Popatrz Uleczko…..

……… ile róż na dzisiaj dla Ciebie przygotowałam 🙂
Bo każda środa to nasze święto – prawda? Twoje i moje, ale również i tych, którzy też róże uwielbiają.
Więc serdecznie Cię dzisiaj Uleczku pozdrawiam i tylko Ci powiem, że już czekam na ten ogród pełen róż w Modlnicy, gdy będę szczęśliwa i będę mogła nie tylko sycić ich pięknem swoje oczy, ale również będę je mogła na swoich zdjęciach uwieczniać.
Bo potem, gdy przychodzi czas, gdy róże w zimowy sen zapadają zawsze na swoje fotografie mogę sobie spojrzeć i co prawda jest to tylko taki mały erzac, ale musi on przynajmniej na ten bez róż czas wystarczać.
Tak jest i teraz, za oknem w moim Parku śnieg leży, ba, cały ogród Magdy też spowity jest w śniegowej pierzynce, co prawda wiem to tylko z filmików, które mi Magda posyła, bo i zimowy i cowidowy klimat na moje wizyty w Modlnicy nie pozwalają, ale…. jesteśmy już co raz bliżej chwili, gdy całkiem realnie na różanych krzewach te kwiaty się rozwiną.
No to co Uleczku?, samych szczęśliwych godzin aż do następnej naszej środy Ci życzę. No i byle do wiosny !!!!!!

