Co tu kryć, była szampańska, chociaż szampana nie podawali…
Ale były za to inne pyszności: tarta na francuskim cieście ze szpinakiem i z fetą, a na deser….szarlotka na ciepło z lodami miętowo – czekoladowymi.
Czy jadłam te wszystkie smakołyki? Oczywiście, bo od czasu do czasu nawet i coś słodkiego w umiarkowanej ilości oczywiście zjeść nie zaszkodzi.
Ale najbardziej pyszne były nasze rozmowy. Magda opowiadała, a ja słuchałam z otwartą buzią jej wspomnień z podroży do Afryki, gdzie obserwowała skorpiony, warany, węże i inne „paskudztwa”
Przy okazji wysłuchałam sporego wykładu o wszelakich wężach, a jest tego sporo gatunków, od węży jadowitych, które swoją ofiarę atakują i zabijają swoim jadem, który umieszczony jest w pysku, po dusicieli, które atakując owijają się wokoło swojej ofiary i swoim silnym uciskiem łamią wszystkie kostki takiego biedaka, a następnie konsumują.
Cóż straszny jest ten świat, ale one atakują, bo w ten sposób muszą znaleźć pożywienie dla siebie, nie pójdą do lodówki, nie otworzą sobie jej drzwiczek, by wyjąć z niej jakąś dobrą przekąskę, one muszą same zawalczyć o swój byt, o swoje przetrwanie, inaczej same zginą z głodu.
Niestety tak ten świat jest pomyślany i nie nam jest krytykować jego brutalność.
W pewnym sensie sami w tej brutalności uczestniczymy, zjadamy pyszne szyneczki, kiełbasy i inne mięsiwa, czyli przykładamy się do niwelowania zwierząt.
To nic, że sami ich nie zabijamy, ale one są zabijane między innymi i dla nas.
A czy to jest dobre, czy złe? Trudno jednoznacznie to określić, przecież musimy coś jeść, żeby w miarę normalnie egzystować.
No dobrze, można żyć samymi korzonkami, jarzynkami, ale czy na pewno sami sobie tym nie szkodzimy? Człowiek został stworzony jako osoba mięsożerna, tak również odżywiali się nasi pra pra przodkowie, którzy również i to nawet powiedziałabym w większym stopniu niż my obecnie mieli dostęp do wszelakich roślinnych produktów, w takim razie dlaczego polowali, zabijali dziką zwierzynę, którą następnie piekli na ogniu?
Tak człowiek jest stworzony, że podstawą naszego odżywiania jest jednak białko, które znajdziesz właśnie w mięsiwie. Zgoda, można odnaleźć go również i w niektórych roślinach, na przykład w soi, ale nie jest tak do końca powiedziane, że jest to wystarczające źródło dostarczanego białka.
Są osoby na tym świecie np wegetarianie, weganie, którzy w pełni świadomości odrzucają jedzenie pochodzenia zwierzęcego, nie tylko zresztą mięso, ale również i ryby, jajka, mleko i mleko pochodne produkty, robią to z własnego przekonania, własnych pobudek i tym właśnie człowiek od zwierzęcia się odróżnia, że sam dokonuje takich, czy innych wyborów. U zwierzęcia istnieje tylko instynkt przeżycia, który potem zamienia się w instynkt zabijania, aby zapewnić przetrwanie. Wszystko to są tylko moje „mądre” wywody i każdy może do nich się ustosunkował według swoich zapatrywań.
W sumie to nie my „meblowaliśmy” ten nasz świat, my tylko korzystamy z jego dobrodziejstw, a w jaki sposób go traktujemy zależy już od indywidualnego do niego podejścia.
Przyznaję się bez bicia, należę do osób, dla których mięso może nie jest najważniejszym pożywieniem, nie mniej jednak nie potrafię całkowicie się go wyrzec.
A jeżeli od czasu do czasu właśnie na taki zwierzęcy rodzaj białka mam ochotę, znaczy, że mój organizm tego właśnie potrzebuje i całkowite pozbawienie go tego produktu mogłoby się negatywnie odbić na moim zdrowiu.
Dlatego nie potępiam ani tych, którzy mięso jadają, ani tych, którzy tego nie robią, wyznaję zasadę, że człowiek powinien żyć w zgodzie ze swoim organizmem i dostarczać mu takich produktów, jakie potrzebuje, o jakie on się upomina. Wtedy dopiero można mówić o zdrowym odżywianiu. Ale raz jeszcze podkreślam, wszystko to zależy od samego człowieka, od jego natury, od jego zapotrzebowań na pobór takiej energii, która dostarczy mu odpowiedni tryb życia.
I w ten sposób przeszłam od ciekawych rozmów o zwierzątkach do zasad żywienia człowieka ha, ha, ha.
Ale w obydwóch dziedzinach nie czuję się wcale alfą i omegą, bo jak mogę dokładnie określić to, na czym pewnie do końca się nie znam, dlatego zawsze kieruję się swoim odczuciem, swoim instynktem, podobnie jak te zwierzęta, o których pisałam, że polują kierując się instynktem przetrwania.
Pewnie, że ludzi od zwierząt różni jeszcze to, że my posiadamy rozum, którym możemy się kierować, nie mniej zakorzenione w nas instynkty bardzo często tłamszą w nas te dobre cechy, które może i rozum podpowiada i nie każdy potrafi nad nimi do końca zapanować.
