
Tyle nam dni jeszcze do pożegnania pozostało.
Nie, nie tak całkowicie, tylko niestety tu, na blox.pl
Jakże mi smutno, jak wciąż nie mogę uwierzyć że to jest prawda.
Co prawda zadomowiłam się już trochę na home-bloxie, ale (przeradzam) wciąż nie czuje się tam „u siebie”
Przypomina mi się moment, gdy musiałam przeprowadzać się z ul. Smoleńsk na moje nowe miejsce zamieszkania i czułam wtedy pewne zagrożenie, jakiś zamach na mój spokój.
Pewnie, że trudno to porównywać z obecna sytuacją, ale również czuje pewien niepokój, chociaż na nowym miejscu jestem już prawie 2 miesiące.
Okazało się, że zmiana mojego miejsca zamieszkania wyszła w sumie mi na korzyść, ale czy przejście z bloxu na home też będzie da mnie i dla moich Blogowiczów korzystne????
Czas pokaże, pewnie trzeba będzie się przystosować do nowej strony, ale wciąż mam jakieś dziwne odczucie, ze jednak blox ugnie się pod, może nie presją, ale pod prośbami stałych blogowiczów i jednak pozostanie przy dotychczasowej usłudze „dla ludu”
Bo może im też trudno będzie się rozstać z bardzo ciekawymi, niektórymi wpisami?????
A może jednak jestem naiwna???????
A dzisiaj mamy sobotę, rozpoczęty weekend i oczywiście tradycyjnie pogodowe załamanie.
Po prostu jest chłodno, pada deszczyk, czasami nawet deszcz.
A jeszcze wczoraj siedziałam sobie do słoneczka w moim pięknym Parku i cieszyłam się pięknem przyrody, mimo, że wciąż kaczuszek jeszcze nie ma w stawie, gdzie fontanna już funkcjonuje.
Bo rzeczywiście ta świeża soczysta zieleń jest bardzo kojąca nie tylko dla oczu, ale także i dla duszy, w tym obcowaniu z przyrodą daje pojęcie jakiejś radości, jakiejś odnowy, dodaje chęci do życia, do tworzenia, do wewnętrznej odnowy.
Bo człowiek, podobnie,jak ta przyroda od nowa do życia się budzi i ma przez to więcej wigoru, zwiększona chęć pełnego uczestnictwa we wiosennych przemianach.Wtedy rodzą się chyba najpiękniejsze plany życiowe, inna sprawa, że nie koniecznie potem realizowane.
Nie zawsze jednak pogoda musi dopisywać , chociaż teraz, gdy ludziska na wojaże ze świeżym powietrzem się wybierają bardzo by się to przydało.
Wracam wspomnieniami do mych moich dziecinnych lat, gdy z rodzicami w taką wiosenną sobotę, czy w niedzielę wyjeżdżaliśmy do Zawoi, a czasami na jakieś wycieczki krajoznawcze. Nie wiem czemu, przypomina mi się tak wycieczka w ruiny zamku , już nie pamiętam w Tenczynku, czy w Ogrodzieńcu, gdzie urządziliśmy sobie rodzinny piknik z Rodzicami, z Anią, z Krzysztofem, była tam też wtedy Tamta mama i Panna Anusia, czyli Adzik, nawet nie wiem, czy nie była też z nami kuzynka Marysia z mamą – taka jakaś migawka z tamtej wyprawy gdzieś w mojej pamięci postała, ale byłam wtedy szczęśliwa.
Po śmierci Mamy, zawsze z Tatą robiliśmy długie, piesze wycieczki (wtedy jeszcze je lubiłam), zawsze dla mnie bardzo ciekawe, bo wiele na nich od Taty. który świetnie rozpoznawał wszystkie roślinki, drzewa, ptaki, mogłam się nauczyć.Tata był osobą bardzo zapracowaną, ale bardzo lubił przeznaczać wolny czas na spacery po lesie, po łąkach, czasami były to też wycieczki po Krakowie, również dla mnie bardzo cenne, bo wiele o krakowskich zabytkach, krakowskie architekturze od Taty się na niej dowiadywałam. Nigdy żadna wyprawa z moim Tatą nie była nudna, zawsze można było wiele nowych wiadomości osiągnąć.
