dla pani Marii

 

Wczoraj o godzinie 14stej na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie pożegnaliśmy naszą kochaną panią Marię Czubaszek, znaną pisarkę, satyryczkę, dziennikarkę, kobietę wspaniałą, wybitnie inteligentną, z niesamowitym poczuciem humoru i troszkę zjadliwym, ale krytycznym podejściem do rzeczywistości.
Pożegnanie takie zawsze jest smutną uroczystością, ale ten, kto znał panią Marię wiedział, że jej pragnieniem byłoby, by ludzie nie płakali za nią, wręcz chciała, żeby pożegnali ją z uśmiechem i wesołą nutą. I taki ten pogrzeb właśnie był. Piękną przemowę nad jej grobem miał znany dziennikarz Artur Andrus,
Ale nie wspominał jej stereotypowo, wręcz przyznał, że żadne słowa, które zawsze w takim momencie są wypowiadane, nie pasują do postaci pani Marii.
Dlatego przytoczył tylko jedno epitafium, które jak zaznaczył pani Maria na pewno by tolerowała, a które Jonasz Kofta napisał dla Louisa Armstronga: Śmierć się ludziom przytrafia potocznie, umiemy uśmiechem ją zbyć, teraz po prostu odpoczniesz, tylko nam trudniej będzie żyć i dodał sam od siebie jeszcze trudniej, smutniej i nudniej.
Gdy kiedyś spytał Panią Marię o sens życia, ta odpowiedziała, że sensem jest przeżywanie, żeby co fajnego w tym życiu się zdarzyło. I tu Andrus zwrócił się do wszystkich obecnych ta tej uroczystości z apelem pani Marii: starajcie się w najbliższym czasie coś takiego przeżyć. To może być coś ze zestawu, który Marysia proponowała, czyli papierosy, szklaneczka campari, spacer z psem, czy partyjka pokera. Może też to być całkiem coś innego, jakiś szczęśliwy moment w życiu, coś, co się przytrafi miłego i ofiarujcie to z dedykacją dla pani Maria, na pewno jej się to spodoba.
Pani Maria nie bała się śmierci, ale zawsze twierdziła, że wraz ze śmiercią wszystko się kończy. Gdy kiedyś pan Artur zahaczy ł ją o temat nieba, odpowiedziała, że niebo nie istnieje, ale jeżeli miałaby go sobie wyobrazić, to odpowiedziała : Siedzę przy barze. Oczywiście palę, aniołki podają mi popielniczki. Obok dużo psów. Też przy barze. Dużo palących psów. Piją piwo wołowe. I sporo fajnych ludzi. Jacek Janczarski, Adaś Kreczmar, Jonasz Kofta, Jurek Dobrowolski. I tak sobie siedzimy przy barku i mówimy: po co to było się tak męczyć, jak tu jest fajnie?
Podczas tej uroczystości  koncert zagrał kwartet Grupa MoCarta , a prócz kwiatów na grobie ludzie kładli jeszcze parówki i papierosy, ulubione atrybuty życia pani Marii. po skończonej uroczystości ludzie zaczęli klaskać, a potem na cmentarzu, przy miejscu jej pochówku zapalili papierosy, aby raz jeszcze uczcić pamięć tej niezwykłej osoby. Bo jak sama kiedyś twierdziła zawsze  uwielbiała papierosy i jeszcze nawet po śmierci dymek z niej uleci.
Miał rację pan Andrus, teraz nasze życie będzie bardziej smutne i będzie pozbawione tego głosu rozsądku i trzeźwego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość.
Ale pani Maria nie była osobą, o której łatwo jest zapomnieć, dlatego wszystkie jej mądrości, które wygłaszała podczas spotkań z dziennikarzami, czy też ze zwyczajnymi jej wielbicielami będą jeszcze niejednokrotnie przytaczane.
Żegnaj Pani Mario. Odpoczywaj w spokoju

 

Róża pełna miłości

A dla kogo? Oczywiście, że dla Uli, bo przecież dzisiaj mamy następną środę 🙂
No to pora Ulu na następne dusery, jak twierdzą niektórzy, ale ja tak wcale nie twierdzę, albowiem wiesz, że jesteś dla mnie tak bliska jak moja siostra i dlatego uczuciem swoim Ciebie obdarzyłam.
Tak już jest, kogoś się po prostu kocha, nie za coś, ale za to, że po prostu jest, myśli o Tobie, czuje podobnie jak i Ty….
To się nazywa właśnie braterstwo duszy i takie braterstwo właśnie nas połączyło. I bardzo z tego powodu się cieszę, teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej, że mogłyby istnieć środy bez naszego spotkania na moim blogu.
Serdecznie Ciebie pozdrawiam Ulu z odległego i bardzo chłodnego i płaczącego deszczem Krakowa. Przydałoby się, żebyś znów podesłała mi kilka słonecznych promyków, może chociaż one nieco mnie ogrzeją, bo te nasze, krakowskie jakieś bardzo słabe mają przebicie.