A dzisiaj dla mnie jest ta szczególna środa, bowiem dzisiaj wraz z Magdą na drugie przeciw covidowe sczepienie jadę.
Przyznam się, że nieco mam obawy, nie, nie boję się samego szczepienia, tylko tej poszczepiennej reakcji, bowiem już po pierwszej dawce mój organizm może już trochę tych przeciwciał wyprodukował i może przyjść reakcja podobna do tej, gdybym się z prawdziwym wirusem spotkała.
Oczywiście ta reakcja dla każdego może być całkiem inna, to zależy od siły i od indywidualnej możliwości każdego z nas, na pewno jednak w porównaniu ze spotkaniem z tym prawdziwym wirusem, jest ona jednak cząstkowa., ale zawsze taka reakcja większa, czy mniejsza może nadejść.
Wierzę w swój organizm, który co prawda jest nieco schorowany, ale drugiej strony, która osoba w moim wieku jest pozbawiona jakichkolwiek chorobowych jednostek?
Na wszelki wypadek zaopatrzyłam się w APAP , który jest świetnym panaceum na wszystkie inwazję grypowych i grypo podobnych wirusów, w tym również prawdopodobnie i na tego zdradzieckiego wirusa z koroną też.
Najwyżej wpakuję się do łóżka na cały dzień i postaram się go przespać, bo jednak sen jest najlepszym lekarstwem na wszystkie choroby.
Zresztą wczoraj miałam taki pieski dzień, nie mogłam spać poprzedniej nocy, późno zasnęłam, ale już po godzinie trzeciej rano byłam na nogach. Bardzo męczące są takie noce, a potem po nich następuje taki rozmemłany dzionek. Niestety co jakiś czas taka noc mi się akurat przytrafia i pewnie dlatego nawet wczoraj nie miałam siły na jakiś porządny wpis do mojego blogu. Dzisiaj postarałam się to naprawić.
A apropos „PIES”, wczoraj było święto tych czworonogów, które mi kiedyś w mojej codzienności towarzyszyły „Niezapomniany Frico, mieszaniec, ale niestety długo u nas nie był, bardzo mnie kochał, ale namiętnie uciekał z domu, gdy mnie tam nie było, pewno mnie szukał, a gdy tylko zobaczył, że nadchodzę, natychmiast, bez zdania racji, łapał za łydkę pierwszą osobę, która mu się pod pysk nawinęła. Niestety trzeba było go oddać, bo zrobił się niebezpieczny dla otoczenia ( i rodziny też).
Po nim były już kolejno trzy bokserki Ata, Tina i Kaja.
Ata przyszła do nas jako już nieco starszy pies, po prostu właściciele przeprowadzali się na nowe mieszkanie i szukali jej dobrego miejsca. Oj, niezwykle mądra to była sunia, (chociaż bez papierów, ale jak najbardziej rasowa), szkoda, że tylko nie umiała mówić, bo rozumiała dokładnie wszystko, co się do niej mówiło. Jedna jej „wadą” była wprost wściekła nienawiść do kotów i kilka własnie kotków na sumieniu niestety miała.
Nie miała dla nich żadnej litości i mimo mojej interwencji i nakazowi „Ata, zostaw”łapała takiego nieszczęśnika, za gardło i …. nie, nie będę dalej metody popełniania zbrodni w wersji Aty opisywała, bo to było straszne, kot nie miał żadnych szans, no chyba, że udało mu się gdzieś wysoko na drzewo wleźć, ale i wtedy Ata nie odpuszczała, stała pod drzewem i okropnie szczekała, niestety mimo prób , na drzewo jej się nie udawało też wdrapać, więc tym bardziej się wściekała i naprawdę trudno ją było do tego drzewa z kotkiem odciągnąć.
Niestety pokonała ją straszna choroba nowotworowa, chociaż dożyła sędziwego psiego życia 14 lat.
Bardzo rozpaczałam po stracie Aty i wtedy jedna z moich znajomych, Teresa, stwierdziła, że najlepszym lekarstwem na taki ból jest nowy pies.
No i okazało się, że własnie urodziły się śliczne, rasowe, z papierami bokserki
I w ten sposób zamieszkała u mnie Tina, śliczna, żółta z dużą strzałką na nosie. Ach jakie to były słodkie chwile, gdy o 5 rano malutka Tina łapała mnie ząbkami za nos, nawołując do pobudki i do wspólnej zabawy,
To były piękne wspólnie spędzone 12 lat, niestety też choroba nowotworowa do Tiny się przylepiła i mi ją zabrała. To był czas wspólnych zabaw, spacerów, wyjazdów na wystawy, gdzie zdobywała medale i tytuł championa, czas poznawania wielu nowych Psich i ludzkich Przyjaciół, nie tylko zresztą z Polski.
No i to był czas bokserskich dzieci: pierwszy miot był na literę „SZ”, drugi na literę „K” ,
Bywało w tych bokserskich kojcach wesoło, czasami nawet taki kojec robił się bokserskim ringiem, gdy „młodzież” już dojrzewała do różnych figli i mimo, że sporo było przy nich roboty, bo trzeba było kilka razy dziennie sprzątać ich legowiska, trzeba było najpierw pilnować, czy matka nadąża z karmieniem wszystkich maluchów, bo te silniejsze zawsze jako pierwsze do tych lepszych, bardziej mlecznych sutków przylegały, odpychając konkurencję i trzeba było te słabsze pieski dodatkowo do mamy przystawiać, no a gdy już nieco maluchy podrosły, trzeba było je dokarmiać specjalnym jedzonkiem. Ale wtedy się działo, co prawdy każdy piesek miał własną miseczkę, ale wiadomo, że ta druga miska obok miała lepszą zawartość, więc było przemieszczanie się, wiercenie, moczenie łap i uszów, przewracanie miseczek i trudno czasami było to całe zamieszanie opanować.
Z największym sentymentem wspominam dzień, gdy pieski otwierały oczy i można je było już mięskiem dokarmiać. Skrobałam wtedy polędwicę za drobne wiórki, robiłam kulki z mięsa i każdy piesek był osobno brany na rękę, podstawiałam taką kulkę pod nos i po chwili natychmiast wchłonięta była przez psiego osobnika z taką rozkoszą, jakby nigdy nic lepszego w życiu jeszcze nie jadły.
