, ale i ilość skonsumowanego poprzedniego dnia jedzonka.Czyli wniosek jest jeden, dzień powszedni, czy świąteczny, muszę z jedzonkiem uważać!!!
Trudno, już dosyć w moim życiu słodyczy się nałykałam :-). Teraz pora na post, skoro chcę być w miarę szczupła (ale będzie heca, gdy będę ważyła na przykład 40-45 kg mniej, aż mi się nie chce wierzyć, że to jest możliwe) i przede wszystkim chcę być zdrowa no i jeszcze trochę chcę sobie pożyć, przynajmniej do tej setki:-)
Wczoraj Orange przechodziło jakiś armagedon, nagle sieć straciła połączenia, tak więc nie działała ani telefonia miejska, ani komórkowa, o internecie nie wspominając,
To musiała być jakaś większa chyba awaria, bo całą noc była sieć nieosiągalna ( no chyba, ze włączyła się nad ranem)
Katarek jakby pomału ustępował, co prawda jeszcze ciut męczy, ale jest już lepiej. Taki przełom miałam wczoraj popołudniu, gdy prócz kataru zaczęło mnie łamać we wszystkich kościach (czyżby znów miała nastąpić niedobra zmiana pogody) i marzyłam, żeby już skończyć pracę i taksówką jak najszybciej do domu powrócić, gdzie już czekał na mnie mój zbawienny Nimesil.
A potem jakoś chwilkę się zdrzemnęłam i ból zaczął zanikać i katar zrobił się mniej dokuczliwy i obfity, co zdecydowanie widać było po moich chusteczkach.
Ale jednak całkowicie nie ustąpił i wciąż jeszcze zdarza mi się głośne A PSIK.
Czyli nie jest źle, a jutro będzie jeszcze lepiej….tylko….. ale zawsze jest takie tylko, nie tylko zresztą u mnie.
Ale dzisiaj Was wynudziłam swoja osobą, ale gdzieś te wszystkie swoje „żale” umieścić przecież muszę
No to dobrego dnia wszystkim życzę. :-).