A tu u nas w Krakowie wciąż leje i leje i nie ma na to żadnej rady. Ale przynajmniej podczas takiej pogody świetnie się śpi i można zapomnieć o wszystkich absurdach, które nas otaczają, np o podlewaniu trawy podczas deszczu przez Pisowców przy zakładaniu kamienia węgielnego przy wyrzutniach, o nowych przepisach, które nijak nie mają się do naszej Konstytucji…….
Ale przecież Jarek wie wszystko najlepiej. Ostatnio zbeształ Billa Clintona za złe zdanie o demokracji w Polsce i odesłał go do…psychiatry.
I słusznie, co ci Amerykanie mogą wiedzieć o demokracji, skoro ona u nich  jest dopiero około 100 lat, a nasza już jest w Polsce od wieków???
Tacy niepoprawni politycy powinni się nie wypowiadać na polityczne tematy, tylko od rana do wieczora siedzieć u psychiatry, psychologa i się leczyć.
A nasz Jaruś jest Wielki, no może nie wzrostem, bo sam się zgodził, że jest kurduplem, ale za to jaki Wielki duchem? Ho, ho, on nie tylko Polskę, ale i cały świat zbawi, na nogi postawi i wszystkich nauczy jak powinna wyglądać prawdziwa demokracja, oczywiście wszystko będzie pod czujną kuratelą Wielkiego Wodza.
A że czasami jakaś garstka postkomunistów, byłych esbeków, oderwanych od koryta mu się postawi ? Nic to, oni nie mają prawa głosu przecież.
Jarek wyznaje zasadę, kto nie z nami, ten jest przeciw nam i już niedługo ze wszystkimi się odpowiednio rozprawi, tylko musi odczekać, aż minie szczyt NATO w Warszawie, no bo jeszcze mu tych rakiet do Polski nie sprowadzą, no i Światowy Dzień Młodzieży, bo Franciszek też pewno niespełna jest rozumu głosząc jakieś brednie o oderwaniu Kościoła od polityki, ale w odpowiednim czasie i jego Jarek o kąta postawi. A co, niech nie myśli sobie, że skoro jest Papieżem, to wszystko mu wolno.
Zresztą Polska ma swojego nad papieża, niejakiego Ojca Rydzyka i tylko jego należy słuchać. On jest drugi z tych ważniejszych  po Jarusiu w Polsce.
A my ciągle tkwimy w tym matriksie, który za naszym przyzwoleniem został przywołany niestety, a co najgorsze nie widać wcale, by ten problem jakoś się rozwiązał. Ciągle jest jakieś 30 procent wiernych Jarkowi wyborców, więc jest siła, co tam jakas garstka wyznawców KOD- u, oni się nie liczą przecież.
Przy takiej niezbyt przyjemnej pogodzie rozważam już dawno nie podejmowane przeze mnie tematy polityczne, ale nie zapomniałam, nie przestraszyłam się ewentualnej wizyty smutnych panów, wciąż  NIE MA MOJEJ ZGODY NA SAMOWOLĘ PISU!!!!!

 

Następna wielka manifestacja KODU czeka nas 4 czerwca, jest to dzień odzyskania wolności, dzień, gdy ostatecznie padł komunizm w Polsce. Teraz trzeba będzie niestety jeszcze troszkę poczekać, aż padnie wreszcie KACZYZM.
Jak to dobrze, że nie jestem urzędnikiem państwowym w gestii pani Beaty Kempy, która zadecydowała, że w ten akurat dzień urzędnicy będą opracowywać dzień wolny z 27 maja. Można było wybrać każdy inny dzień do odpracowania, ale nie, Kempa jest górą, ona tak chce i tak być musi, przecież trzeba Jareczkowi znów się podlizać i hektolitry wazeliny z siebie wylać. Więc w związku z tym manifestacja przesunięta będzie do późnych godzin wieczornych, by każdy mógł się cieszyć tym dniem wolności.
A pani Kempie pokazujmy znany wszystkim gest , którego znaczenie każdy chyba rozumie.

I tyle byłoby na dzisiejszą środę
Życzę jednak przyjemnego dnia

konwalia

śpieszna kawusię wypiję, bo bez niej penie do pracy bym nie doszła i…znikam.

Czas pierwszej Komunii św, to czas konwalii. Kto z nas nie lubi tych pachnących, ślicznych kwiatów o jakże charakterystycznym i miłym dla naszego nosa zapachu?  Ten cudny kwiat o pełnej nazwie Konwalia majowa jest byliną, jest tak samo urokliwy, jak i ma niestety właściwości trujące, dlatego nie zaleca się dzieciom robienia komunijnych  wianków z konwalii, bowiem zawiera ona glikozydy nasercowe, które są w farmaceutyce wykorzystywane przy produkcji niektórych leków nasercowych, ale niestety mogą być też przyczyną zatrucia. Znane były przypadki, gdy niektóre ptaki domowe, a także nawet i psy po spożyciu tej rośliny niestety umierały. Ja nie straszę bynajmniej, ale zawsze wszelaki umiar jest jak najbardziej wskazany.
Zresztą  istnieje taka zasada, że co jest śliczne, to z reguły jest toksyczne, niestety również dotyczy to i ludzi. Tak, tak, zauważcie, że te wszystkie młode i piękne ‚laski” na ogół mają tak poprzewracane w głowie,  że dla otoczenia mogą być bardzo zjadliwe. Zwłaszcza jeżeli chodzi o konkurencję.
A jeżeli już ktoś za młodu jest jędzowaty, niestety pozostanie mu to na całe życie.
Czyli nie wszystko złoto, co się świeci, niestety pośród ludzi też. Ale takie jest życie, są ludzie o sercach kryształowych, którzy nigdy nikogo by nie skrzywdzili i są niestety i tacy, którzy tylko patrzą, jak innym szpilę w bok wbić. A o tym możemy codziennie się przekonywać, chociażby patrząc na naszych polityków ( i nie tylko), ale o polityce sza, jest, jaka jest, gorsza już być nie może.
Zrobiło się dzisiaj bardzo późno i już zaraz do pracy w tę zimnicę będę musiała wychodzić, stąd mój dzisiejszy wpis jest nieomalże wzmiankowy.
Już zwątpiłam, przyznam szczerze, że kiedykolwiek cieplej się zrobi. Wczoraj zmarzłam, mimo, że byłam ciepło ubrana, dzisiaj zapowiada się, ze tez będzie mi zimno, a przecież futra w maju nie obiorę, co to, to nie, jeszcze na łeb całkowicie nie upadłam. Pamiętam takie babcie właśnie we futra ubrane, nawet w lipcu, czy w sierpniu, koło mojego domu chodziły (mieszkały gdzieś  nieopodal) i w dodatku targały ze sobą codziennie bardzo ciężkie, wypchane torby z ciuchami, czy nawet walizy, nie pamiętam dokładnie, pewnie się bały, że ktoś je okradnie, więc wolały nosić, sapiąc przy tym niemiłosiernie i co chwilę musiały stawać, aby odpocząć od tego ciężaru. Ale to były już stare, stetryczałe, niespełna rozumu babcie, ze mną tak źle jeszcze nie jest, więc na wszelki wypadek ani kożucha, ani futra dzisiaj nie ubiorę 🙂
No to jeszcze tylko pośpieszną kawusię wypiję, bo bez niej pewnie do pracy bym nie doszła i …znikam.
A jednak dobrego dnia życzę, kiedyś ciepło musi do nas nareszcie dotrzeć.

