po niedzielnie

 

Wczorajszy dzień był dla mnie taki sobie – znów moje kiszeczki o sobie znać dały i troszkę mi podokuczały.
No to sobie pozostałam w domu i przynajmniej pooglądałam wszystkie zaległości.
W domu było cicho, bo wszyscy świętowali dzień Komunii św w Sheratonie, dopiero bardzo późnym popołudniem troszeczkę w naszym domu się ożywiło, przyszło kilka osób, zwłaszcza młodzież i było trochę para politycznych rozmów.
Wieczór wyborczy, przyznam bez bicia, bardzo mnie zasmucił, wiadomo, poszło nie po mojej myśli,  a dzisiaj rano okazało się jednak, ze wyniki realne raczej pokryły się się  tymi sondażowymi i jak na razie (podkreślam to  bardzo mocno, na razie) Andrzej Duda już się czuje prezydentem, ale….. przed nami jeszcze druga tura wyborów, wszystko powinno się zmienić. Chociaż trzeba powiedzieć, że Komorowski przegrał tą pierwszą część na swoje własne i na PO życzenie, jego kampania była nijaka, śpiąca i nieciekawa.
Może na koniec nieco prezydent się przebudził, ale też rewelacji żadnych nie było, raczej nie przedstawiał nowej wizji Polski, ale „najeżdżał” na przeciwnika, a nie o to przecież w kompani chodzi.
Chociaż popieram Komorowskiego w II giej turze całym sercem, może się zdarzyć, że obudzimy się za dwa tygodnie w IV RP BIS, tylko co wtedy???. Strach pomyśleć!!!!
Pewnie każdy, kto ma trochę rozsądku myśli podobnie i oby to się na wyniki za dwa tygodnie pozytywnie przełożyło.
Bo w końcu ilu możemy mieć w Polsce  naiwnych durniów???
A dzisiaj mamy poniedziałek. Po 2 dwóch spokojnych dniach znów zacznie się przedwyborcza paplanina i napływ wiadomości do naszych umysłów: ja zrobię, ja zmienię, ja, ja, ja.
Szkoda mi tej ciszy przedwyborczej, już za nią tęsknię!

Miłego tygodnia życzę, chociaż pogoda nam się nieco zbuntowała, oj kapryśna ta nasza wiosna, kapryśna.
No i życzę, by ten poniedziałek zleciał nam po japońsku, czyli jako tako 🙂

dzień Iszej Komuni św.

 

Dzisiaj jest dzień I-szej Komunii św. naszej Mii.
Poruszenie w domu od samego rana, czesanie, ubieranie małej no i domowników.
Niestety ja nie będę brała udziału w tej uroczystości, nawet w Kościele Na Piasku ( a nie jak wcześniej pisałam w parafii), albowiem jest on nieco oddalony od naszego domu i ze względu na moje kłopoty żołądkowo – jelitowe nie wskazane jest, bym tak daleko się wybierała w miejsce bez możliwości zaplecza sanitarnego.
Mia wyglądała ślicznie, miała długą, białą sukienkę z krótkimi bufkami, na które miała nałożone „puchate” białe wdzianko. Uczesana była w malutki koczek, w który miała wpięte białe i różowe stokrotki.
Gdy rano, skoro świt wstałam, patrzyłam z przerażeniem na deszcz, który sobie całkiem gęsto padał. Wyszłam na balkon i starym zwyczajem go odczarowałam.
Rzeczywiście deszcz ustał, ale niestety jest ponuro i chłodno. Pewno zdjęcia już po kościelnej uroczystości , w ogrodzie koło kościoła nie bardzo się udadzą…..
Po kościele wszyscy goście udadzą się do Sheratona na proszone przyjęcie.
A ja w domu będę zadowalała się……szpinakiem i też będę szczęśliwa, co mi tam homary, krewetki i inne smakołyki.
I tak wczoraj lekko przesadziłam wczoraj z moją dietą, bo wprowadziłam serek twarogowy i rano obudziłam się z toną kamieni w brzuchu.
Ciekawe, wiejski serek mój  brzusio toleruje, a twarogowy ( też rozgnieciony) już nie. A to dopiero histeryk jeden!!!

