Dzisiaj fioletowo ( bo to ostatnio jakoś zrobił się mój ulubiony kolor) witam Ciebie Ulu w swoim blogu w tym radosnym dniu dla nas obu (środa) i posyłam Ci wiele uśmiechów z niezwykle wiosennego Krakowa,
Aż gębusia się uśmiecha, gdy widzi się te małe zielone pączki na drzewach (teraz już tylko takie podziwiać będę), te krokusy przy niektórych blogach i nieśmiało rozwijające się żonkile. Mam nadzieję, że u Ciebie też tak radośnie wiosna się właśnie rozpoczęła.
Właśnie przeczytałam : Osoby które identyfikują się z kolorem fioletowym są zazwyczaj wielkoduszni, władczy, pełni ducha, bogaci w myśli, poszukują odpowiedzi na pytania egzystencjalne, bardzo uczuciowi i o dobrej intuicji.
Ludzie lubiący kolor fioletowy często uważają się za osoby religijne, a ponadto potrafią nie tylko pomóc sobie, ale innym w znalezieniu właściwej drogi. Jeśli ktoś należy do takich osób to będzie posłuszny samemu sobie. Fiolet także kojarzy się z majestatem i zazwyczaj oznacza najwyższą jakość. Powiązany jest też z czasem, przestrzenią i kosmosem.
Tajnym odpowiednikiem koloru fioletowego jest kolor biały.
Co prawda nie wiem, co oznaczają słowa „tajny odpowiednik”, ale fakt, biały kolor też mi nawet odpowiada.
Tylko, że ten fiolet tak jakoś ostatnio mnie dopadł, prawie wszystko, co sprawiłam sobie na „szpitalną wyprawkę” jest właśnie w tym kolorze….czy to coś oznacza? Nie wiem, ale na wszelki wypadek fioletowo Cię Ulu pozdrawiam i życzę wszelakiej pomyślności na następny cały tydzień.
Wczorajszy dzień był taki dla mnie nieco poplątany, mogłabym sobie zaśpiewać „trochę dobrze, trochę źle”
Ale już wiem na pewno, że tak do końca nie można wszystkiego zaplanować, zawsze jakiś margines na poprawki trzeba zachować.
A wszystko zaczęło się od mojego jednego telefonu. Otóż Magda poradziła mi, żebym na wszelki wypadek zatelefonowała do tego szpitala, do którego wybieram się w niedzielę i dokładnie dopytała się, o której godzinie mam przybyć, skoro to jest taki nietypowy dzień tygodnia.
Okazało się, że nigdzie nie jest zapisane, że tam mam się zgłosić, mimo, że na własne oczy widziałam, jak doktor chirurg, który ma mnie operować własnoręcznie w komputerze mnie do systemu wprowadzał i zatwierdzał datę przyjęcia.Przyznaję, lekko się zdenerwowałam, zwłaszcza, gdy panie rejestratorki mi oświadczyły, że żaden chirurg nie ma prawa mnie u nich rejestrować, co najwyżej ja miałam podejść do nich, by uzyskać termin.Cóż miałam robić? Zatelefonowałam do pana doktora chirurga, na szczęście w telefonie miałam zapisany jego numer.
Pan doktor Marcin był bardzo zdziwiony tym, co ode mnie usłyszał, ale był bardzo miły i obiecał,że wszystko załatwi, tylko żebym się tym nie martwiła Obiecał, że potem do mnie zatelefonuje, bo akurat był poza szpitalem i wszystko mi objaśni. Równocześnie przeprosił, ale musi moje przyjęcie na Klinikę Chirurgiczną przesunąć o kilka dni, bowiem według pierwszego terminu będzie w Klinice nieobecny. Tak więc na Klinikę będę przyjęta dopiero 13 kwietnia (a nie jak wcześniej miałam być przyjęta 8 kwietnia), a dzień później pójdę pod nóż.
Oczywiście jeżeli zdążę pozałatwiać ten termin na Oddz Wewnętrznym. Cały dzień czekałam na telefon od miłego pana doktora, co chwilę spoglądałam, czy nie było rozmowy, mimo, że telefon nosiłam przy sobie.
Oczywiście telefon zadzwonił, gdy byłam w sklepie i wcale go nie słyszałam, ale i szybko ten telefon wyłapałam i sama do doktora zadzwoniłam. Okazuje się, że pan doktor nadal był poza kliniką, więc nie miał dostępu do komputera i nic nie mógł wyjaśnić, ale powiedział, że zlecił sprawdzenie tej sprawy swojemu asystentowi, który ma do mnie zadzwonić i do końca o sprawie poinformować. Ale pocieszył mnie, że najprawdopodobniej to był jakiś błąd i wszystko wyjaśni się na moją korzyść, czyli prawdopodobnie pójdę do szpitala jednak w niedzielę. No nic, muszę cierpliwie poczekać co z tego wyniknie.