i znów od początku…


Wszystkie uroczystości, spotkania, radości i godziny dumania już za nami, rozpoczynamy następny tydzień naszego życia.
Jedni spędzali weekend na wycieczkach,  na zwiedzaniu, inni na uroczystościach rodzinnych, komunijnych  czy też imieninowych, jeszcze Ci, którzy (tak jak ja) nie lubią chłodnego wiaterku, spędzali te dwa dni w domu, delektując się ciszą i spokojem, ale to już za nami.
Przyznaję, że trochę wczoraj popołudniu przysnęłam na chwilę i śniło mi się, że dostałam telefon ze Szpitala Kolejowego, żebym przyjechała i zrobiła pacjentowi zdjęcie rtg. Zdziwiłam się bardzo i powiedziałam do słuchawki, jak to, przecież ja już dawno u was  nie pracuję i pani przyznała mi rację. Ale potem, gdy się już na dobre rozbudziłam, uprzytomniłam sobie, że przecież nie tylko ja już tam nie pracuję, ale w ogóle nie ma już Szpitala Kolejowego, on już nie istnieje i to już od 11 lat, stoi tylko pusty budynek, koło którego czasami przejeżdżam autobusem, ale nic tam się w nim teraz nie dzieje, wieje pustką, ciszą, chociaż zawsze było w tym budynku tak gwarno….
A jednak wspomnienia do mnie po tylu latach powróciły. Ile to dni i nocy na dyżurach i na przyjazdach na tak zwany telefon tam spędziłam, nie licząc oczywiście normalnej, etatowej zmiany, albo porannej, albo popołudniowej, a czasami i nocnej. Gdzie się podziały te wszystkie wspomnienia i te dobre i te złe z tamtego okresu? Ano, przeminęły z wiatrem, podobnie jak z wiatrem przemija każdy dzień, każda godzina naszego życia i potem tylko we wspomnieniach powraca. I bardzo dobrze, że chociaż są takie wspomnienia, bo znów człowiek czuję się o wiele młodszy, bardziej żywotny i może uśmiechać się w myśli do tych przeważnie miłych chwil w przeszłości  spędzonych, starannie omijając te, o których chciałoby się zapomnieć. Bo taka jest natura człowieka, że to co było złe, albo niekorzystne, człowiek potrafi jednak wyeliminować z pamięci, za to pielęgnuje w sobie same miłe momenty życia. I to im bardziej jest starszy, im bardziej ta przeszłość jest odległa, tym więcej do niej się wraca, wspomina, przeżywa raz jeszcze od nowa.
Wspinając się po schodach naszych wspomnień, coraz bardziej oddalając się od nich paradoksalnie coraz mocniej je do siebie przygarniamy, mamy ciągle pragnienia powrotu, bo zawsze to co było kiedyś jest w naszych myślach lepsze, niż to co mamy obecnie, chociaż ta obecna chwila też kiedyś w przyszłości wspomnieniem tylko pozostanie.
Kto, jak kto, ale ja mam prawo o tym pisać, bo niebawem czeka mnie zmiana mojego mieszkania, to kwestia tylko 2-3 miesięcy i pozostawię swój bardzo bogaty już bagaż wspomnień przeżytych 66 lat w tym mieszkaniu i będę zaczynała wszystko od początku, chociaż na pewno stale myślami będę wracała do tych już wtedy starych czasów, może jeszcze nie całkiem odległych, ale jakże innych, może nie smutniejszych, a jednak zawsze będzie już mi czegoś brakowało.
Ale taka została już nieodwołalna decyzja, do której muszę się przyzwyczaić. Co prawda mówią, że nie przesadza się starych drzew, ale może jednak jeszcze nie jestem tak całkiem stara, żeby w nowym miejscu się nie za asymilować? Chociaż pewne obawy jednak we mnie tkwią, trochę się boję tej „samodzielności”, bo zawsze kogoś miałam koło siebie, teraz będę zdana tylko na siebie i ewentualnie na tych, którzy mnie będą w moim nowym mieszkanku odwiedzali, na początku pewnie często, potem coraz rzadziej i rzadziej, bo każdy przecież ma swoje własne życie. Ale dla tych chwilowo zabłąkanych jakiś ciepły kąt u Ciotki Ewy zawsze się znajdzie.
Cóż, trzeba być odważnym, trzeba życie wziąć za rogi i próbować….. Do odważnych świat należy. Rok temu podjęłam jedną mądrą decyzję, dotyczącą mojej bariatrycznej operacji i wcale jej nie żałuję. Teraz przyszła pora na wykonanie następnego ważnego kroku, na zmianę mieszkania.
I teraz też musi mi się to udać, jestem pewna, że za następny rok znów napiszę w swoim blogu: to była bardo dobra i mądra decyzja.
Tylko jednak nie mogę całkiem zapomnieć o tym, że :

