Entree

 

 

Okropne korki były wczoraj w Krakowie.Najpierw Magda nie dojechała do mnie na czas, później już taksówką ( a dokładnie Taxify) błądziliśmy po okropnie zapchanym Krakowie, tak więc na wczorajszą uroczystość przyjechałyśmy ogromnie spóźnieni.
Oczywiście samo przywitanie szanownych gości przez Dyrekcję nastąpiło chwilę wcześniej, a w momencie, gdy  chwilę potem pojawiłam się w drzwiach naszej sali przywitał mnie ogromny, entuzjastyczny wprost aplauz, 
Byłam zdumiona, czym na takie huczne entree sobie zasłużyłam, ale okazało się, że akurat dopiero co   został odczytany mój wiersz, który na tę okazję napisałam, z wiadomością, że autorka jeszcze się nie pokazała, wiec gdy weszłam, wszyscy zrozumieli, że to jest  właśnie mój własny wytwór i stąd ten aplauz. No a potem wiele osób podchodziło do mnie i upewniało się, czy to ja rzeczywiście jestem autorką tych wierszykowanych  życzeń i  mi gratulowali polotu.
Miłe to było, nie powiem, Może nawet zresztą dobrze się stało, że nie byłam obecna podczas czytania tego wiersza, pewnie bym się i denerwowała i wstydziła, przyszłam post factum i od razu zrobiło mi się tak przyjemnie.
Cała gwiazdkowa impreza była winnym lokalu niż dotychczas. Był on złożony z trzech bardzo wypełnionych sal, a na końcu tego budynku była nasza sala, w której zmieściło się około 80 osób, więc był raczej wielki ścisk i do tego niesamowity gwar, trudno było zrozumieć najbliższego sąsiada, a co dopiero porozmawiać z innymi gośćmi.
W dodatku, gdy chciałam wyjść na mojego elektrona (teraz nawet tego nie można palić w lokalu) musiałam przebijać się  w holu przez tłumy ludzi, oczekujących na swój stolik.
Jednego nie rozumiem, tyle w pobliżu jest fajnych restauracyjek, czemu akurat większość  prywatnych ludzi, w tym i cudzoziemców, upatrzyło sobie akurat restauracje Kompanię Kuflową?
Ale nie narzekam, siedziałam w bardzo miłym towarzystwie z jednej strony miałam Madzię, a z drugiej bardzo miłego pana z Warszawy, z którym świetnie mi się rozmawiało i popijało wspaniałą śliwowicę, robioną przez męża Basi – Pawła.   Ostra byłam, nie powiem, miała 50 procent, ale co prawda na początku lekko się wzbraniałam, jednak, gdy posmakowałam tej pysznej wódeczki, zmieniłam zdanie i chyba ze 4 kieliszki jej wypiłam.
Sporo jak na mnie, zwłaszcza, ze ostatnio jestem osoba nie pijącą, ale wierzcie mi, Paweł robi wspaniałą śliwowicę.
Menu było urozmaicone, ale mnie szczególnie zafrapował śledzik w śmietanie, który też raczej rzadko, zważywszy na moje żołądkowe kłopoty, jem, ale wczoraj bardzo mi zasmakował, podobnie zresztą jak smażony karpik który nie miał w sobie w ogóle ości.
Jak już mówiłam, panował spory harmider, bo w tak sumie niezbyt wielkiej sali zmieściło się sporo ludzi i gdy każdy zaczął rozmowę, a po to w sumie tam się spotkaliśmy, aby raz do roku nie czuć się medykami, a zwyczajnymi ludźmi, było bardzo głośno. W dodatku na początku jeszcze przygrywała nam do towarzystwa bardzo kulturalna skądinąd orkiestra,ale na szczęście pograli tylko chwilę i  poszli ukulturalniać inne sale.
Impreza trwała w najlepsze, gdy już z Magda zaczęłyśmy się około 22 do domu zbierać, ale byłam trochę tym harmiderem zmęczona.
Na szczęście w drodze powrotnej taxify jechało już w nie takim samym korku, jak poprzednio, wiec dosyć szybko byłyśmy w domu.
No i nie obeszło się bez małego kłopotu, po prostu zostawiliśmy w samochodzie aparat fotograficzny, który ze sobą wzięłam na te  imprezę i trzeba było szukać na nowo tego  auta, który nas wiózł  do domu i odebrać od pana kierowcy mój  aparat.
A tak w ogóle to  taszczenie tego aparatu na imprezę było wielkim nieporozumieniem, bo okazało się, że jest on zepsuty i nie chcę się w ogóle włączyć.
Mój błąd, że nie sprawdziłam tego wcześniej, w domu, tytko go woziłam tam i z powrotem i jeszcze musiałam myśleć, żeby go nie zgubić.
Po prostu Wydawało mi się, że jeżeli jak zwykle naładowałam baterie  to aparat będzie działał.
No cóż, nie zadziałał, a ja teraz muszę szukać dobrego punktu naprawy aparat ow fotograficznych, bo co prawda teraz na ogół robię zdjęcia aparatem z telefonu, ale szkoda, żeby ten naprawdę dobry sprzęt jaki jest mój Pentax  (za który zapłaciłam kiedyś mnóstwo pieniędzy)  wsadzić do lamusa i potraktować jako obiekt muzealny.
No i tak całkiem przyjemnie  minął mi wczorajszy dzionek, a rano obudziłam się….. nie, wcale nie z kacem, bo znów tak wiele wcale wczoraj nie piłam tego alkoholu, ale i tak mój humor siadł, gdy zobaczyłam za oknem znów tę szarość, mój Boże, jak ja tęsknię za słoneczkiem, ale na niego jeszcze  troszkę niestety musiała poczekać, pewnie aż do wiosny.
A teraz zbieram się na zakupy, wiec kończę dzisiejszą moja pisaninę, życząc wszystkim przyjemnej soboty

.