Ale skoro jestem stworzona do tego, żeby wśród moich produktów żywieniowych było mięso, dlaczego to mam akurat całkowicie negować?
Wniosek? chcesz, to jedz mięso, chcesz to jedz rośliny, wybór zawsze należy do ciebie, ale nie staraj się nigdy nikogo namawiać do jakichkolwiek zmian, bo to są tylko i wyłącznie twoje zapatrywania i żadna przemoc w postaci narzucania komuś swojej woli nie może mieć miejsca.
Różne inne życiowe problemy poruszałyśmy też wczoraj z Magdą. Były też wspomnienia o naszych Najbliższych, którzy od nas odeszli, o naszym stosunku do tej traumy, którą w związku z tym przeżyliśmy. Zastanawiałyśmy się, jak można rozwiązać problem naszego kiedyś pożegnania się z ukochanymi osobami, nad tym, czy śmierć jest okrucieństwem dla człowieka, czy może w pewnym sensie wybawieniem od cierpień, które nam śmiertelna choroba zadaje.
Wspomniałam rozmowę oczami z moją siostrą, której choroba nie pozwoliła już na słowne przekazanie tego, co jeszcze chciała mi umierając powiedzieć.
Wspomniałam też rozmowę telefoniczną koleżanki Zosi z Hnovą, która najwidoczniej zmęczona już cierpieniem jej zadanym żegnając się powiedziała Zosi, „ja już chcę odejść”….. Na pewno Halinka nie bała się śmierci, chociaż wiedziała, że musi rozstać się z ukochaną córką, ukochanymi wnuczkami, ale ból, który doznawała był tak nieznośny, że czekała na tę ulgę, którą jej śmierć przynosi.
Minęło już troszkę czasu od śmierci Halinki, ale moje myśli bardzo często jeszcze wracają do Jej osoby, nie mogę wciąż uwierzyć, że Hnovci nie ma już pośród nas.
I tak sobie wtedy pomyślałam: zawsze mówię, że boję się śmierci, a może ja przede wszystkim boję się tego cierpienia, które nastąpi?
Bo tak jak wczoraj Magda powiedziała, mówi się, że cierpienie uszlachetnia, ale pokażcie mi chociaz jedną osobę, która przez ból nie czuje osamotnienia, niewyobrażalnej paniki i w pewien sposób upodlenia. Wystarczy przejść po korytarzach szpitalnych i zaobserwować ludzi w beznadziejnej już dla niej chwili, nie mogącej się poruszać, normalnie jak człowiek żyć, bo choroba przykuła go do szpitalnego łóżka i obdarzyła dodatkowo niesamowitym bólem.
Gdzie tu jest miejsce na szlachetność? To leży ten sam człowiek, który jeszcze niedawno mógł sam o sobie stanowić, a teraz złożony śmiertelnym cierpieniem, zdany jest na łaskę losu, który jest w dodatku nieuchronny, nie ma już od niego powrotu. Wtedy czeka się już tylko na wybawienie, którym jest właśnie śmierć.
To już koniec, który dla osób wierzących jest początkiem nowego, lepszego i szczęśliwego życia wiecznego, a dla tych niewierzących jest już niczym, co mogłoby przynieść jakąkolwiek nadzieję, tak jak głoszą słowa pewnej piosenki :”to ju jest koniec, nie ma już nic……”
Jak widzicie czas z Magdą płynął wczoraj na bardzo zróżnicowanych tematach. Trudno było nam się wczoraj z Magdą rozstać, niestety pewne obowiązki wzywały już ją do domu. Mam nadzieję Madziu, że jeszcze przed Twoim wyjazdem zdążymy się spotkać i porozmawiać. Może tym razem nie aż tak na tak bardzo filozoficzne tematy, jak wczoraj? Chociaż czasami warto poświęcić popołudnie nad rozmyślaniami o życiu i o śmierci, o przyjaźni i miłości, nie można zawsze do życia podchodzić tylko na pełnym luzie, może takie właśnie rozmowy rozjaśniają nam horyzonty myślowe na temat tego, po co właściwie tu na tej ziemi jesteśmy, co dla nas jest bardziej lub mniej ważne i jak z tym sobie w życiu dawać radę. Bo życie proste nie jest, zawsze ma jakieś zakamarki, w których łatwo się jest pogubić, stąd tak wiele osób, wydawałoby się nawet szczęśliwych, cierpi na depresje i inne choroby natury psychicznej. Człowiek nie składa się z samego ciała, ważne jest też nasze psyche, które w nas tkwi i gdy ono zaczyna chorować często brak pomocy z zewnątrz może doprowadzić do wielu nieszczęść.
Po wczorajszym pięknym i słonecznym dniu wstał deszczowy i ponury poranek, chyba z bardzo niskim ciśnieniem, bo znów mi ten słoń na głowę usiadł i uciska mój rozum. Wypiłam co prawda kawę, ale jak na razie coś słabo zadziałała, może potem ewentualnie wypita druga kawa zaowocuje w moje lepsze samopoczucie.
W związku z tym marnym ciśnieniem dłużej dzisiaj spałam, więc i mój blog dzisiaj dużo później niż zazwyczaj jest umieszczony.
A ja teraz dobrej i miłej niedzieli wszystkim moim Blogowiczom życzę i idę po drugą kawusię………….