Dzisiaj na face przeczytałam fajne stwierdzenie : Kaloria: mała wredna istota, która mieszka w twojej szafie i co noc zszywa ci ciaśniej ubrania.
Coś w tym musi prawdy być 🙂

No i na koniec trzeba wspomnieć, że dzisiaj jest dzień wyborów, trzeba mądrze  wybrać dobrego prezydenta.
Tylko chwilowo jestem uziemiona w domu ( znów te gastryczne kłopoty) i nie wiem kiedy i czy w ogóle się wybiorę na wybory.
Może potem jakoś się zmobilizuję. Na razie pozostaję w domku i sobie choruję.

Życzę przyjemnej niedzieli

Głupia waga

 

 

Chyba będę musiała oddać swoją niedawno zakupioną wagę, bo nie dość, ze trochę w porównaniu z innymi wagami zawyża wartości, to dzisiaj już całkiem wyprowadziła mnie z równowagi.
Wczoraj na śniadanie wypiłam pół kubka truskawkowego koktajlu na jogurcie, potem zjadłam serek wiejski light, kilka łyżek swojej zupki, a na kolację ugotowałam sobie niewielkie jabłko i ugniotłam pół banana, czyli w sumie obliczyłam, że zjadłam niecałe 600 kalorii, w dodatku wczoraj spacerowałam, a ta bezczelna waga pokazała mi dzisiaj, że mam 1 kilogram wagi w i ę c e j  niż wczoraj !!!!!
Wyobrażacie sobie chyba moją reakcję, zaraz popadłam w stress i poszłam sobie spać, stąd ten mój wpis dokonuję dopiero popołudniu.
Rozumiem, gdyby drgnęła o kilka deko w dół, ale niemożliwe jest to, że wczoraj praktycznie nie jedząc przytyłam!!!!!!!!!!!!
Trzeba w takim razie jeszcze bardziej drastyczną dietę robić, a może lepiej tylko pić wodę i nic nie jeść? ciekawe, co na to powie moja waga!!!!
Dzisiaj opuściłam rodzinną imprezę w Modlnicy, nasza Kamilka obroniła pracę magisterską na pięć!!!!!
Dzisiaj zjedzie się tam rodzinka na wspólne grilowanie, ja pozostanę w domu, bo ani nic z grilla jeść nie mogę, ani żadnego alkoholu (nawet wina) pić nie mogę, to po co mam się „katować” wspaniałą biesiadą, na której tylko bym mogła siedzieć i patrzeć, jak wszyscy się weselą. Lepiej weselić się z oddali.
Jutro też nie idę na imprezę komunijną, z tego samego zresztą powodu, przynajmniej będę spokojniejsza.
A tą swoją wagę wyrzucę przez okno i już! No, przez okno nie wolno, schowam ją gdzieś do domowego lamusa, a kiedyś się ją wyrzuci.
Szkoda tylko wydanych pieniędzy!!!!

Życzę udanej soboty, szczególnie biesiadnikom w Modlnicy i wszystkim innym też 🙂

tygodniowe rozliczenie

 

Dobrze, że dzisiaj już jest piątek,  tydzień minął mi pracowicie i poprawnie.
Tylko ten mój humorek ciągle jest w kratkę, a przecież powinnam się cieszyć, że co złe już za mną
Wczoraj usiadłam sobie po pracy na ławeczce na moich plantkach i napawałam się widokiem i zapachem bzu.
Najpiękniejszy był ten biały, chociaż szkoda, że to tylko niewielki krzaczek, który ginie w gąszczu innego dwukolorowego bzu, lekko i ciemno fioletowego.
Zapatrzyłam się w niego, szkoda, ze ten piękny krzew ma kwiaty tylko przez tak krótki okres. A jego silny zapach wręcz odurza człowieka i wzbudza w nim piękne wspomnienia z dawnych lat.