No a potem przyszedł czas pożegnań ze szczeniaczkami, każdy szedł do swojego nowego domku, pozostawiając mnie z łezką w oczach. Ale tak się składało, że zawsze utrzymywałam kontakt z nowymi właścicielami, tak więc miałam okazję z nimi od czasu do czasu się spotykać, a nawet pamiętam, jak w Parku Jordana, na polanie, urządziłam pierwsze urodziny dla „moich dzieci” – były dwa torty, jeden mięsny dla piesków, drugi słodki dla właścicieli. I oczywiście jedna świeczka też na psim torcie się paliła.
W tym drugim miocie Tiny, na literę „K” jedna sunia jakoś nieco słabiej rozwijała się niż jej bracia i siostry, tak więc gdy przyszła pora, gdy pieski musiały zmienić domek i iść na „psią służbę” do nowych właścicieli, Kaja była jednak coś o 2 kg szczuplejsza, niż pozostałe, więc postanowiłam zostawić ją w domu. Ponieważ akurat były imieniny mojej Siostry, więc zawiązałam Kai czerwoną kokardkę na szyi i wręczyłam tę malutką sunię jako prezent dla Ani.
Tak więc de facto Kaja „papierowo” była psem Ani, ale i tak wszyscy razem mieszkaliśmy na Smoleńsk, więc w domu były dwie sunie : Tina i Kaja, a i tak Kaja jako swojego pana zdecydowanie wybrała Maćka, bo on najczęściej się z nią bawił no i wychodził z Kają na spacerki. No i szybko Kaja nadrobiła wagowe straty, nawet powiedziałabym, że dzięki dokarmianiu przez niezwykle troskliwą Babcię Maćka wykazała się już sporą nadwagą, tak więc gdy stanęła na wystawie na psim ringu, Sędzina pochwaliła śliczny ekstrem Kai, ale poradziła, żeby ją odchudzić, bo z taką wagą raczej nie ma szans na zdobywanie medali..
I tak się skończyła wystawowa kariera Kai.
Potem, gdy Tina już odeszła za Tęczowy Most, pozostała na gospodarstwie tylko Kaja, która co prawda raz miała szczeniaki, a dokładnie jednego nieślubnego szczeniaka, z tym, że tatuś niestety nie był typowym bokserem, Kaja popełniła psi mezalians i urodził się piesek z wyglądu trochę do boksera podobny. Ale i tak udało się dla niego znaleźć rodzinny dom, co prawda po kilku tarapatach, ale piesek też dożył swojego wieku.
Widać choroba nowotworowa to jakieś fatum dla bokserów, bo i Kaja przez tę chorobę w wieku 11 lat za Tęczowy Most odeszła,
I to był koniec mojej przygody z bokserami, potem były jeszcze kolejno dwa bernardyny, Benki, które mieszkały z moja siostrą w Modlnicy, chociaż było kilka miesięcy przed przeprowadzką Ani do Modlnicy, gdy pierwszy Benek wyciągał mnie na spacery na planty na Retoryka, ale to była dla mnie prawdziwa gehenna, bo to był niezwykle silny pies, i prawie każdy spacer kończył się moją wyrywaną ręką, lub zaliczaniem nosem trawnika. No, ale zarówno pierwszy jak i drugi Benek zbyt radosnego życia na działce nie miały, zdecydowanie żyły bardzo krótko i potem Ania, a właściwie jej mąż, Adam, kupił sobie miniaturę sznaucera, Putka, który przeżył i swoją panią i swego pana i potem znalazł swój nowy dom u Maćka, gdzie dożył w psiej szczęśliwości swoich długich psich lat życia i sam zdecydował, kiedy ma odejść za Tęczowy Most.
A ja cóż, nie miałam już siły na wychodzenie na długie spacery z psem, więc sobie tylko za nimi tęskniłam, aż pewnego dnia Monika kupiła francuską buldożkę, Pepę. Pewnie, że to nie był mój pies, ale ponieważ z nimi mieszkałam na Smoleńsk, była ona tak troszkę i moim psem, czasami nawet szłyśmy razem na niewielki spacerek.
Wspominam dzień, gdy się wyprowadzałam ze Smoleńsk i Pepa chyba wiedziała, czuła, że mnie już dłużej przy niej nie będzie, żegnała się ze mną liżąc moje nogi i przytulając się do mnie, to było szalenie wzruszające pożegnanie.
Po mojej przeprowadzce na Szymanowskiego znów zostałam bez psa, chociaż od czasu do czasu Pepa bywa u mnie na przechowaniu przez jakiś krótki czas, ostatnio nawet razem spędzałyśmy Sylwestra, ale niestety podczas jej ostatniego pobytu zrozumiałam, że niestety moje nogi zdecydowanie nie pozwalają na to, żebym przypięta z drugiej strony smyczy, mogła oddawać się spacerom z ciągnącym mnie psem, mój chód jest bardzo niepewny i nie mogę niestety ryzykować.
Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o moim zauroczeniem śliczną Lolą, niestety trwało to bardzo krótko, chyba jeden wiosenno – letni sezon i mimo, że w zeszłym roku jeden raz jeszcze pana Waldemara z Lolą spotkałam w Parku, niestety słuch i wid o nich zaginął, pozostały mi tylko wspomnienia i…. jej zdjęcia na moim telefonie.
A może jednak kiedyś……
Jedną alternatywą pozostaje mi posiadanie kota, owszem lubię koty, ale niestety każdy kot ma tę jedną zdecydowaną wadę : NIE JEST PSEM !!!!!
Takie to są moje życiowe przygody z tymi rozkosznymi zwierzakami, bo przewinęła się jeszcze przez moje życie ulubiona świnka morska o wdzięcznym imieniu Śledź, z którym miałam całkiem niezły nawet kontakt, bo reagował on zawsze piskiem radości na mój widok, oraz ulubiona rybka Oskar, którą nazwałam Felusiem (o dziwo to imię w rodzinie nawet się przyjęło), ale zdecydowanie to psy zawsze odgrywały najważniejszą rolę, zawsze psy sprowadzały na mnie radość i chęć działania.

