Okazuje się…

 

 

No właśnie, okazuje się, że czasami pozornie proste sprawy są trudne do załatwienia.
Mój nakłuwacz do glukometru, a dokładnie lancet w nim zawarty, całkowicie się już stępił i nawet najmniejszej dziurki w skórze  po nakłuciu nie pozostawia.
Wydawałoby się, prosta rzecz, trzeba iść do apteki ( lub sklepu medycznego) i kupić nowe lancety.
Co prawda przy zakupie glukometru dostarczyli mi w zestawie lancety, ale okazuje się, że całkowicie nie pasują do mojego nakłuwacza, bo mają inną końcówkę, te są z końcówką okrągłą, a ja potrzebuje igły z końcówką graniastą.
Poszłam wczoraj do swojej apteki i niestety do tego glukometru, który posiadam nie mają odpowiednich lancetów. Przemiła skądinąd pani magister poradziła mi, że najlepiej zatelefonować byłoby na infolinię producenta i tam spytać, czy mogą mi odpowiednie lancety przesłać.
Owszem, znalazłam numer telefonu tej firmy, ale okazało się, że na ten numer można dodzwonić się tylko z telefonów stacjonarnych.
A co ma ktoś zrobić, gdy takiego nie posiada? Wiele osób zrezygnowało przecież z telefonów stacjonarnych i używają tylko aparaty komórkowe.
No dobrze, ja takowy posiadam, ale wczoraj już się nie dodzwoniłam, bo zbyt późno wróciłam do domu, będę za to próbowała porozmawiać z nimi dzisiaj.
Tylko wcale nie jestem pewna, czy cokolwiek załatwię, bo mogą mi powiedzieć, że na przykład samych takich lancetów nie przysyłają.
Próbowałam znaleźć je na forach wysyłkowych w internecie, ale niestety nie mogę odnaleźć odpowiedniego rodzaju lancetów. Czyli…. pewnie będę musiała jeszcze troszkę poszukać, albo w najgorszym razie kupić nowy glukometr.
Tylko zadziwia mnie jedno, dlaczego w komplecie posyłają całkiem nie adekwatne części, w tym wypadku lancety, które do nakłuwacza nie pasują??
Ale i tak z apteki nie wyszłam z pustą ręką, bo kupiłam sobie maskę zmiękczającą  i krem nawilżający do stóp, bo te  dotychczasowo używane już się pokończyły.
Już kiedyś pisałam o tej maseczce zmiękczającej do stóp, ale wtedy jednak mocno przesadziłam w jej użyciu, bo założyłam ją na całą noc i potem złaziła mi cała skóra ze stóp i ta, która powinna i ta,(najbardziej), która powinna była zostać nienaruszona.
Okazuje się, że tę maseczkę zakłada się tylko na 60 – 70 minut, potem trzeba ją ściągnąć z nóg, nogi umyć pod ciepłą wodą i porządnie natłuścić. Dopiero wtedy maseczka ma (podobno) pozytywne i zamierzone działanie, tzn łuszczy się to, co powinno się łuszczyć, a nie cała skóra ze stopy, tak jak mi ostatnio.
Tym razem zrobiłam tak jak należy, to znaczy umyłam nogi, założyłam na wysuszone stopy maseczkę i nastawiłam zegarek na godzinę i dziesięć minut, parę razy w międzyczasie  te opakowane stopy masowałam.
Potem te „skarpetki” zdjęłam, nogi z powrotem umyłam w ciepłej wodzie, dokładnie zmywając pozostałe resztki z tego płynu, stopy wysuszyłam i dopiero nałożyłam specjalny krem do nóg. Na efekt będę musiała czekać cztery do pięciu dni, ale już dzisiaj powinnam czuć ulgę.
No i bardzo dobrze, bo co prawda całkiem niedawno byłam u pedicure, a już mi się niestety te zrogowacenia porobiły i paląc niemiłosiernie przeszkadzają w chodzeniu.
Ja to ciągle mam jakieś kłopoty z tymi stopami i chyba powinnam chodzić co 3 tygodnie do pedicure, co jest raczej niemożliwe, więc dlatego pomagam sobie, jak mogę. Nawet mała ulga będzie dla mnie zbawieniem.
Wczoraj koleżanka z pracy Tereska zrobiła mi zastrzyk z tej witaminy B12, który to zastrzyk z założenia powinien boleć, ale jak już pisałam, Tereska to taka naprawdę fachowa pielęgniarka, prawie w ogóle nie poczułam żadnego bólu, no może lekko podczas wbicia igły, ale w czasie trwania iniekcji nic mnie nie szczypało i nawet się zdziwiłam, że już skończyła mi witaminę podawać. Po prostu jest ona fantastyczną pielęgniarką, fakt, że z dużym stażem, więc nabrała sporo doświadczenia, ale też wykonuje swoją pracę z wielkim wyczuciem i oddaniem, dlatego pacjenci ją chwalą, ja oczywiście też, dlatego z pełnym zaufaniem oddałam się w jej ręce.
A do następnej iniekcji zgłoszę się do Tereski dopiero za miesiąc, bo tak ta witamina ma mi być podawana.
A w ogóle ten wczorajszy dzień był nieco dziwny, a to padał deszcz, a to świeciło słonko i robiło się nagle bardzo gorąco, a w dodatku były zawirowania jakieś z ciśnieniem, co ja, jako meteoropatka bardzo odczułam, nawet po  wypitych dwóch kawach czułam  senność i lekki „kołowrotek” w głowie.
Mam nadzieję, że to kręcenie się w głowie spowodowane było tylko niskim ciśnieniem, a nie nawrotem mojej anemii, co nie daj Panie Boże niech się już więcej nie stanie.
Właśnie uzmysłowiłam sobie wczoraj, że w przeciągu jednego roku byłam aż cztery razy w szpitalu: raz na badaniach przed operacją, drugi raz byłam w szpitalu chirurgicznym,gdzie byłam  operowana, a w tym roku na jego początku wylądowałam w szpitalu z powodu biegunek, a w kwietniu byłam w następnym szpitalu z powodu anemii. Już dosyć, limit pobytów w szpitalach już wyczerpany na długie lata. Teraz mam być  zdrowa, a nie nabierać co chwilę doświadczeń w  byciu pacjentem  placówkach szpitalnych. Zdecydowanie mówię N I E !!!!!!!
Dzisiaj jest też tak jakoś nijako, niby tych stopni na termometrze jest około 10-11, może potem się rozjaśni, ale wiosny to raczej nie przypomina, a szkoda.
Coś jednak z deszczu będzie, skro musiałam rano zażyć sobie Nimesil, bo moje nóżki nie szczególnie dzisiaj się czują……
Ale i tak jestem pełna optymizmu, jeszcze wypiję tylko poranną kawusię i do pracy wyruszam.
Mimo takiej  nijakiej pogody życzę przemiłego dnia. Może gdzieś tam w Polsce, lub poza nią, jednak słonko świeci???