Nadchodzi weekend, bardzo bogaty w wydarzenia w naszej rodzinie. Dzisiaj Kamilka broni swojej pracy magisterskiej, więc jestem z nią myślami i duchem, dodając jej odwagi, chociaż z drugiej strony Kamila jest bardzo przebojową dziewczyną i na pewno świetnie da sobie radę z tym ostatnim już dla niej egzaminem na studiach. Wszystkie dotąd egzaminy zaliczała z bardzo dobrym skutkiem, teraz też będzie nie inaczej. Ale niech przynajmniej wie, że Ciocia Ewa jest w tym momencie przy niej. Babcia Ania na pewno też z góry „pomaga” swojej ukochanej pierwszej wnuczce i dumna patrzy na nią, na jak wspaniałą dziewczynę wyrosła.
W niedzielę mamy w bardzo bliskiej, bo w „domowej” części rodziny I – szą Komunię św Mii.
Uroczystość odbędzie się w Kolegiacie św. Anny ( jest to nasza parafia), a potem wszyscy udadzą się na przyjęcie do Sheratona. Wszyscy, oprócz oczywiście mnie, bo nie jestem na tyle jeszcze silna, by oprzeć się pokusom podawanych smakowitości, zresztą nawet nie wiem, czy cokolwiek z tych serwowanych dań mój żołądek mógłby wytrzymać, więc lepiej dla mnie i dla mojego brzuszka, abym pozostała w domu.
Muszę wprawdzie  pomału rozszerzać moje menu, ale jeszcze wyjście do restauracji jest dla mnie nie wskazane.

Wczoraj za eksperymentowałam :  mikserem zrobiłam sobie koktajl z kilku truskawek, pół banana i z jogurtu naturalnego, oczywiście bez grama cukru,
Szklanka takiego jogurtu wystarczyła mi jako cała kolacja, reszta koktajlu pozostała mi na dzisiaj na śniadanie. Nawet nie przypuszczałam, że jest to tak bardzo syte danie. Rzeczywiście mój żołądek ma niewielką pojemność, skoro po tej porcji powiedział : dosyć!. Dawniej pewnie wypiłabym dwie takie szklanki, już nie mówiąc, że dojadałabym sobie jeszcze kromką, lub dwiema chleba.
No, ale w końcu po to ta operacja była zrobiona.

Następny tydzień będzie poświęcony myślami o  Ulce, która również udaje się na operację, co prawda nie bariatryczną, ale … każda operacja to jednak trochę stresów do przeżycia, wiem coś o tym.
Ja już mam to za sobą, Ulka pewnie się denerwuje, bo trudno się tak do końca bez żadnych obaw zdecydować, ale wiem Ulu, że wszystko pójdzie u Ciebie, podobnie jak i u mnie jak to mówią z płatka i za dwa tygodnie obie będziemy już szczęśliwe.
A 15 maja będę z Tobą myślami przy stole operacyjnym i przy Twoim łóżku. Będę na pewno o Tobie pamiętała.
Zobaczysz, wszystko szybko minie jak zły sen

Dzisiaj dalszy ciąg zmagań maturalnych, oczywiście trzymam kciuki za wszystkich maturzystów,  szczególnie za tych moich. 🙂
Wstał piękny i słoneczny dzionek, a na wadze znów 1 kg mniej. Tylko jeden…….. 😦
Ale powolutku, aż do skutku

Udanego piątku

Deprecha

 