Co było, to było, co może być – jest
A będzie to co będzie
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią

Gonimy za szczęściem, sięgamy do gwiazd
Na gwałt świat chcemy zmieniać
Lecz to najważniejsze, co żyje gdzieś w nas
Panowie, szanujmy wspomnienia

Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść
Nauczmy się je cenić
Szanujmy wspomnienia, bo warto coś mieć
Gdy zbliży się nasz fin de siècle.

Więc biorę sobie za moje nowe motto życia te słowa  z przeboju Skaldów i staram się zrozumieć ich sens i wprowadzać je spokojnie w moje nowe życie

Zimni Ogrodnicy i zimna Zośka już za nami, a tymczasem:
Pierwsza połowa trzeciego tygodnia maja upłynie nam pod znakiem deszczowej pogody i rześkiego skandynawskiego powietrza. Takie warunki atmosferyczne będzie zapewniał nieprzyjemny niż znad Zatoki Fińskiej. W Polsce termometry wskażą jedynie od 10 do 16 stopni, a rano lokalnie mogą pojawić się przygruntowe przymrozki. Od czwartku, wspomniany niż odsunie się nad Rosję i dzięki temu sytuacja pogodowa w naszym kraju zacznie się stopniowo poprawiać. Wówczas będziemy mogli liczyć na dłuższe chwile ze słońcem, a do Polski zacznie napływać cieplejsze atlantyckie powietrze.

Czyli na ciepełko trzeba jeszcze trochę poczekać, może wreszcie koniec maja nam pokaże, że jest to najpiękniejszy miesiąc roku?
W oczekiwaniu na tę lepsza i cieplejszą pogodę życzę wszystkim miłego poniedziałku i udanego tygodnia

jak w garncu

 

Wiem, że mówi się w marcu, jak w garncu, ale żeby też tak samo było w maju i to w dodatku w ciągu jednego dnia?
A wczoraj rano lało i lało i lało, potem trochę deszcz ustał, więc szybko wykorzystałam ten fakt i poszłam nadać Lotka, potem znów popadało, aż na końcu wypogodziło się na tyle, że słonko pięknie nam zaświeciło.
Niesamowite, aż takie zmiany nawet doby na to nie potrzebowały?
Dzisiaj jest pochmurno i chłodno, chociaż słonko nieśmiało wychodzi zza chmurki, może jednak, wbrew przewidywanej   prognozie pogody nieco się rozjaśni słonkiem nam niebo i nieco się powietrze ociepli?
No i znów wspomnę o tych cienkich, białych sukienkach komunijnych dziewczynek i o albach chłopców, będą się dzisiaj z zimna trzęśli, a może i nie?
Może będą tak bardzo przejęci tym dzisiejszym dniem, tymi wrażeniami, które na nich czekają w Kościele, tymi gośćmi i prezentami, które otrzymają, że to wszystko, plus oczywiście dziecięca energia będą ich rozpierało i odczuwać chłodu raczej nie będą…..
I tu nasuwa mi się na myśl taka rodzinna anegdotka, gdy przed wielu laty (a wydawało mi się, że tak niedawno) nasza Magda przystępowała do I-szej Komunii św. i w poprzedzający wieczór pełna emocji nie mogła zasnąć. Wtedy poradziłam jej tak po ludzku, licz barany, bo to podobno pomaga, w szybkim zasypianiu.
Nazajutrz, podczas mszy św, ksiądz miał do dzieci takie przesłanie dotyczące tego dnia i opowiadał o dziewczynce, która podobnie jak i nasza Magda nie mogła poprzedniej nocy zasnąć, a jej mamusia przytuliła ją mocno, powiedziała, że jutro czeka ją bardzo ważny dzień, bo spotka pana Jezusa, więc teraz powinna pomodlić się do niego i poprosić o dobry sen, by jutro była wypoczęta i radosna. W tym samym momencie, gdy ksiądz to powiedział, moja siostra, a mama Magdy, nachyliła się nade mną i do ucha wyszeptała mi  zjadliwie: słyszałaś?, a głupia Ciotka radziła: licz barany 🙂
Nie wiem, która metoda jest lepsza, może rzeczywiście dla dzieci najlepsza jest wtedy modlitwa, bo one są takie niewinne i silnie wierzące w słowa, które im do serc wlewają, potem różnie to z tą modlitwą bywa, chociaż przyznaję, że zawsze w bardzo trudnych momentach życia właśnie zwracam się do Boga i do Matki Bożej powierzając  w opiekę im swoją osobę. Czuję się wtedy bezpieczniejsza i bardziej pewna, że nic złego stać mi się nie może.
I o to właśnie w modlitwie chodzi, o to zaufanie i pewność tej pomocy.
Dzieci dzisiaj przeżywają bardzo mocno ten dzień, tyle się przecież będzie działo, będą w tym dniu też punktem zainteresowania całej rodziny, każdy przytuli, powie dobre słowo, nie będzie się na niego złościł i w dodatku jeszcze da prezent.
A potem przychodzi szare życie, wspomnienia odpływają, niestety często i prawdziwa wiara z nimi też. No chyba, że dziecko urodziło się w prawdziwie i głęboko wierzącej rodzinie, ale nawet wtedy, w miarę dorastania i w czasie poznawania różnych osób niekoniecznie ta wiara jest tak samo głęboka, jak kiedyś.
Życie i otoczenie weryfikuje nasze poglądy w każdej materii, w tej religijnej też.
A zresztą, gdyby tak się zastanowić nad sensem słowa wiara, to jednak każdy inaczej ją pojmuje. Jednym wystarczy iść co niedzielę do kościoła, inni modlą się tylko w domu, a czy można powiedzieć, że  mniejszym, lub większym stopniu wtedy wierzą?
Podejście do wiary jest bardzo indywidualne dla każdego człowieka. Zresztą sam Bóg kiedyś powiedział, że nie ten, co stale mówi Boże, Boże dostanie się do Królestwa Niebieskiego, liczy się to, jakim się jest człowiekiem dla siebie, dla innych, też i ważne jest, czy zasady jego życia nie przekraczają norm wyznaczonych w Dekalogu, bo z tego wszystkiego kiedyś będziemy rozliczani.
Kiedyś pani Maria Czubaszek powiedziała, że uważa, że po życiu już nic nie ma, wszystko się kończy. Nie neguję i nie ganię takiego jej podejścia do tego tematu, zresztą dopiero teraz ona to wie, jaka jest prawda, my jeszcze jej nie znamy. Tylko jaki sens wtedy miałoby nasze życie, gdybyśmy przestali wierzyć?
Wiara jest takim naszym napędem życiowym, po który sięgamy głównie wtedy, gdy wydaje nam się, że dłużej już nie damy rady żyć, ona na nowo wlewa nam wtedy nadzieję i siłę do dalszych działań.
I to tyle na ten temat mam do powiedzenia.