Zresztą mój Tata zawsze był wspaniałym przewodzikiem, dzięki niemu poznałam na przykład Paryż, który dla niego był drugim ważnym miastem na świecie, skoro w nim wiele lat spędził. Tata wywoził nas metrem w najdalsze zakątki Paryża, aby potem, wędrując paryskimi ulicami, poznać najważniejsze jego zabytki, najważniejsze zakamarki. Taka wędrówka trwała na ogół cały dzień, tak więc dopiero wieczorem, zmęczeni, wracaliśmy do hotelu, by od rana znów pojechać w inna stronę Paryża i znów chodząc, zwiedzać.
Może dlatego tak niedawno przeżyłam wielki ból na wiadomość o pożarze Katedry Notre Dame, przypominałam ją sobie z wędrówek z moim Tatą i to dwukrotnie, pierwszy raz w Paryżu byłam z Tatą i Rodzeństwem gdy byłam jeszcze dzieckiem (wtedy nawet, jak pamiętam, lekko upiłam się winem podanym do obiadu u profesora Baclessa , bo nikt podczas rozmów nie zauważył, że dziecko też po wino po cichu sięgnęło ), drugi raz byłam już jako
17- sto latka , z Tatą i jego drugą żoną Felą. Po wczesnym śniadaniu w hotelu, wyruszaliśmy na całodniową wyprawę po Paryżu, ile ja wtedy zwiedziłam ciekawych miejsc.
Jeszcze w mej pamięci pozostają ; właśnie katedra notre Dam, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, wszystkie bardziej znane place i ulice Paryża, Hotel Inwalidów, który jest Muzeum, w którym mieści się grób Napoleona, oczywiście Luwr i wiele innych miejsc.
Pamiętam też piękną wyprawę do Wersalu, gdzie już po zwiedzaniu zasiedliśmy ze znajomym Francuzem w restauracji, gdzie po raz pierwszy podano nam ślimaki. Jak pamiętam, miałam straszne wątpliwości, jak tego małego robaczka z muszli wyjąc i potem go w dodatku rozgryźć i zjeść.
No i te piękne spacery po malowniczym, pełnym bukinistów wzgórzu Montmartre, skąd są piękne widoki na cały Paryż,a gdzie na jego szczycie króluje biała Katedra Cakre – Coeur .
Piękne czasy, to już niestety się nigdy nie wróci, nigdy nie zasiądę w malutkim kawiarnianym ogródko na środku ulicy Paryża ( a pełno tam ich wkoło), nigdy nie wejdę do malutkiej piekarni, w której sprzedają bardzo chrupiącą bagietkę , czy do małego sklepiku z bardzo śmierdzącym, francuskim serem typu brie, czy camembert.
Nasze polskie sery tego typu nigdy do tych francuskich się niestety nie umywają.
I co ciekawe, im bardziej ten ser jest dojrzały i bardziej miękki i brzydko pachnący, tym jest smaczniejszy.
Ach, aż ślinka mi na to wspomnienie mi leci.
Jedno co mi się nie podobało, to te liczne stragany na ulicach, na tych rozłożonych licznie straganach, małych, czy dużych, można było kupować wszystkie owoce morza i wspominam z niesmakiem też budki z pieczonymi kasztanami ( nie tylko na placu Pigalle).
Ciągle siłą stamtąd musiałam odciągać mego Tatę, by nie nakupował kasztanów, czy jakichś obrzydliwych muli, czy ślimaków.
Miał rację mój Tata mówiąc: patrz i zapamiętaj wszystko, bo już nigdy do Paryża nie powrócisz.
Zresztą teraz na pewno nie miałabym tyle siły, aby zwiedzić całe to piękne miasto jak kiedyś, na własnych nogach, na piechotę.
Ale na szczęście póki co, pozostają mi jeszcze wspomnienia, może troszkę już czasem zatarte, ale wciąż w moich pięknych wspomnieniach żywe.
Rozmarzyłam się troszkę w ten sobotni poranek.
Mam nadzieję że każdy z Was pielęgnuje w swojej pamięci też swoje piękne wspomnienia z tamtych dawnych, dobrych lat, co szczególnie ważne jest dla osób starszych, które w ten sposób, gdy dopadnie ich szarzyzna codzienności i pewnego ograniczenia z racji wiek, braku zdrowia, czy też ze względów materialnych, mogą do tamtych szczęśliwych at powrócić i przezywać je raz jeszcze od nowa.
A na dzisiaj życzę Wszystkim miłej i spokojnej soboty jeżeli już nie koniecznie przy pięknej słonecznej pogodzie, ale przynajmniej w miłych okolicznościach budzącej się do życia przyrody.