Przyznaję, miewam ostatnio depresję, tak jakby chociaż i wczoraj, gdy wpis do blogu ograniczyłam tylko do krótkiego pozdrowienia dla Ulki.
Dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy coś nie tak jest z moim przewodem pokarmowym, który po prostu czasem mi okropnie dokucza.
No i  również wtedy, gdy coś jem i zaczynam się zastanawiać, czy abym nie zjadła dzisiaj za dużo?
Wiem, że podobny problem ma też i Piotrek, ten mój kumpel, z którym byłam operowana. Gdy on mi to opowiada, to słyszę siebie, swoje słowa: ile jeszcze mogę dzisiaj zjeść żeby nie rozepchać sobie żołądka? To jest chyba największy teraz i mój i jego problem, bo ciągle nie wiem, czy liczyć to ilościowo, czy jakościowo.
Byłam u tej dietetyczki, ale to była pomyłka, oni tam leczą otyłość głównie suplementami diety, więc nawet sama pani dietetyczka powiedziała, że mój problem niestety nie przystaje do ich metod. Ja potrzebuję, aby ktoś mi dokładnie powiedział ile i czego i jak często mam jeść, żeby zachować wielkość mego obecnego żołądka, a również, żebym siebie nie zagłodziła.
Jak na razie „wyszłam” już z Gerberków (patrzeć na nie nie mogę) i…dopiero zaczął się kłopot. Ale wczoraj Monika ugotowała mi cały gar kremowej jak budyń i pysznej zupki kurczakowo- jarznowej, pewno na dwa – trzy dni mi jej starczy. Zupa rzeczywiście jest pyszna i bardzo pożywna, ale muszę uważać, żeby jej jednorazowo nie za wiele sobie nalać, maksymalnie dwie małe chochelki, tyle mój nowy żołądek może pomieścić bez złych ubocznych  rezultatów.
Jadłam też już jajko na miękko z malutkim kawałkiem czerstwej bułki, wczoraj jadłam trochę białego serka i roztuptanego banana, po którym jest mi okropnie słodko w buzi, tak co najmniej, jakbym zjadła sporą porcję tortu. Stanowczo z owoców gotowane jabłuszko jest najlepsze.
Mam też nieco kłopoty z piciem, bo wszystkie wody mineralne mi już nie smakują, ale staram się robić sobie herbatki z kilkoma kroplami cytryny, ona pozostawia taką miłą świeżość w ustach.
Przepraszam, ze tylko głównie o jedzeniu piszę, ale to teraz mój problem numer jeden, a przecież moim założeniem jest pisać w blogu o tym, co mnie najbardziej intryguje.
Nawet polityka zeszła na drugi, albo raczej na ostatni plan, nawet nie wiem, czy w ogóle w niedzielę pójdę zagłosować, jeszcze nie jestem tego pewna, nie podjęłam decyzji w tej sprawie.

Wokoło pachnie pięknie bez, nawet na moich plantkach pod domem pięknie zakwitł mój ulubiony biały bez, który zawsze kojarzy mi się ze wspomnieniami z lat młodzieżowych (pisałam kiedyś o tym, na swoje imieniny, w grudniu dostałam od kolegi gałązkę pięknego białego bzu), więc wiosna pełną parą, chociaż wczoraj był niezbyt miły deszczowy dzień, ale za to, gdy słonko nieco przygrzeje, wszystkie roślinki i kwiaty pięknie nam wybujają.
Matury trwają, młodzież ma już za sobą 3 ważne egzaminy: język polski, matematykę i język obcy, ale to nie oznacza wcale, że można osiąść na laurach.
Dla Darii i Matyldy dopiero zaczynają się schody, przed nimi najważniejsze egzaminy, które zadecydują o tym, czy dostaną się na upragnioną medycynę:
Mają przed sobą 2 ” kolubryny” – biologię, chemię i  rozszerzoną matematykę ( albo fizykę), czyli jeszcze przed nimi całe półtora tygodnia nerwów.
Nie ma czego im zazdrościć, ale to dzielne dziewczyny i na pewno dadzą sobie radę.

A ja pomału wracam do rzeczywistości, już przedwczoraj po raz pierwszy poszłam do pracy, było tak sobie, ale wczoraj było prawie, że O.K.
Jakoś mniej zmęczona byłam, niż dnia poprzedniego, ale fakt, że we wtorek pogoda nie była korzystna nawet dla ludzi zdrowych, a co dopiero dla takiego rekonwalescenta niż ja.

