Czas Wigilii za nami.
Spędziliśmy ją rodzinnie w domu Agnieszki, siostry Magdy męża – Jacka.
Pogoda nam trochę zrobiła psikusa, bo śniegiem popadało i zrobiło się nieco niebezpiecznie na drogach, tak, że trzeba było jechać bardzo ostrożnie i pomalutku. Na szczęście dojechaliśmy bez żadnych przygód.
Wigilia przeszła w sposób tradycyjny, rozpoczęła się oczywiście modlitwą, a potem najmłosza latorośl Agi i Jarka – Zosia pięknie odczytała Ewangelię związaną z dniem Narodzin Chrystusa
Stól był suto zastawiony samymi smakowitościami, był barszcz czerwony z uszkami, smażony karp z kapustą z grzybami, karp w galarecie po żydowsku, kompot z suszonych owoców, pierogi ruskie i z kapustą, i oczywiście moja kutia, za którą zostałam nawet pochwalona.
A potem były wspaniałe ciasta,ale najbardziej smakował mi sernik upieczony przez Agę, z polewą kajmakową i z malinami – pycha.
A potem było wspólne kolędowanie, znów prym wiodła tutaj Zosia, która nam kolejno podawała Kolędy, które mamy śpiewać. A po kolędowaniu przyszedł czas najbardziej oczekiwany przez dzieci, czyli rozdawanie prezentów. Każdy cos znalazł pod choinką, ja dostałam bardzo piękny komplet pościeli i czekoladki.
Po wspólnym biesiadowaniu i licznych rozmowach przyszła pora znów po oblodzonej drodze wracać do domu.
Miałam jeszcze składać tort kokosowy, który jakoś w tym roku bardzo z przygodami przygotowywałam, bo w między czasie na przykład zepsuła się tortownica i nie można jej było złożyć, więc ten tort na piekłyśmy z Olką na raty, całe popołudnie i nie zdążyłam go przełożyć masą kawową.
Miałam to zrobić zaraz po powrocie z Wigilii, ale okazało się, że masa, która została na balkonie tak mocno stwardniała, że nie dało się jej rozsmarować.
W końcu musiałam dopiero dzisiaj ten tort dokończyć, ale mam nadzieję, że ten kokosowy tort z przygodami będzie smakował gościom.
Po powrocie do domu był jeszcze dalszy ciąg świętowania, albowiem jeden z gości był Włochem i pragnął, byśmy poznali ich włoską tradycję obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia.
Piliśmy więc pyszne Proseco o i jedliśmy tradycyjna włoską babkę, którą się piecze we Włoszech właśnie na te Święta
Poszliśmy więc spać bardzo późno, przyznam, że byłam bardzo już zmęczona tymi wszystkimi wrażeniami i przede wszystkim gwarem rozmów, widać już całkowicie w tej mojej domowej głuszy od rozgardiaszu odwykłam.
No a rano trzeba było wstawać, jak już opisałam zajęłam się za dokańczanie mojego tortu, a potem znów było wspólne śniadanie. Dopiero teraz mam chwilkę czasu na napisanie blogu, alej uż muszę lecieć do kuchni i troszkę pomóc Magdzie przy obiedzie, na który przyjdą Rodzice Jacka.
I znów będzie głośno i wesoło, ale jakoś ten rejwach przetrzymam, przecież nie można stale się od ludzi izolować.
Święta są po to byśmy wreszcie byli wszyscy razem.
Tylko dlaczego ciągle trzeba tyle jeść?????y
No to życzę przyjemnego świętowania pierwszego dnia Świąt, tylko uważajcie na swoje brzuszki.
Ja już niestety zdążyłam odczuć niegodności zbytniego biesiadowania, ach ten mój nieznośny brzuszek.
