
Tak, pamiętam 1 kwietnia 34 lata temu prosiłam Monikę: wytrzymaj jeszcze trochę jeszcze nie dzisiaj idź do szpitala, bo tak głupio urodzić dziecko w Prima Aprilis, jeszcze Ci nikt nie uwierzy…Wytrzymała cały jeden dzień i oto 2 kwietnia 1985 roku przyszedł na świat Ksawery.
Kochany był z niego dzieciak, taki słodki. Od razu go pokochałam i pewno dlatego zostałam jego Chrzestną Matką, co zawsze podkreślał, gdy mnie komuś przedstawiał: zwykle mówił: to jest Ciocia Ewa, moja Chrzestna Matka. Bardzo mnie tym zawsze zadziwiał, ale czułam też powód do dumy, że mogę być chrzestną takiego wspaniałego dzieciaka.
Czasami Monika pozwalała mi z nim gdzieś wyjechać na letnisko, czy na zimowisko. Byliśmy razem z Ksawrem w Lanckoronie i bardzo miło ten pobyt wspominam. Nigdy nie zapomnę, jak przechodząc koło kury, czy krowy z takim dziecięcym wdziękiem mówił: dzień dobry pani kurko, dzień dobry pani krówko…………
Jeden kłopot, jaki z nim miałam to było to, że był okropnym niejadkiem, a bywały potrawy które trudno w niego było wmusić.
Jego wielkim wrogiem był biały ser, którego nie cierpiał i nawet oszustwo przy ruskich pierogach, gdy tłumaczyłam, że tam nie ma sera, tylko są same ziemniaki, nie udawało mi się, Niestety zawsze ten biały ser wyczuwał i oczywiście pierogów takich nie ruszył.
Byłam z nim też na wspaniałym zimowisku w Bukowinie Tatrzańskiej, zresztą była tam też wtedy Magda z malutką Kamilką i już było mi nieco weselej, bo dzieci świetnie ze sobą się bawiły. Ale problem jedzeniem nadal trwał, czasami już prawie wychodziliśmy na spacer, a Ksawer wciąż jeszcze siedział w jadalni i międlił kanapkę, bo miał przykazane, że nie wolno mu odejść od stołu, dopóki śniadania nie zje.
Łzy wylewał nad tą nieszczęsną kanapką, ale posłusznie przy stole siedział, do czasu, aż wreszcie się nad nim litowałam i pozwoliłam mu odejść, oczywiście, gdy uznałam, że chociaż troszkę śniadanka w jego brzuszku jednak wylądowało. Zresztą podobnie było i z obiadem i z kolacją, musiałam sporo nerwów stracić, by mieć świadomość, że nie zagłodzę dziecka na śmierć.
Cóż, pewnie ten brak apetytu i te jedzeniowe grymasy otrzymał w spadku po swojej mamie, Monice, która też zawsze jako dziecko była okropna grymaśnicą i moja bratowa też zawsze miała kłopoty przy jej karmieniu.
Na szczęście te lata niejadka minęły, dzisiaj Ksawer wyrósł na bardzo mądrego i fajnego mężczyznę (no już chłopięce lata dawno są za nim). Pewnie nie ma już kłopotów z jego jedzeniem, bo z tego co wiem, to nawet i biały ser również je, ale o to musi się już martwić jego Dianka.
Za to nadal daje mi powody do szczęścia, bo zawsze obdarza mnie tą samą sympatią i miłością od lat, a teraz jeszcze dodatkowo mam też miłość od jego Diany, a przede wszystkim od jego uroczej, cudownej wręcz córeczki Zeldy, która właśnie jutro kończy już 10 miesięcy.
Jak ja to mówię? Monika jako pierwsza zrobiła mnie Ciocią, jej syn Ksawer uczynił mnie po raz pierwszy Ciocia Babcią, teraz jego córka sprawiła, że zostałam wreszcie ciocia Prababcią.
I wiecie co? wcale się nie wstydzę tego, że już nawet tytuł prababci otrzymałam, na taki zaszczyt trzeba sobie zasłużyć, chociażby wiekiem, ale nie tylko.
Co prawda nie jestem zwyczajną, tylko cioteczną prababcią, ale czy to ma jakieś znaczenie????
A piszę dzisiaj tak sporo o tym, ponieważ wiem, że od czasu do czasu Ksawer również czyta mój blog.
Więc i tutaj składam mu najlepsze życzenia, by nadal tak wspaniale się mu wiodło w życiu, by zawsze miał tyle serca, ile posiadał do tej pory, żeby zawsze miał przy sobie swoja ukochaną Diankę i swoja ukochaną Zeldę, a może i tego, żeby Zelda doczekała się w niedługim czasie jakiego Braciszka?????
Wszak ród rodzin R też musi być przedłużony………
Wszystkiego najlepszego, pomyślności Ksawer
A ta zmiana czasu jednak nie najlepiej na mnie działa. Wciąż budzę się nad ranem, czyli między czwartą a piątą rano, właściwie, że wyspana, ale nie bardzo wiem, co ze sobą wtedy robić. Stanowczo na kawę jest to za wczesna pora, więc chwilę pokręcę się po mieszkaniu i z braku pomysłu, jeszcze wracam do łóżeczka i…wtedy dopiero znów zapadam w sen tak mocny, że budzę się dosyć późno bo przed dziewiąta godziną.
Ech, kiedy przyjdzie czas, że będę całkiem normalnie przesypała od od 11 w nocy do 7 rano bez nocnych przebudzeń i bezsensownych wędrówek po całym mieszkaniu…..
Dzisiaj wstał znów piękny słoneczny dzień, może najwyższa pora, bym coś z moją fryzurą zrobiła? Wszak już za dziewięć dni wyjeżdżam do Wisły, trzeba jakoś do ludzi się upodobnić. 🙂
Akurat słonko i brak opadów są dobrą motywacją na podjęcie takiego zadania.
Życzę przyjemnego wtorku