Życzę, aby ten dzień był przyjemny również i dla Was

ważny poniedziałek

 

Wczoraj był dla mnie bardzo ważny, można byłoby rzec przełomowy poniedziałek.
Po pierwsze dowiedziałam się, że obie moje maturzystki zadowolone były z wczorajszego egzaminu z języka Polskiego. To ważne. Dzisiaj też za nie trzymam kciuki, gdyż piszą dzisiaj matematykę. Daria, Matylda, głowa do góry, dzisiaj też będzie świetnie!!!!!
Miałam iść wczoraj do pracy, jednak miałam wczoraj dzień „łazienkowy”, czyli nigdzie nie mogłam z domu się za daleko oddalać. Ale umówiłam się z lekarzem pierwszego kontaktu, gdzie zostałam przeglądnięta i przebadana. Dostałam swoje zwyczajowe leki, które zażywam i jakieś leki na te moje niesforne kiszki, już przestaną mi teraz dokuczać. Ale najważniejsze: zważyłam się!! Okazuje się, ze od operacji ubyło 12 kg mojego sadełka, a to tylko było przeprowadzone w 3 tygodniach ( dzisiaj mija trzecia tygodnica), ładnie, czyli pozbywałam się około 4 kilogramy tygodniowo.
Od dzisiaj będę już mogła ważyć się na swojej domowej wadze, dostałam już wiadomość od kuriera, że dzisiaj moja przesyłka do mnie dotrze.
No i jeszcze jedna bardzo dobra wiadomość dotarła wczoraj do mnie: Otóż bratanica Monika i bratanek Łukasz załatwili mi wizytę u pani doktor dietetyka, abym już sama więcej nie kłopotała się, co wolo mi jeść, a czego nie i w jakich ilościach. Nareszcie chyba skończy się era gerberowa, już po prawdzie nie mogę na te słoiki patrzeć, biedne dzieci, jak one tak długo mogą te papki wcinać.
Nie wiem jeszcze, na czym ma polegać moja dieta, ale za to wiem na pewno, ze już nadszedł czas, gdy muszę odejść od kaszek i przejść na bardziej stabilne jedzenie. Oczywiście wciąż w małych porcyjkach i to kilka razy dziennie, właśnie dlatego takie konsultacje z dietetykiem mi się przydadzą.
Teraz sama boję się jeszcze decydować, co mi wolno, a czego nie, czy to oby nie będzie za dużo, nie mogę przecież rozepchać swojego małego żołądeczka
Ale najlepsze w tym jest to, że dotąd wszyscy mówili mi ” za dużo jesz”, teraz mówią „stanowczo jesz za mało”, bo 600 – 700 kalorii to rzeczywiście nie jest dobra dieta dla dorosłej osoby. Ale teraz już koniec, zaczynam następny etap życia, najwyższa ku temu pora!
Tak więc dzisiaj po pracy idę do dietetyczki, która oświeci moją dalszą drogę odchudzania. Najpierw mnie dokładnie zważy, zmierzy, zbada, a potem będzie nade mną łamała swoją głowę, co zrobić z tą nadwagą. Mam nadzieję, że jest ona wprowadzona w tajniki bariatrycznego leczenia otyłości, bo to jednak nie jest chyba takie całkiem proste. Ale to pozostanie od dzisiaj jej problemem ! Ja tylko potulnie poddam się jej sugestiom i radom.
No i będę czekała, kiedy wreszcie moja waga będzie mniej niż trzycyfrowa, mam nadzieję, że i do tego w końcu kiedyś dojdzie. Tylko potrzeba cierpliwości i wytrwania.

Dzisiaj zapowiadają spore upały, gdzie nie gdzie może dojść nawet do 30 stopni na termometrze. Jak na razie w Krakowie słoneczka nie ma, przesłoniły go szare chmurzyska, ale może około południa się to zmieni?
Życzę przyjemnego dnia wszystkim

Koniczynka na szczęście…..