Wspomniałam wczoraj o losowaniu Lotka, oczywiście Lotek znów o mnie negatywnie  się wypowiedział, pewno na następną trójczynę poczekam za dwa lata, bo już i tak na więcej nie liczę!!! Pozostaje mi jeszcze dzisiejsze losowanie Extra Pensji, ale to by było za bardzo piękne, by ta bajka mi się spełniła, ja już w bajki o wygranej i o królewiczu na białym koniu po prostu nie wierzę.
Na razie cieszę się więc dzisiejszym, wolnym od pracy dniem, popijam pyszną kawkę, piszę mojego bloga, zaglądam na Facebooka i dobrze jest, jak jest.
Życzę wszystkim przyjemnej niedzieli, a dzieciaczkom, które dzisiaj przystępują do I-szej  Komunii św, w tym naszemu Antosiowi życzę dnia pełnego wrażeń, radości i miłości.

ach ten mój prywatny barometr

Już któryś raz o tym piszę, że moje nogi są jednak nieomylne!
Wczoraj od samego rana  stopy  „dawały mi w kość” tak strasznie, że praktycznie nie mogłam chodzić. Piekły i bolały, czułam wszystkie drobne w nich kosteczki, jakby każda z nich osobno uderzała bólem w mój mózg, niczym małe  młotki pneumatyczne. Właściwie już poprzedniej nocy stopy okropnie mnie paliły i narywały, ale wczoraj rano ból osiągnął  już swoje apogeum. Dopiero Nimesil nieco uśmierzył ten ból i jako tako  mogłam egzystować.
Kto nie zna takiej przypadłości, ten może nie rozumie, jak bardzo wtedy muszę się nacierpieć, a i przy okazji nadenerwować na swoje kalectwo, tę niemożność dobrego chodzenia,  na to włóczenie stopami za sobą, na to potykanie się o najmniejszą przeszkodę.
Każdy ból jest ciężki do zniesienia, a gdy to dokuczają  nogi, które z założenia mają człowieka „nosić”, a na które spada cały ciężar ciała, wydaje się, że cały świat oparty jest tylko na jednym wielkim cierpieniu i marzy się tylko, aby w jakikolwiek sposób ten ból uśmierzyć.
To nic, że ważę prawie o połowę mniej, ale pozbyłam się  przecież tylko i wyłącznie trochę mojego ciała i mojego tłuszczu, ale zmian deformacyjnych niestety nie da się odwrócić, one już nastąpiły i co najgorsze ciągle się pogłębiają, chociaż teoretycznie i tak stopom powinno być nieco lżej, niż poprzednio przy dźwiganiu mojej osoby, ale jednak…… nigdy już doskonałe nie będą i z tym muszę się pogodzić.
Zapowiadali co prawda deszcz, ale jeszcze człowiek rozradowany ostatnimi słonecznymi dniami nie do końca chciał uwierzyć, że tak będzie brzydko.
A przecież wiadomo, że tak zwani zimni ogrodnicy czyli Pankracy, Serwacy i Bonifacy, a po nich zimna Zośka na ogół pogorszenie pogody przynosi.
Dobrze byłoby, żeby przynajmniej w niedzielę nie padał deszcz, bo jest to okres Komunii św i dzieciaczki znów nam przemarzną.
W  tę niedzielę, czyli już jutro  do I-szej Komunii św przystąpi Antoś, syn Agnieszki i  zarazem chrzestny syn mojej Magdy.
Co prawda nie będę uczestniczyła w tej uroczystości, ale życzę, żeby wszystkim dzieciom, rodzicom i zaproszonym gościom   w tym dniu pogoda nie doskwierała.
Wiem, że Magda na tę okazję przygotowała sobie całkiem nową sukienkę, nowe buty i trochę słoneczka w ten jakże uroczysty dzień  jednak by jej się przydało.
Oczywiście już wspomniałam o dzieciach, które będą w odświętne  białe szaty przybrane, przy takiej pogodzie łatwo się pobrudzić, a po tej niedzieli czeka je jeszcze tzw biały tydzień, czyli muszą być schludne przez najbliższe 5-6 dni, aby codziennie w tych odświętnych, białych  ubrankach uczestniczyć w codziennych nabożeństwach i mszach św.
Wiem jak to wygląda w praktyce, bo wiele  kiedyś dzieciaczków, a teraz już całkiem dojrzałej młodzieży z mojej rodziny  w takich uroczystościach brały udział i pamiętam ile wysiłku kosztowało to ich mamy, aby utrzymać je w tej nieskazitelnej bieli przez te kilka dni.
Dzisiejszy poranek niestety też jest bardzo deszczowy, na słońce dzisiaj raczej nie ma co liczyć.
No nic, zaraz wezmę swój parasol i pójdę nadać Lotka, bo dzisiaj co prawda nieco skromna, ale zawsze jakaś tam kumulacja. Co to jest tylko te 5 małych milionów, prawda? Tylko w jaki sposób je „chapnąć”?????