Ale to nie jedna moja przygoda wczorajszego dnia. Po pracy postanowiłam jechać z pętli tramwajem, aby wysiąść koło Filharmonii, a potem skręcić w ul Zwierzyniecką. Tam jest sklep z produktami Milda.Tylko zapomniałam o wielkim remoncie torowiska na ul Podwale i zamiast skręcić w prawo, tramwaj pojechał w lewo pod Dworzec, a potem pod pocztę Główną i dalej tramwaj jechał już prosto, tylko akurat nie w moim kierunku. Więc musiałam wysiąść przy ul Gertrudy i przejść na drugą stronę ulicy, aby wsiąść w tramwaj, który pojedzie tam, gdzie akurat ja zechcę. Po drodze postanowiłam odwiedzić market, który jest umieszczony w lokalu po byłym znanym krakowskim kinie Wanda. Weszłam i przypominałam sobie: tu był hol, obok kasy biletowe, a tam była wielka sala kinowa, przemieniona teraz w olbrzymią halę. Ale klimat sklepu całkowicie nie przypadł mi do gustu. Na dziale owocowym banany były już w brązowe kropki, czyli nadawały się natychmiast do konsumpcji, przy stoisku z wędlinami krzątały się co prawda dwie, a przelotnie i trzy panie, które były zajęte jakimiś porządkami i żadna z nich nawet nie zauważyła, że klientka, czyli ja stoję i czekam, aż do mnie podejdą,Zdenerwowało mnie to,więc poszłam w stronę półek chłodniczych, ale jakoś żaden towar szczególnie mnie tam nie zainteresował, Wzięłam więc jakiś byle jaki serek do koszyka, pęczek rzodkiewek i znów podeszłam do działu wędliniarskiego, ale tym razem stała już kolejka klientów, więc zaniechałam wędliniarskich zakupów i udałam się w kierunku kasy, po drodze wsadzając jeszcze jakieś słodycze dla Mii.. Było mi bardzo gorąco (fakt, ubrałam się jakby na wyjazd na Syberię- sweterek z golfem, na to bluzka sweterkowi, grube spodnie, botki i w dodatku ciepłą zimową kurtkę, a tu upał lał się z nieba, ponad 15 stopni), kolejka posuwała się żółwim krokiem, właściwie nie, nie posuwała się, bo była jedna kasa z okropnie powolną kasjerką i jeszcze bardziej niesforną klientką. Jeszcze moment i tu zemdleję, pomyślałam sobie, więc porzuciłam koszyk z towarem koło kasy i wyszłam sobie łyknąć świeżego powietrza, oczywiście wcale już tam nie wracając. Co prawda raczej nie bywam w tych rejonach, ale na wszelki wypadek ten niesympatyczny sklep będę omijała z daleka.
Na szczęście potem wsiadłam we właściwy tramwaj, tzn taki, który zawiózł mnie w zaplanowane miejsce,
Swoją drogą, straszne jest, że chcąc z pracy do domu muszę objeżdżać dookoła cały Kraków i w dodatku się przesiadać. Czyli teraz pozostanie mi tylko powrót autobusem 194, chyba, że komuś też wpadnie coś do głowy i na przykład zaczną nagle remontować również Aleje.
Ten cały remont wokoło Plant jest wstępem do przeprowadzanej regulacji ruchu jednokierunkowego pomiędzy Uniwersytetem a Dworcem głównym, czyli ktoś tak to wymyślił, że cały ruch spod Wawelu będzie kierowany w stronę i tak zakorkowanych wiecznie Alei – gratuluję pomysłu.
Dla mnie nie jest to aż tak bardzo ważne, bo na szczęście nie jestem kierowcą, a ten który mnie będzie woził niech sam sobie głową pokręci, ja tylko będę wygodnie i beztrosko sobie jeździła i tylko biernie błądziła po zapchanym Krakowie.
No dobrze, zboczyłam z tematu.
Wysiadłam wreszcie na zaplanowanej ulicy i udałam się do sklepu, gdzie zakupiłam nowego elektronicznego papierosa (jeden z tych zakupionych wcześniej niestety już mi szwankuje, chyba wysiadła w nim grzałka, bo rozgrzewa się niemiłosiernie), a po drodze odwiedziłam jeszcze Bank PKO BP, gdzie mi upchnęli
kartę kredytową (chociaż całkiem co innego miałam tam załatwić) no i na końcu odwiedziłam sklep Lewiatan, gdzie już bez żadnych kłopotów dokonałam zakupów, z którymi, zmęczona jak cholera) ledwie żywa i spocona, jak mysz powróciłam do domu.
Ta szybka i diametralna różnica temperatur może doprowadzić człowieka do padnięcia. Oczywiście przy takiej zmianie całkowicie „wysiadają” moje bardzo wrażliwe stopy, więc chodzę wtedy na nich, jakbym stąpała po rozżarzonych węglach.
A dzisiaj mamy następny piękny i słoneczny, cieplutki dzień. I bardzo dobrze. Niech tak już pozostanie.