Dzisiaj trzymam kciuki za wszystkich maturzystów, ale szczególnie za dwie moje super dziewczyny, za Darię i Matyldę, które dzisiaj do egzaminu maturalnego podchodzą już o 9 godzinie rano.
Dla nich obydwóch liczy się nie tylko to, by zdać maturę, ale wszystkie pisemne testy i ustne  egzaminy muszą zaliczyć z najlepszymi, jakie się da wynikami, albowiem obie startują na medycynę.  Tylko każdy doskonale napisany test i każdy najlepiej zdany egzamin daje im przepustkę na wymarzone studia.
Wierzę w Was Dziewczyny, wiem i czuję, że na pewno wam się to uda, bo obie jesteście zdolne i świetnie przygotowane. Wiem, że obie przygotowywałyście się do tego egzaminu nie dopiero w ostatniej chwili, ale już od 2-3  lat, każda wasza nauka poświęcona była właśnie nadchodzącym teraz maturalnym egzaminom.
Oddaję was w opiekę Maryi, oby opiekowała się wami przez najbliższe, ciężkie dla was dwa tygodnie. I głęboko wierzę w to, że wszystko będzie dobrze.
Matylda! Daria! – głowa do góry, cała rodzina i wszyscy zaprzyjaźnieni są dzisiaj i przez najbliższe dni z Wami.

Dzisiaj poniedziałek, więc i ja przyjmuje na siebie nowe wyzwanie, dzisiaj po raz pierwszy po chorobie idę do pracy.
Jest to dla mnie nie lada wyzwanie, bo wcale jeszcze nie czuję się na siłach, ale….. muszę przestać cackać się ze sobą. Najwyższa pora, bo po to przecież  po to zdecydowałam się na operację, by było lepiej, a nie gorzej.
Przez ostatnie dwa dni czuję się bardzo słaba, wręcz kręci  mi się w głowie, chyba jednak źle się odżywiam, po prostu przesunęłam się w drugą stronę, bo moja dieta to ostatnio około 600-700 kalorii dziennie, co stanowczo jest za mało. Muszę koniecznie zweryfikować swoją dietę i nieco ją wzbogacić, czego ciągle jeszcze po prostu się boję. Muszę chudnąć, ale nie tak jak do tej pory, za szybko, a z drugiej strony boję się jeść, żebym nie rozepchała sobie tego małego żołądeczka. Pewnie sama nie dam sobie rady z tym problemem i będę musiała iść do jakiejś dietetyczki, która dobrze zna temat bariatryki i którą  mądrze rozpisze mi mój jadłospis. Jutro mija już 3 tygodnie od operacji i pora najwyższa, abym z tych kleików już pomalutku wychodziła i zaczęła normalnie funkcjonować. Czuję się jak małe dziecko ( no cóż, wszak jadłam te 7-8 miesięczne kleiki, ha ha), które bardzo ostrożnie i jeszcze nieporadnie czynię pierwsze kroki w nowym moim życiu. Obym tylko gdzieś po drodze nie upadła!!!
Zamówiłam już sobie wagę łazienkowa, będę miała się czym kontrolować !!!!

Życzę dobrego tygodnia, nie tylko maturzystom, ale ich Rodzicom, bo wiem, że dzisiaj rozpoczynają tak zwaną „nerwówkę”, a także wszystkim, którzy dzisiaj radośnie jak i ja do pracy wyruszają.

Halo, Halo !!!

 

Czy jest tu dzisiaj moja bratanica Basia?
Mam dla niej piękny bukiet róż, wraz z najlepszymi urodzinowymi życzeniami.

Basiu, przede wszystkim spełnienia marzeń, a zwłaszcza tego jednego, o którym teraz pewnie już myślisz, radości z rodziny i wiele wytrwania i siły do pokonania  niepokojów przez te nerwowe nadchodzące dla Ciebie chwile. Wszystko będzie dobrze, sama zobaczysz, zresztą sama o tym wiesz 🙂  Nie dopuszczam nawet myśli, że mogłoby być inaczej.
A te sześć następnych lat tak szybko Ci minie, że mając u boku swoją ukochaną panią doktor Matyldę, już będziesz troszczyć  się o dalsze sukcesy Leona.
Wszystkiego najlepszego Basiu w dniu Twoich urodzin.