No rozpisałam się dzisiaj znów pewnie nadmiernie, czyli odrobiłam wczorajsze moje blogowe lenistwo, ale wiem, że są tacy którzy, wolą czytać moje wspomnienia, a nie koniecznie polityczne wynurzenia, od których też trzeba czasem odpocząć.

Nie ważne, czy to jest rasowy bokser, buldożek francuski, czy jakiś mieszaniec, pies zawsze w życiu poprawia nam humor i uczy nas prawdziwej miłości, bo nikt tak bezinteresownie nie potrafi kochać, jak właśnie PAN PIES !!!
Dlatego jeszcze na koniec pozwolę sobie zamieścić śliczny wiersz pana Ludwika Jerzego Kerna, „Cztery łapy” który w całej okazałości pokazuje nam, jak ważną sprawą w życiu jest taka przyjaźń człowieka z psem.
Ten wiersz to cała kwintesencja psiej natury : CZTERY ŁAPY, PARA USZU, OCZY, NOS I OGON.
Nic więcej dodawać nie trzeba !!!!

Już od dawna, od zarania poprzez wszystkie wieki • Ciągną się popiskiwania skomlenia i szczęki • Idą pełne animuszu wspólną z nami drogą • Cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon •

Na tym świecie różnie bywa, zabawnie i dziwnie • Raz jednostka jest szczęśliwa, to znów wręcz przeciwnie • W dżungli życia, w życia buszu zawsze ci pomogą • Cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon •

Mniej tragiczne jest rozstanie, snucie się po kątach • Nawet rozpacz, moim zdaniem inaczej wygląda • Jeśli na kanapie z pluszu leżeć z tobą mogą •  Cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon •

Trochę kaszy, trochę mięsa, trochę tuku w rurze • I już możesz się poświęcać, sztuce lub kulturze • Nie naruszy twych funduszów, złodziej żaden, bo go • Cztery łapy, para uszu, oczy, nos i ogon •

A w ogóle jakoś raźniej, weselej co chwilę • Weźmy taki spacer • Właśnie • Prawda, ile milej iść w zadartym kapeluszu • I czuć za swą nogą • Cztery łapy, parę uszu, oczy, nos i ogon •

I na zakończenie, z okazji Święta Psa pozdrawiam wszystkie psie czworonogi, a w szczególności buldożkę Oli – Żabę, niech im się dobrze na tym świecie dzieje, niech zawsze mają nie tylko pełną miseczkę pysznego jedzonka, ale oddane im zawsze kochające je serca.

Miłej środy 🙂
Idę się szczepić !!!!!!!!