Deprecha

 

Przyznaję, miewam ostatnio depresję, tak jakby chociaż i wczoraj, gdy wpis do blogu ograniczyłam tylko do krótkiego pozdrowienia dla Ulki.
Dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy coś nie tak jest z moim przewodem pokarmowym, który po prostu czasem mi okropnie dokucza.
No i  również wtedy, gdy coś jem i zaczynam się zastanawiać, czy abym nie zjadła dzisiaj za dużo?
Wiem, że podobny problem ma też i Piotrek, ten mój kumpel, z którym byłam operowana. Gdy on mi to opowiada, to słyszę siebie, swoje słowa: ile jeszcze mogę dzisiaj zjeść żeby nie rozepchać sobie żołądka? To jest chyba największy teraz i mój i jego problem, bo ciągle nie wiem, czy liczyć to ilościowo, czy jakościowo.
Byłam u tej dietetyczki, ale to była pomyłka, oni tam leczą otyłość głównie suplementami diety, więc nawet sama pani dietetyczka powiedziała, że mój problem niestety nie przystaje do ich metod. Ja potrzebuję, aby ktoś mi dokładnie powiedział ile i czego i jak często mam jeść, żeby zachować wielkość mego obecnego żołądka, a również, żebym siebie nie zagłodziła.
Jak na razie „wyszłam” już z Gerberków (patrzeć na nie nie mogę) i…dopiero zaczął się kłopot. Ale wczoraj Monika ugotowała mi cały gar kremowej jak budyń i pysznej zupki kurczakowo- jarznowej, pewno na dwa – trzy dni mi jej starczy. Zupa rzeczywiście jest pyszna i bardzo pożywna, ale muszę uważać, żeby jej jednorazowo nie za wiele sobie nalać, maksymalnie dwie małe chochelki, tyle mój nowy żołądek może pomieścić bez złych ubocznych  rezultatów.
Jadłam też już jajko na miękko z malutkim kawałkiem czerstwej bułki, wczoraj jadłam trochę białego serka i roztuptanego banana, po którym jest mi okropnie słodko w buzi, tak co najmniej, jakbym zjadła sporą porcję tortu. Stanowczo z owoców gotowane jabłuszko jest najlepsze.
Mam też nieco kłopoty z piciem, bo wszystkie wody mineralne mi już nie smakują, ale staram się robić sobie herbatki z kilkoma kroplami cytryny, ona pozostawia taką miłą świeżość w ustach.
Przepraszam, ze tylko głównie o jedzeniu piszę, ale to teraz mój problem numer jeden, a przecież moim założeniem jest pisać w blogu o tym, co mnie najbardziej intryguje.
Nawet polityka zeszła na drugi, albo raczej na ostatni plan, nawet nie wiem, czy w ogóle w niedzielę pójdę zagłosować, jeszcze nie jestem tego pewna, nie podjęłam decyzji w tej sprawie.

Wokoło pachnie pięknie bez, nawet na moich plantkach pod domem pięknie zakwitł mój ulubiony biały bez, który zawsze kojarzy mi się ze wspomnieniami z lat młodzieżowych (pisałam kiedyś o tym, na swoje imieniny, w grudniu dostałam od kolegi gałązkę pięknego białego bzu), więc wiosna pełną parą, chociaż wczoraj był niezbyt miły deszczowy dzień, ale za to, gdy słonko nieco przygrzeje, wszystkie roślinki i kwiaty pięknie nam wybujają.
Matury trwają, młodzież ma już za sobą 3 ważne egzaminy: język polski, matematykę i język obcy, ale to nie oznacza wcale, że można osiąść na laurach.
Dla Darii i Matyldy dopiero zaczynają się schody, przed nimi najważniejsze egzaminy, które zadecydują o tym, czy dostaną się na upragnioną medycynę:
Mają przed sobą 2 ” kolubryny” – biologię, chemię i  rozszerzoną matematykę ( albo fizykę), czyli jeszcze przed nimi całe półtora tygodnia nerwów.
Nie ma czego im zazdrościć, ale to dzielne dziewczyny i na pewno dadzą sobie radę.

A ja pomału wracam do rzeczywistości, już przedwczoraj po raz pierwszy poszłam do pracy, było tak sobie, ale wczoraj było prawie, że O.K.
Jakoś mniej zmęczona byłam, niż dnia poprzedniego, ale fakt, że we wtorek pogoda nie była korzystna nawet dla ludzi zdrowych, a co dopiero dla takiego rekonwalescenta niż ja.

Życzę, aby ten dzień był przyjemny również i dla Was