Przez wczorajszy wpis poświęcony pani Marii nie wspomniałam, że doczekałam się wreszcie tych lancetów do mojego glukomierza.
Dostałam je w paczce, w ilości 200 sztuk, więc starczą mi na bardzo długi okres. Najważniejsze jest jednak to, że pasują do mojego nakłuwacza. Teraz znów będę mogła kłuć się kilka razy dziennie 🙂 Właśnie dzisiaj dokonałam jego inauguracji i….. niestety, chyba troszkę zbyt sobie ostatnio pofolgowałam, bo pomiar cukru nie był zbyt satysfakcjonujący, ale się poprawię, przyrzekam !!!!
A dlaczego aż w takiej ilości je zamówiłam? po prostu nie było mniejszych zestawów,  a i  tak za przesłanie większej, czy mniejszej paczuszki  musiałabym zapłacić tyle samo.
Od wczoraj bawię się w węża, albowiem zaczęła działać moja maseczka do stóp i tracę na nich skórę obficie, niestety nie tę zrogowaciałą, chociaż i ona nieco mi się już łuszczy, ale całe płaty naskórka schodzą z całej powierzchni stopy, co wygląda koszmarnie. Teraz siedzę z kremem do stóp w ręku i obficie je nawilżam, co jednak wielkich skutków nie przynosi. Jednak ta maseczka do stóp nie jest żadną rewelacją, za to całe łóżko i całą podłogę obok łóżka mam usłaną w płatach mojej skóry. No więc nie skłamałam wcale, że niczym ten wąż linieję i zmieniam naskórek na całkiem nowy. Byleby  tylko przełożyło się to na moje lepsze chodzenie!!!!

Poranna kawa była dzisiaj   dla mnie wybawieniem, bo taka pogoda łóżkowo – barowa sama prowokuje do picia, a ponieważ mój brzusio zdecydowanie nie toleruje alkoholu, ( o tej porze dnia? zgroza!!), pozostaje jedynie kawowa kuracja, na szczęści przy kawie jakoś się on nie buntuje i łaskawie ją do siebie przyjmuje. Chociaż tyle mam z niego pożytku, ale przyznam, że  ostatnio nieco więcej pokarmów zaczyna nawet lubić, byleby tylko nie były one smażone i nie były w dużych ilościach, bo to potem właśnie i na poziom cukru też niekorzystnie one wpływają, o innych złych skutkach już nie wspominając.

Cóż, pozostaje mi jeszcze tylko życzyć wszystkim spokojnej soboty, pewnie trochę sennej, trochę leniwej, ale od czasu do czasu i takie małe nic nie robienie dobrze na zdrowie psychiczne działa.
A ponieważ słońca na niebie jak nie było, tak nie ma, więc na koniec mojego wpisu tutaj go umieszczam, abyśmy tak całkowicie nie zapomnieli, jak ono wygląda.
Wszystkiego dobrego, niech Wam dzisiaj słonko i radość w duszy grają.

