
Biorę dzisiaj swoją walizkę i wracam do Krakowa.
I nie będę tu dzisiaj nic ani zapeszać, ani nie zapeszać, dzisiaj najpierw kąpię się w nowej łazience i potem śpię w swoim własnym łóżeczku i już!!!!!
Przynajmniej tak wczoraj obiecał mi pan Wojtek, mam nadzieję, że nic już wydziwiać więcej w tej łazience nie będzie, najwyżej jakieś drobiazgi można sukcesywnie uzupełniać, a tych i tak już nie wiele zostało.
Najważniejszy „mebel”, czyli kabinka już ustawiona, na mnie podobno czeka, ściany i podłoga też już wyflizowane, szafki i lustro wiszą, nowy klozecik też wisi, co więcej mi do szczęścia potrzeba?
Teraz tylko czeka mnie odbiór usługi, jej akceptacja (czego jestem pewna), no i ta trochę mniej przyjemna część „rozrywki”, czyli kasiorka, którą muszę wypłacić, a dokładnie uzupełnić, bo już spora część kasy z mojej kieszeni na ten cel sukcesywnie wylatywała.
Mam nadzieję, że się nie przeliczyłam w moim odłożonym na ten cel kapitale, jakby co, zawsze mogę na pożyczkę Rodziny (chyba) liczyć.
Tak ogólnie nie wygląda to źle, ale prawdy się dowiem po dokładnym rozliczeniu z panem Wojtkiem, bo trzeba przyznać, że sporo dobrej roboty w tę łazienkę włożył, co udokumentował na zdjęciach, robionych w trakcie remontu, fotografował każdy etap swojej pracy.
A za dobrą, solidną robotę trzeba też solidnie zapłacić, z czego sobie przecież zdawałam sprawę przed rozpoczęciem prac.
Z tym, że tu jeszcze w paradę wszedł mi remont zlewozmywaka w kuchni, co jak pisałam już, nie było to moim kaprysem, a raczej przymusem, bo niebezpieczeństwo pęknięcia rury w kuchni i zalanie całego mieszania wisiało na włosku.
Tak to niestety dzieje się w wiekowej kamienicy, że rury po latach korodują, a poprzednia ekipa remontowa po prostu tego nie dopilnowała.
Najchętniej jeszcze zmieniłabym ogrzewanie w mieszkaniu na takie panelowe, ale niestety na taki remont, jakby nie było cudzego mieszkania, to mnie nie stać.
Więc nie narzekam, dobrze jest, jak jest, w końcu te zimy na szczęście nie są okropnie mroźne, no chyba, że ktoś uparcie pozostawia otwarte drzwi na oścież, zarówno na ulicę, jak i na podwórko, wtedy u mnie w mieszkaniu umieszczonym na parterze przecież, robi się przewiew i związana z tym lodownia, więc pędzę szybko te drzwi zamykać i czekam, kiedy mieszkanie nieco się ogrzeje, czasami są z tym kłopoty, bo grzeją tylko 2 razy dziennie i muszę czekać aż do nocy, gdy piec elektryczny się troszkę rozgrzeje.
Przynajmniej tu u Magdy jest cieplutko i nie muszę spać w skarpetkach, jak w domu.
No ale na szczęście mam ten kocyk elektryczny, którym rozgrzewam sobie pościel przed pójściem spać i wskakuję wtedy do ciepłego łóżeczka.
A teraz znów wracam do swojego chłodnego raczej mieszkanka, zwłaszcza, gdy temperatury na zewnątrz oscylują poniżej zera, ale nic to, włączę silniejsze ogrzewanie na te chłodniejsze noce, przynajmniej w pokoju i będę czekała do wiosny, wszak ona już całkiem niedługo ma nadejść.
Tak więc widzicie, znów jestem pełna optymizmu i niecierpliwie czekam do późnego popołudnia, co z tego mojego dzisiejszego optymizmu wyniknie.
Pan Wojtek zapowiedział się między godziną 16 – 18 i mam nadzieję, że tym razem już nic mu w paradę nie wejdzie.
Mamy razem autkiem wrócić na Szymanowskiego i……… celowo nie posyłał mi już zdjęcia całej nowej, wykończonej łazienki, bo mam dopiero na miejscu oniemieć z zachwytu, tylko już zapowiedziałam panu Wojtkowi, żeby stał w pobliżu, gdy będę mdlała z wrażenia, ktoś mnie przecież musi wtedy chwycić, bym nie upadła i sobie głowy nie rozbiła.
Będzie dobrze, a nawet świetnie, czuję to przez skórę.
Już prawie cała Rodzina i sporo znajomych osób dopytuje się, kiedy ujawnię zdjęcia z tej mojej nowej łazieneczki.
Oczywiście, mam nadzieję, że już jutro wieczorem pokażę ją najpierw na Facebooku, a w poniedziałek rano zamieszczę zdjęcie tu, w moim blogu.
Gdy oblewa się nowe mieszkanie, nazywa się to parapetówka, a jak nazwać oblewanie nowej łazienki? chyba łazienkówka?
No to zapraszam wszystkich chętnych na łazienkówkę, trunki już czekają!!!!
Chociaż……..wiadomość z ostatniej chwili: wynikły jakieś perturbacje z rurą gazową w łazience, trzeba było znów usunąć płytki, znaleźć miejsce nieszczelności rury gazowej, zabezpieczyć i na nowo kłaść te zdjęte płytki, co znów przedłuża czas mojego powrotu.
Czyżbym dzisiaj jednak miała nie pojechać do Krakowa?
Co za licho mieszkało w tej łazience, że tak wszystko na opak idzie z tym remontem???????? Ale na całe szczęście pan Wojtek jest taki dokładny i staranny, że na żadna fuszerkę sobie nie pozwala. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik.
Mam nadzieję, że do wieczora pan Wojtek upora się z tymi kłopotami i uda mi się jednak dzisiaj do domu wrócić, chociażby po to, by podziwiać łazienkę, a kąpać najwyżej będę się mogła ewentualnie jutro.
Najwyżej ogłoszę DZIEŃ BRUDASA :- )
Kłopoty, kłopoty, ale jakie smutne, a przede wszystkim nudne byłoby to życie, gdyby nic się ciekawego nie działo.
Zawsze są jakieś atrakcje życia.
No dobra, resztę łazienkowych sensacji zamieszczę jutro.
Dzisiaj cieszę się niedzielą i ….oczekiwaniem na Godota.
Też życzę wszystkim miłych niespodzianek niedzielnego dnia, może nie koniecznie podobnych do moich, ale wesołych i pełnych uśmiechów.