Wczoraj był dla mnie niezwykle radosny dzień. Skusiło mnie wypróbować jedno swoje ubranie, w które już dawno, dawno temu wchodziłam, potem nie było o tym  nawet mowy, „skurczyło się” wydatnie!!!
Jest to białe spodium, składające się z bluzki i spodni. Najpierw delikatnie ubrałam bluzkę. Niedawno jeszcze nosiłam ją czasami jako fartuch w przychodni, ale się nie dopinała i na moim biuście i na brzuchu. Zdziwiłam się, bo weszłam „cała” i w dodatku się zapięłam, ale radość!
Ale jeszcze wielka radość była wtedy, gdy okazało się, że wchodzę całkiem bez problemu w spodnie, oj przeleżały się dobre kilka lat w szafie, ale doczekały się „swoich dni”. Oniemiałam z zachwytu, nie spodziewałam się nawet, że w tak krótkim czasie i w biuście i w pasie i w biodrach tyle centymetrów  zgubię.
Zmierzyłam też dwie dżinsowe kurteczki, w których się nie zapinałam, dzisiaj są dla mnie akuratne, nawet mają lekki luz.

A jednak opłacało się troszkę pocierpieć, żeby teraz świętować swoją jak widać dobrą decyzję.
Oczywiście, nie oznacza to, że całkiem spocznę na laurach, zresztą mój malutki żołądeczek nie pozwoliłby mi teraz na to. Ale jak tak dalej pójdzie, to nie tylko  ten mój biały strój, ale i wiele innych pójdą niestety do Lamusa. I bardzo dobrze, będę sobie stopniowo sprawiała całkiem nową garderobę i już.
Ale wielką frajdę, a także surprise  to miałam, nie da się ukryć.
A takie coś to tylko człowieka mobilizuje do dalszej walki.
No i przekonuje, że warto było i jest nadal  troszkę się pomęczyć.
A nadmieniam, że wczoraj minęło dopiero 2 i pół tygodnia od operacji, czyli jak na razie  tempo pozbywania się sadełka mam spore, pewnie że z czasem ten proces nieco spowolnieje, ale nadal będzie trwać.
Świat jednak potrafi być piękny i ważne jest to, że niby to tak mało, a jak bardzo cieszy!!!

Pamiętacie? był taki film „Ja wam pokażę”.
Otóż  ja też zacięłam się w sobie i głośno powiadam : JA WAM WSZYSTKIM JESZCZE POKAŻĘ   🙂

Życzę przyjemnej niedzieli.


NIECH !

 

Niech się święci 1 Maja, Niech!!!
Ja to jestem szczęśliwa, że nie muszę iść, jak drewniej bywało, na żaden pochód, nie muszę machać chorągiewkami, tylko spokojnie spędzać ten świąteczny czas w domowych pieleszach.
Domowych? Ano tak, po pierwsze wcale nie jest za ciepło, wręcz pochmurnie i nawet deszczem straszy, a poza tym z wiadomych powodów ciągle muszę być  w „zasięgu”, cóż takie mam przypadłości jeszcze. Chyba kiedyś  skończą   mnie one męczyć, co?
Mam nadzieję, że dwie moje maturzystki Matylda i Daria już zarzuciły morderczą naukę i te trzy dni wolne poświęcą odpoczynkowi i odstresowaniu się przed następnym tygodniem.
Czytałam wczoraj właśnie, że taka nauka na ostatnią chwilę nie jest wskazana, bo i tak wiele do mózgu nowego nie ‚wejdzie”, a egzaminy maturalne są raczej testowe i właśnie najwięcej przydatny będzie tak zwany świeży umysł, aby lepiej zagospodarować to, co już do tej pory do głowy wiedzy wpłynęło.

A tak w ogóle mam straszną ochotę na ….ogórka, ale nie na panią Magdalenę Ogórek, tylko takie pyszne 2-3 talarki tej jarzynki (owoca?), zapach ten od dwóch dni wprost mnie prześladuje. Tylko nie wiem, kiedy będę mogła zrealizować tą  swoją oskomę, nadal jem kaszki, chociaż wczoraj ugotowałam sobie jabłuszko, było pyszne, chyba nawet lepsze, niż to z Gerbera.

Okazuje się, że w Modlnicy było mi tak wspaniale, że gdy rano się budzę, ciągle mam uczucie, że jeszcze tam wciąż jestem. Ale cóż, takie jest życie, nawet z najlepszych wakacji trzeba do domu powrócić.

Serdecznie wszystkich pozdrawiam i życzę miłego dnia