Odeszła Pani Maria

Wczoraj przyszła bardzo smutna wiadomość, odeszła od nas Maria Czubaszek, polska pisarka, satyryk, autorka tekstów piosenek, scenarzystka, felietonistka, dziennikarka, komentatorka Szkła Kontaktowego.
Właściwie moje zbliżenie z osobą pani Marii nastąpiło podczas oglądania Szkła Kontaktowego, a potem zostałam Jej  fanką na Facebooku.  Była osobą naprawdę wspaniałą, ale też i niepowtarzalną. Jej wielkie poczucie humoru, jej wyważone i mądre opinie i ten jej niesamowity urok osobisty, którym emanowała z ekranu przyniósł jej wielki sukces, o który Ona wcale się nie ubiegała, była osobą zbyt na to skromną, a jednak powszechnie była (z małymi wyjątkami oczywiście) osobą lubianą. Tych, którzy Jej  nie lubili drażniło pewnie to, że pani Maria zawsze mówiła prosto z mostu, to co myślała, nie bała się przelać swoje rozmyślania  w słowa, czasami nawet może i gorzkie, ale zawsze prawdziwe. Nigdy nie plątała się w żadne niejasności, afery, zawsze była sobą i tę swoją postać zawsze przed wszystkimi plugastwami broniła.
Uwielbiała wprost zwierzątka, wszystkie, obojętne od ich rodzaju i zawsze do nich czuła olbrzymi sentyment.
Była tak kochaną osobą, że na Facebooku powstała strona fanów Marii Czubaszek, tam spotykają się Ci, którzy darzą panią Marię wielkim szacunkiem, a teraz Jej śmierć sprawiła wszystkim olbrzymi ból i żałość. Myślę, że ta strona pozostanie również i po Jej śmierci, nadal będziemy się tam spotykać, wspominać panią Marię, opowiadać o swoich codziennych  kłopotach, radościach, będziemy zamieszczać nadal tam filmiki o zwierzątkach, będziemy czuć, że Ona jest ciągle z nami, że ciągle nam patronuje.
Jak już wspominałam, pani Maria była komentatorką Szkła kontaktowego i każdy Jej pobyt w Szkiełku by zawsze wesoły, pełny humoru, czasami przez jej wypowiedzi pozornie naiwne, taki miała właśnie styl.
Wczorajsze Szkło Kontaktowe było w całości poświęcone pani Marii i co ciekawe, nie były to wcale smutne wspomnienia. Każdy z komentatorów występujących we wczorajszej edycji Szkła, a byli Ci wszyscy, którzy z Nią współpracowali, z uśmiechem na twarzy wspominali te miłe i czasami nawet wesołe chwile, które właśnie w tym programie z panią Marią przeżywali.
Bo na pewno Pani Maria nie chciałaby, byśmy się smucili, była zawsze osobą bardzo wesołą i komunikatywną i taka musi po Niej pozostać Jej postać w naszej pamięci. 
Ładnie ujęła opis  pożegnania Marii Czubaszek we wczorajszym Szkle Kontaktowym jedna z Jej fanek na Facebooku:
Pani Maria zaraziła całe Szkiełko swoim poczuciem humoru. Dlatego pożegnanie musiało być Czubaszkowe.
Jedną jej wielką wadą było namiętne palenie papierosów, przed którym nie potrafiła i nie chciała się obronić, zawsze powtarzała palę papierosy, bo lubię i zawsze je będę paliła. Ale zawsze mówiła te słowa z takim wdziękiem, że wydawało się oczywiste, że Ona i papierosy to jedność.
Pani Mario, zrobiła nam Pani wczoraj niesamowitą i niespodziewaną siurpryzę   swoim odejściem.
Bo jak człowiek tak prężny, dynamiczny, pełen energii i werwy  może nagle całkowicie zniknąć z naszego życia?
Była osobą niezwykle aktywną, brała udział w licznych spotkaniach z publicznością i to w całej Polsce, pisała książki (właśnie ma być wydana Jej nowa świeżo napisana książka), pisała scenariusze do seriali, ba, nawet wystąpiła w jednym z polskich seriali pod tytułem „Spadkobiorcy”, gdzie grała rolę seniorki rodu.
Brakuje mi po prostu słów, by określić, co czuję, naprawdę bardzo Ją lubiłam i będzie brak nie tylko mi, ale i nam wszystkim tej drobnej, wydawałoby się niepozornej kobiety, która dodawała nam otuchy, powodowała uśmiech na twarzy i wzbudzała pozytywne uczucia.
Niech tam na tym drugim świecie z całą swoją pogodnością i łaskawością  na nas spogląda i ma nad nami pieczę.

Cały dzisiejszy mój wpis w blogu poświęciłam pani Marii Czubaszek, bo naprawdę była to nadzwyczajna osoba, która wnosiła radość i uśmiech do wielu domów.

Tylko dla przyzwoitości odnotowuję, że dzisiaj mamy piątek, trzynastego maja.
Niech więc on nie przyniesie dzisiaj nikomu pecha, niech minie pogodnie, słonecznie i mile, zgodnie ze słowami piosenki Trzynastego, wszystko zdarzyć się może…niech więc  zdarzają nam się dzisiaj same miłe chwile.

po audycie

No i już po audycie. Co sobie rząd pisowski wczoraj pofolgował, to ich.
Ileś tam  osób z ciemnego ludu uwierzy, na szczęście nie wszyscy.
„Gorszy sort” domaga się  natomiast audytu  rządu Pisu, ale się na razie nie doczekamy, przecież nie mogą się przyznawać do swoich porażek, a co ich ustawa to następny bubel.
A swoją drogą ciekawy byłby taki audyt, bo nikomu  dotąd w tak krótkim czasie nie udało się tak zniszczyć państwa.
Może kiedyś cała prawda jednak wyjdzie na jaw?
A tam, do licha z polityką………. nie będę się tym przejmowała, żeby mi znów w główce nic się nie „kołowoało”
Co będzie, to będzie i tak ja na to wpływu raczej nie mam.

Tym razem mam za sobą „pyszną”, bo przespaną noc. Zupełnie inaczej człowiek się czuje, gdy rześki się rano obudzi, a w dodatku, gdy za oknem piękne słonko od samego bladego świtu, to aż się chce żyć.
Dzień rozpoczęłam więc śniadankiem i malutką porcją lekarstewek, a potem oczywiście zanurzę się w aromacie czarnej, rozpuszczalnej kawy i od razu lepiej się poczuję.
Jednak najlepsza jest taka kawa z expresu, taką wspaniałą robią w tej restauracji obok. Czasami na nią tam chodzę, ale ostatnio traktują ją jako poczęstunek dla mnie, a ja mam jakoś skrupuły tak pić u nich kawę „na sępa”.
Tylko z drugiej strony, gdy tak lekkim popołudniem ciśnienie nieco daje o sobie znać, taka filiżanka aromatycznej kawy podnosi ciśnienie i zachęca do działania.

