Tak jak obiecałam, kolejny wpis już jest z mojego rodzinnego Krakowa.
Późno, bo późno, ale najpierw musiałam nieco po powrocie się ogarnąć, zanim do kompa usiadłam.
Ostatnie spojrzenie z tarasu sanatorium Jubilat we Wiśle. eleganckie auto z Darią za kierownicą po mnie przyjechało, to trzeba było siadać, nic nie gadać, tylko do domeczku powrócić, dosyć tego świątecznego rozpasania.
Droga zleciała mi całkiem przyzwoicie, trzeba przyznać, że Darka jest bardzo dobrym kierowcą, jedzie odważnie, ale ostrożnie, nie nadużywała zanadto prędkość nawet na autostradzie, chociaż 100 -120 na godzinę pędziliśmy.
Tylko w tym wygodnym Suzuki nawet bardzo tej prędkości nawet nie czułam, więc mój system obronny przed prędkością nawet się nie włączył.
Maciek wie, o co chodzi, a innym tłumaczyć nie będę, bo to sprawa taka nieco wstydliwa, po prostu niezbyt wtedy przyzwoicie się zachowuję, ale to jest silniejsze ode mnie.
Ne mogę powiedzieć, z Maćkiem też mi się w tamtą stronę świetnie podróżowało, też nie odczuwałam lęku. Nie, żebym się akurat podlizywała, bo pewnie kiedyś jeszcze z ich grzeczności na pewno korzystać będę, ale taka jest prawda.
Ale jednak bezpieczniej lepiej nie krytykować zaprzyjaźnionych kierowców, prawda?
A w Krakowie, ledwo wysiadłam z samochodu i kilka kroków zrobiłam, już mi się tak po krakowsku w głowie zakręciło i od razu poczułam się że jestem u siebie.
Co jednak znaczy się przyzwyczajenie do krakowskiego smogu, nieprawdaż?
To tak, jak w tym kawale, kobieta podczas spaceru po nadmorskim molo nagle zasłabła i trudno było ją docucić, ale gdy sprawdzili, że pochodzi ona z Krakowa, od razu do rury wydechowej ją podłączyli i po chwili szybciutko otrzeźwiała.
Żarty na bok, ale chyba coś w tym, chociaż drobinkę, musi być prawdy.
Podsumowanie mojego pobytu:
Nie było tak źle, żeby gorzej być nie mogło.
Jedyny mankament to kłopoty ze spacerami, ale znalazłam sobie „produkt zastępczy”, czyli małe ścieżki wokoło sanatorium, ławeczki na polanie i wspaniały taras, gdzie można się było wystawić do słonka, gdy wietrzyk był nieco bardziej dokuczliwy, bo taras wiatr skutecznie ograniczał.
Tapczanik był bardzo wygodny, z mięciutkim materacem, taki sobie własnie muszę kupić do własnego tapczaniku, będzie mi wygodnie tak, jak w Jubilacie. Musiał być chyba wygodny, skoro am znakomicie całe noce przesypiałam i budziłam się rano bez bólu rąk nóg i kręgosłupa.
Zresztą pomogły mi w tym też zabiegi, chociaż ich sporo nie było, a jednak trochę mi bóle użyły. Pewnie gdybym tam posiedziała jeszcze dłużej, byłabym taka zdrowa, że na piechotę przyleciałabym do tego Krakowa 🙂
Trochę dokuczała ta wspólna łazienka, zdarzało się, że pani na przykład wchodziła bez pukania, mimo, że paliło się w niej światło i szumiała woda, znak, że ktoś jest wewnątrz, ale pod koniec ciut się polepszyło, nawet miałam „kawałek łazienki” dla siebie, pewnie pani podsłuchała, jak na nią się przez telefon skarzę
Ale grzeczna byłam, ładnie się z panią dzisiaj rano pożegnałam, życząc jej miłego pobytu, bo pani jeszcze tydzień w sanatorium pozostanie.
Dzisiaj przyjedzie nowy turnus, niech więc teraz przez ten tydzień ktoś inny z nią się męczy 🙂
O jedzeniu nie będę wspominała, bo już pisałam, że było pysznie i było go (za)dużo, dzisiaj już obiadek musiałam przygotować sobie sama. Nie był może taki obfity jak w Jubilacie, ale i tak mi smakował.
W sumie mogę powiedzieć, że nie jestem całkowicie niezadowolona, musiałam tylko do nowych warunków się przystosować, ale następny sanatoryjny pobyt będę na wszelki wypadek planowała gdzieś „w dolinkach”, cobym w kozicę górską bawić się nie musiała 🙂
Wczorajszy urodzinowy dzionek spędziłam bardzo miło, a jakże, było nawet „picie”, co prawda była tylko Cisowianka, ale dobre i to.
Nie czułam się samotnie, bo długo rozmawiałam z bardzo miłym starszym małżeństwem i wiele ciekawych, interesujących mnie tematów poruszaliśmy, mam teraz spory temat do przemyślenia i do zrealizowania w najbliższej przyszłości.
Oczywiście odbierałam telefony, smsy i życzenia urodzinowe od Rodziny i nie tylko, ale najbardziej wzruszył mnie malutki filmik nagrany przez Dianę i Ksawra, na którym składają mi życzenia, a moja Kochana Zelda posłała mi najwspanialszy pod słońcem uśmiech, od ucha do ucha.
Już niedługo będą pierwsze urodziny Zeldy, więc będę mogła odwzajemnić się jej pięknym uśmiechem, słodkim całusem i……. tajemnica….ale prezent już jest zamówiony…..
Przez ten ostatni tydzień, gdy nie było mnie w Krakowie, mój Park bardzo się zazielenił, jest cudownie, ale jeszcze na razie fontanna nie działa no i kaczuszek jeszcze wciąż nie ma.
Zapowiada się teraz śliczny, gorący czas, pewnie więc na „majówkę” kaczuszki znów zamieszkają w krakowskim Parku.
Już nie mogę się doczekać….
Życzę pięknych, słonecznych najbliższych dni i sporo wiosny na dworze i w naszych sercach.