
OTO SŁONKO DLA WAS NA DZISIEJSZY PIĄTEK!!!!!!!
Nie ma go na niebie, ba, nawet deszczyk kropi, (podobno ze śniegiem!), więc postanowiłam Was dzisiaj takim pięknym obrazkiem ucieszyć.
Zresztą dobrze nawet się składa, że nie będzie spacerowej pogody, że mnie Park dzisiaj nie będzie kusił, bo dzisiaj już muszę zrobić ewentualny remanent w mojej szafie i przygotować sobie to wszytko, co będę w poniedziałek do walizki pakowała.
Ale chociaż będę podwieziona pod samo sanatorium przez Maciusia i tak postanowiłam nie pakować całej szaf, jak to drzewiej bywało.
No bo co w sumie mi będzie potrzebne? 2-3 pary leginsów, dwie, trzy bluzeczki z krótkimi rękawkami, gdyby nagle zrobiła się spora temperatura na dworze, ze dwa sweterki na wszelki wypadek, jakiś pulowerek na wierzch, gdy będzie wieczorem chłodnawo, no i oczywiście bielizna i obowiązkowo strój kąpielowy, bo podobno tam jest ogólno dostępny basen .
Co prawda nie wiem, czy skusze się na kąpiele, bo po tym ostatnim moim „występie” w basenie, gdy się podtopiłam nieco, nadal mam niechęć do pływania, a przecie jeszcze niedawno właśnie pływanie było moją pasją, właściwie jedynym uprawianym przeze mnie sportem.
Pływania uczyła mnie od dziecka moja Mamusia i to przy niej przestałam się bać wody, gdy na jej ramionach do morza byłam wnoszona, a potem wraz z nią najpierw na gumowym kółku, a potem już luzem pływałam na tzw mieliznę w morzu, konkretnie w Jastarni.
Co prawda widziałam też takie zdjęcie, gdy ja, mały golasek, na rękach taty, a potem brata, byłam wnoszona do morza, ale musiałam chyba okropnie się wtedy bać, bo widać na zdjęciu, jak drę się w niebo głosy, dopiero moja Mamusia nauczyła mnie pokochać morze.
I zawsze, potem, gdy tylko mogłam, czy to było morze, jezioro, czy basen, z wielką przyjemnością takich kąpieli zażywałam, zresztą nawet bardzo lubiłam pływać w miejscu, gdzie nie czułam gruntu pod nogami, bo wtedy nie miałam okazji do niepotrzebnego stania w wodzie, po prostu be żadnego strachu sobie pływałam.
Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie ten nieszczęsny dzień, gdy niechcący dostałam się w basenie w obszar, gdzie włączony był ostry strumień wody czyszczący basen i który niestety mnie wciągnął i musiałam naprawdę bardzo walczyć, by się jemu nie poddać, bo kilkakrotnie byłam już pod wodą, czułam, jak mnie zalewa i nie mogę wydostać się na powierzchnię, a ratownik, który wtedy był na basenie, nawet nie zauważył, że walczę z wodą, nie przyszedł z pomocą.
Na szczęście jakoś udało mi się wyzwolić, ale uraz już na zawsze pozostał, po prostu teraz boję się wody, chociaż wiem, że gdy się na niej spokojnie położę i nie będę wykonywała ostrych ruchów, ona mnie utrzyma na powierzchni, zgodnie zresztą z prawami fizyki (coś tam było o wypieraniu ciała przez wodę, prawda???)
Ale nie uprzedzam faktów, dopiero na miejscu przekonam się, czy odwaga do mnie powróci, bo możliwe, że nawet będą tam zajęcia w basenie, tzw. ćwiczenia, bo na takie w innych sanatoriach chodziłam.
Chociaż, po prawdzie, wolę sobie popływać, a nie tylko machać rączkami, czy nóżkami, zwłaszcza gdy wiem, ze jest odpowiednia opieka, co prawda już nie mojej Mamusi, ale wyuczonego w tym kierunku ratownika, który będzie bardziej odpowiedzialny, niż tamten na tym nieszczęsnym basenie sprzed kliku lat.
Tak więc dzisiaj czeka mnie pracowity dzień, muszę jeszcze niewielką przepiórkę zrobić i…przede wszystkim duchowo do wyjazdu się przygotować.
A tu wciąż mam mieszane uczucia.
Prawda jest taka, że właściwie bardzo dawno nie wyjeżdżałam nigdzie z tego zakopconego, pełnego smogu Krakowa, no może poza kilkakrotnego wyjazdu do Modlnicy, ale właściwie jest to przedmieście Krakowa, więc znacznej zmiany klimatu raczej nie zaznałam.
Przydałoby się więc nieco moje płuca nieco przewietrzyć i w sumie jakichś nowych radosnych chwil przeżyć.
Ale nie wiem dlaczego, mam jakieś obawy, czy dam sobie całkiem sama radę w tym nowym środowisku, bo nie dawno nie było to jeszcze żadnym problemem, często sama sobie wyjeżdżałam na jakieś wczasy, czy leczenie sanatoryjne, teraz nie wiem czemu, czuję się nieco zagubiona…..
Czyżby mój wiek jakieś obawy w moim mózgu zasiał??? Bo mam nadzieję, że to nie złe przeczucia?
Bo ostatnie moje wyjazdy zawsze były już rodzinne, czyli zawsze wiedziałam, że mam przy sobie kogoś, na kim polegać będę mogła, tu będę polegała tylko sama na sobie.
Ale przecież nie będzie tak źle, skoro zostanę zwieziona i przywieziona. Gorzej pewnie będzie, gdy dostanę normalne, regularne sanatorium na przykład nad morzem i będę już wtedy samotnie musiała wybrać się w taką daleką podróż. Przecież nie odmówię takiego leczenia, skoro już dwa lata na nie czekam.
Nie, niepotrzebnie stresuję się już na zapas, co będzie, to będzie.
Czyli: niech się dzieje co chce, ze mną nie może być źle!!!!!
A mój wyjazd do Wisły muszę potraktować jako swoisty test przed kolejnym, już tym razem NFZ-skiem wyjazdem gdzieś dalej.
W sumie przecież potrafię poruszać się po mieście autobusem, tramwajem, robię niedługie, ale zawsze jakieś tam przechadzki, dlaczego z tym wyjazdem miałabym sobie nie poradzić?
DO ODWAŻNYCH ŚWIAT NALEŻY!!!!
Tylko gdy człowiek sobie coś do głowy wbije……..
Ale wracam jeszcze raz do dzisiejszego dnia, do tego nieco chłodniejszego piątku, ale chociaż tam a oknem deszczyk pada myślę, że niedługo już dobra, słoneczna pogoda powróci i znów będziemy cieszyć się wspaniałą wiosną.Tylko bocianków mi żal……..
Miłego piątku