Jutro muszę odwiedzić znów oddział PKO, albowiem całkowicie wywietrzał mi z głowy numer internetowego logowania się  do bankowego konta.
Tyle razy przecież się logowałam i nie miałam z tym trudności, teraz pomroczność jakaś mnie dopadła, niby pamiętam cyfry, ale coś mi się końcówka poplątała i  nijak wejść na swoje konto nie mogę. Jak tu teraz robić jakiekolwiek płatności, szczególnie, gdy codziennie mnie o nie monitują?
Ciekawe, przeważnie zapomina się hasła, a nie loginu, gorzej jednak jest, gdy trzeba podać numer klienta, tak jak jest w moim przypadku.
Teraz wszystko oparte jest na numeracji: i pesel i hasło do banku, nawet zabezpieczenie alarmu i tym podobne, mogą w końcu te cyfry człowiekowi pokręcić się w głowie. Mówią, że mózg to taki mały komputer, który pamięta dane, no tak, ale komputer też w końcu może się kiedyś zawiesić.
Najwyraźniej i mój mózg się zawiesił i teraz trzeba go resetować.
Co prawda dzwoniłam do centrali PKO i wyłuszczyłam im swój problem, przeprowadzili ze mną  dokładną weryfikację, która przeszła pomyślnie i obiecali, że o ile się da, to przyślą mi na mojego maila numer klienta, niestety, do tej pory nie mam żadnej odpowiedzi z Banku, muszę więc to załatwić we własnym Oddziele.

Dzisiaj idę na popołudniową zmianę, więc mam jeszcze troszkę czasu, a właśnie dojrzałam już do wypicia swojej porannej kawusi, co za chwilę z wielką przyjemnością zrobię.
No tak, jedni idą do pracy, inni będą wygrzewać swoje kostki na ławeczce w parku, takie jest życie.
No to odpoczywającym życzę pięknego i radosnego opalania się, a pracującym owocnej pracy.

wizyta w rosarium

 

 

Odwiedziłam dzisiaj wczesnym porankiem wirtualne rosarium i zerwałam tam dwie najpiękniejsze róże dla mojej Ulki, bo przecież znów dzisiaj mamy środę.
Witaj Uleczku w ten piękny środowy poranek, chcę, żebyś wiedziała, że już od wczesnego poranka o Tobie myślałam.
Świat nasz pięknie wiosną otulony nowe nadzieje i nowe pomysły przynosi, mam nadzieję, że nie tylko dla mnie, ale i dla Ciebie
Jesteś bowiem tak kreatywną, pełną pomysłów osobą, że energia wprost z Ciebie niczym lawa z wulkanu wypływa i bardzo się z tego cieszę, bo oznacza to, że ciągle jesteś młoda i głodna życia. Stąd te Twoje liczne wycieczki w różne zakątki nie tylko naszego pięknego kraju, ale również i poza nim zwiedzasz piękne miejsca. Stąd czerpiesz zapał do towarzyskich spotkań, do spacerów i w inny sposób mile spędzany czas.
Trzymaj tak nadal Uleczko, dodajesz tym także i mi swoją pasję i przekazujesz tyle pozytywnej energii, której może aż tyle jak Ty nie posiadam , ale i tak mobilizuje mnie ona do życia.
Wszystkiego dobrego Ulu na każdy wiosenny dzień, niechaj słonko codziennie do Ciebie się uśmiecha.

Nareszcie załatwiłam sobie te lancety do glukometru i chyba najwyższa pora ku temu, bo wczoraj miałam jakiś dziwny incydent cukrowy, nagle zrobiło mi się nie tylko czczo, ale również czułam, że żar uderza mnie po plecach i robi mi się mdło i słabo, w każdym bądź razie prawie natychmiast zjedzona kanapka wyraźnie  podniosła moje samopoczucie. Jednak z cukrzycą nie ma żartów i powinnam pamiętać o tym, że wciąż jestem zagrożona, tym bardziej, że nie zażywam już żadnych przeciwcukrzycowych tabletek.
Jeszcze raz wczoraj przeglądnęłam stronę internetową związaną z moim cukromierzem i znalazłam odpowiednie lancety, zamówiłam je drogą internetową i zostaną mi one w ilości aż 200 sztuk dostarczone do domu. Taka ilość na dłuższy czas powinna mi starczyć, bo co prawda lancety są w założeniu jednorazowe, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wymienia ich do czasu, aż nie zrobi się tępy.
Tak więc na razie ten problem mam już z głowy, nie muszę ganiać po aptekach i szukać odpowiedniego towaru.
Przyrzekam, że gdy tylko dostanę tę przesyłką będę znów robiła codzienne pomiary cukru, żeby nie zostać znów niemile potem zaskoczoną.
A mam jednak pewne obawy……… zobaczymy.
Środa to piękny dzień, szczególnie, gdy jest wiosna, ale niestety nie wtedy. gdy za mną słabo przespana noc.
Na szczęście dzisiaj idę na popołudniu, więc jeszcze na 2 godzinki mogę głowę do podusi przytulić, co właśnie zaraz zrobię.
Trochę dziwne, że nie mogłam wczoraj zasnąć, dopiero sen o 4 rano mnie zmorzył, ostatnio jakoś z tym kłopotów nie miałam i przesypiałam elegancko calutką noc.
Mam nadzieję, że to tylko taki pojedynczy „wybryk natury” i że czas bezsennych nocy do mnie  na stałę nie powróci.
Życzę miłej środy, a ja idę troszkę jeszcze podrzemać