chatka z piernika

 

 

 

Dzisiaj zamiast wpisu ładną piernikową chatkę pokazuję.

Bo to już nadciągnął mamy ten przedświąteczny już  tydzień.

Taki piękny obrazek kojarzy się z tym wszystkim, co piękne pozostaje w naszej pamięci, a co sięga najprzyjemniejsze momenty z życia. z lat dziecinnych.
Na kilka dni przed nienadchodzącymi świętami już czuło się tę niesamowitą świąteczną  atmosferę.
Wszystkie kąty już były wysprzątane, kurze gdzieś poznikały, a  mieszkanie obowiązkowo pachniało pastą do podłogi.
Czy jest ktoś, kto teraz pastuje podłogi? Chyba ta czynność zdecydowanie do przeszłości należy, teraz parkiety pokrywa się lakierem, czy bejcem i mokrą szczotką – mopem  co najwyżej ja się przejeżdża.
A przedtem obowiązkowo nakładało się  na nią pastę i było tak ślisko w mieszkaniu, jak na lodowisku, można było sobie ząbki powybijać.
A potem taką podłogę się froterowało. Oczywiście dopóki nie wynaleziono froterki, jeździło się po podłodze  nogami.  na specjalnych miękkusich szmatkach i po chwili podłoga pięknie już błyszczała.
W wannie obowiązkowo kąpały się karpie i trzeba było uważać, żeby jakiś kawałek mydła nie wpadł im do wody, bo wtedy rybki  przedwcześnie kończyły swój żywot. Wodę trzeba było co najmniej dwa razy dziennie zmieniać, żeby świeżego tlenu rybkom dostarczyć i trzeba było uważać, żeby za dużo jej do wanny nie nalewać, bo karpie miały to do siebie, że lubiły z wanny sobie na podłogę wyskakiwać i okropnie wtedy się tłukły ogonami, nie mówiąc, że były takie śliskie, że bardzo trudno je było złapać i do wanny  z powrotem wrzucić. Już nie wspominając, że gdyby ktoś w nocy po ciemku chciał z toalety skorzystać, mógłby się na śliskiej rybce leżącej na posadzce  dobrze się „przejechać”.
W kuchni zaś pięknie pachniały pieczone pierniczki i obowiązkowe makowce.Bo co to by były za święta bez tych tradycyjnych świątecznych wypieków.
W wielkich, kamiennych misach – makutrach robiło się najpierw zaczyn drożdżowy i trzeba było uważać, żeby w kuchni cały czas ciepło było, żeby zaczyn, a później  ciasto, pięknie wyrosło. Oczywiście  w tym celu nie stosowało się żadnych mikserów, trzeba było ręcznie, bardzo długo to ciasto wyrabiać, żeby się dobrze napowietrzyło, a potem podwoiło co najmniej swoja objętość.
Potem na olbrzymiej stolnicy starannie rozwałkowywało się placki na odpowiednią grubość i nakładało się na niego przepyszny farsz zrobiony z mielonego maku i przeróżnych  bakalii, ciasto zwijało się w rulonik, zlepiając boki i znów poddawało się ciasto ciepłemu leżakowaniu. Pamiętam, że u nas w domu też  jeszcze robiono podobnie przekładańce, czego w nim nie było i skórka pomarańczowa i wiśnie, orzechy, migdały i koniecznie konfitura z dzikiej róży,
I ciągle tylko było słychać groźny  głos, zamknij drzwi, nie wchodź, bo ciasto się przeziębi i potem nie wyrośnie.
A zapach pieczonego ciasta drażnił tylko nasze dziecinne noski, aż ślinka do ust sama napływała.
W tej pachnącej pastą i świeżym ciastem czekaliśmy do poprzedzającego Wigilię wieczoru, gdy umieszczało się w solidnym krzyżaku wielką aż po sufit choinkę. Oczywiście w moich dziecinnych pierwszych latach nie było jeszcze lampek, one dopiero się pokazywały wiele lat później, a zastępowały je małe świeczki umieszczane w specjalnych łapach na gałązkach choinki. A w Wigilię choinka oświetlana była jeszcze dodatkowo sztucznymi ogniami, od której nie jedna choinka spłonęła.
Obok wielokolorowych , lśniących baniek wieszało się na choince orzechy, wcześniej złota farbą pomalowane, lśniące jabłuszka, wycinanki, robione  z papieru kolorowego,   oraz lepione łańcuchy –  kolorowe kółeczka. głownie przez maluchy w szkole lepione, no i koniecznie w kolorowych papierkach powieszone cukierki i czekoladki.
Ale była potem frajda wyjadać te cukierki z choinki, przeważnie na choince  zostawały już tylko puste papierki, bo łasuchowanie było głownie  domeną dzieci, ale czasem i ktoś z dorosłych jakąś pyszna czekoladkę z papierka  też wysupłał.
W przededniu Wigilii robota w kuchni już szła całą para. Nie miłym akcentem co prawda było pozbawianie tych nieszczęsnych karpi życia, zawsze uciekałam wtedy do ostatniego pokoju i zatykałam mocno uszy, żeby nie słyszeć tego tępego uderzania pałką o rybia głowę.
A potem rozchodził się po kuchni zapach gotowanych jarzyn, cebuli i głów i płetw z karpi, aby na tym wywarze przygotować pyszną, ulubioną przez nas wszystkich potrawę : karpia po żydowsku.
Trzeba było tę potrawę wcześniej przygotować, by potem miała czas na zsiądziecie się galarety, w której pływały migdały , orzechy i rodzynki.
A gdy choinka była już pięknie ubrana i obsypana anielskim włosem, można było śmiało iść spać, by raniutko wstać, chwilkę się pobawić na śniegu, który jakoś wtedy był przeważnie w święta wszechobecny , a potem  oczekiwać na pierwszą gwiazdkę. która nam pozwalała zasiąść do wspólnego wigilijnego stołu i nakazywała podzielić się opłatkiem (u mnie obowiązkowo przekładanego miodem) i składać sobie serdeczne i szczere życzenia. Wtedy wszystkie niesnaski odchodziły na bok i wszyscy razem radowaliśmy się wspólną rodzinną uroczystością.
Żaden  amerykański indyk nie jest w stanie zastąpić tej naszej pięknej opłatkowej i rybnej  tradycji.
Na stole królowała ryba – karp , w galarecie, po żydowsku, czy smażona, oczywiście lśnił się czerwony barszcz z przepysznymi grzybowymi uszkami, pachniała grzybami przewspaniała kapucha A na deser obowiązkowo był kompot z suszu, wcześniej odpowiednio na balkonie wystudzony, zimniutki, pyszniutki,  pachnący wędzonymi śliwkami i suszonymi jabłkami. mniam, mniam, jak on wspaniale smakował, szczególnie lubiłam się go napić jeszcze po powrocie z Pasterki.
No i oczywiście pod choinką zawsze było multum kolorowych większych lub mniejszych prezentów, ale była frajda, gdy każdy swoje prezenty rozpakowywał i cieszył się niespodzianką. Bo prezenty z moich dziecinnych i nieco późniejszych lat zawsze były olbrzymie, wspaniałe i bogate.

To były piękne, niezapomniane ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA .

Były… teraz pozostają tylko wspomnienia i ten piernikowy domek……..
I kolędy, które własnie słucham, pisząc ten blog i wspominając dawne dobre lata.

Miłego przedświątecznego wtorku