Dzisiaj pewne załamanie pogody. Już wczoraj było to czuć, bo gdy popołudniu siedziałam sobie w Parku już słoneczko mniej grzało, było takie troszkę przymglone. Ale jednak sporo ludzi wczoraj po parku maszerowało, piesków zresztą też, oczywiście Loli nie było i pewnie już nie będzie – nie wiem czemu. ale taka jest rzeczywistość. Oczywiście pani Danusia i pani Lucynka też na ławeczce sobie plotkowały, a z nimi jeszcze jedna starsza Pani, którą od kilku dni codziennie syn do Parku przyprowadza, pozostawia na jakiś czas w tym babskim towarzystwie, a potem po nią przychodzi. Ładnie to z jego strony, przynajmniej starsza pani ma zapewnione w pewnym sensie życie towarzyskie na świeżym powietrzu i nie jest skazana na nie siedzenie w czterech ścianach. Smutne bywa życie takich starszych osób, którzy nie mogą sobie pozwolić na samotne spacery i dobrze, gdy mają koło siebie kogoś, kto och rozumie o pozwala na pewien komfort, chociażby w postaci krótkiego spaceru. Wyraźnie było widać uśmiech na buzi tej pani i radość z przebywania w Parku w towarzystwie sobie podobnych wiekiem osób – cały czas wesoło sobie rozmawiały, śmiały się jakby znów miały po 18 lat. Samotność jest najgorszą chorobą dla osób wcześniej urodzonych, jak to kiedyś pięknie nazwała starsze osoby Daria. One też jeszcze chcą uczestniczyć w normalnym życiu, a tak mało mają ku temu okazji… Na szczęście na razie mnie ten problem nie dotyczy, mam pracę, gdzie moje życie nabiera sensu, bo czuje się wtedy potrzebna, mam Przyjaciół, mam Kazia do wspólnej ławeczki w Parku i do wspólnej herbatki w domu w razie niepogody, no i mam Was wszystkich, do których mogę zaglądać i tu na blogu jak i na Facebooku. No i mam ten wspaniały Park w pobliżu, który mam nadzieję jeszcze przez resztkę wrześniowych i potem październikowych dni będzie mi gościnnością swoją służył. Na razie słonko świeci, może uda się chociaż kilka minut po pracy w Parku spędzić, może deszcz mnie z niego nie przegoni…. Życzę pogody ducha na dzisiejszy dzionek i słonka, bo ono jednak do życia nam jest potrzebne.
Róża, róża, dużo róż i kawusia i smaczne ciasteczko – wszystko to w ten szczególny dzień tygodnia, jakim jest środa, ofiarowuję Uleczce. Niech Ci będzie słodko od samego ranka dzisiaj Uleńko, bo pogoda jest od rana wspaniała i kawusia tak pięknie pachnie i róże też tak cudownie pachną…… A do tego dodaję jeszcze słodkie buziaczki i słoneczne pozdrowienia prosto spod Wawelu, Trzymaj się cieplutko Uleczko, niech żadne zapowiadane chłody i co gorsza deszcze Ciebie nie odstraszą od Twojego bardzo czynnie sportowo spędzanego życia – jak to dobrze, że jeszcze wciąż tyle w Tobie jest energii i radości z takiego własnie trybu życia – mogę Ci tylko tego pozazdrościć, ale tak w życiu bywa, że niektórym ta energia stanowczo za szybko się kończy…. dlatego zawsze Ci dopinguję i nadal dopingować będę Całuski 🙂
A wczoraj niestety nie udała mi się „randka” z panem Bartkiem, Oczywiście stawiłam się w Przychodni na czas, ale pan Bartek nie nadchodził. Odczekałam pół godziny i jeszcze trochę i napisałam mu SMS-a z pytaniem czy zapomniał o mojej wizycie i wtedy okazało się, że Pan Bartek odwołał na ten tydzień wszystkich pacjentów, niestety przez przypadek o mnie zapomniał i całkiem niepotrzebnie przyjechałam do przychodni. No tak, byłam jego nową pacjentką i pewnie nie miał mnie jeszcze zapisanej w swojej pamięci, a najwidoczniej coś pilnego mu wyskoczyło, kto wie, czy nie kłopoty ze stopą, którą tydzień temu skręcił na ulicy. Niestety wszelkie urazy mogą wszystkich dotyczyć, nawet tych, którzy zdrowie innym przywracają. Oczywiście nie byłam z tego powodu szczęśliwa, bo jednak trochę już zaczynam odczuwać z powrotem w moim kręgosłupie podobny ból jak poprzednio, co prawda zdecydowanie w mniejszym stopniu, ale nie poddaję się i nadal próbuję chociaż troszkę dzielnie maszerować, oczywiście odpoczywając wg zaleceń co jakiś czas na ławeczce. RAZ, DWA, LEWA, RAZ, DWA, LEWA i krótki odpoczynek. Jeszcze muszę ten tydzień jakoś przeczekać, potem będzie już tylko lepiej. Przynajmniej mam taką nadzieję. Jednak postanowiłam, że przynajmniej na jakiś czas porzucę myśl o poruszaniu się przy pomocy laski, nie chcę się do niej przyzwyczajać, mimo, że pewnie by mi w tej chwili bardzo pomogła. Wczoraj Magda Italiana zasugerowała mi, że mogłabym jeszcze poruszać się przy pomocy baloniku, który przy kłopotach z kręgosłupem jest bardzo pomocny, ale stanowczo taką myśl odrzuciłam, niestety w mojej sytuacji, gdy jeszcze muszę dojechać autobusem do pracy, czy sama robić zakupy, miałabym z takim balkonikiem tylko same kłopoty, a już pomijam fakt, że jego używanie bardzo deprymująco działały by na moją psyche. Muszę na razie, póki się da, zawalczyć rehabilitacją i spacerami, może mi się uda jednak uciec od całkowitego kalectwa? A potem zrobiłam malutkie zakupy (chlebek i śliweczki) i oczywiście poszłam chwilę odpocząć od stresów w Parku. No i jest sensacja – parkowe LOVE STORY – którego niechcący stałam się główną bohaterką. A wszystko to przez dwie wścibskie starsze baby, które, jak się okazało, z zazdrością od pewnego czasu obserwowały moje spotkania w Parku z Kaziem. Nawet nie przypuszczałam, że jesteśmy pod ich obstrzałem, ale…. No tak, baba zawsze pozostanie babą, mimo wieku będzie o inna babę zazdrosna – takie jest prawo dżungli, gdyż niestety kobiet zawsze jest więcej niż mężczyzn, więc trzeba mieć się zawsze na baczności. Dlatego wczoraj pani Danusia trochę zjadliwie mnie spytała „pani tak sama siedzi na ławeczce?” i chyba się zdziwiła, gdy odpowiedziałam, że tylko chwilowo, bo na kogoś czekam. I rzeczywiście, gdy po chwili Kaziu pokazał się na horyzoncie, panie dosyć niekorzystnym wzrokiem nas obrzuciły, po czym jak gdyby nigdy nic powróciły do swoich plotek. Siedzieliśmy na ławce obok, więc nie bardzo mogły głośno nas obgadywać, ale przypuszczam, że gdy już ławkę obie panie opuściły, nie zostawiły na nas suchej nitki. Pewnie padły słowa: „patrz pani, taka gruba, taka stara, pogarbiona, a przystojnego, postawnego Kochasia sobie przygruchała” Nie musiałam wcale tego słyszeć, to było napisane na ich twarzach. No co tu mówić, panie też nie były dzierlatkami i też jedna z nich była całkiem sporych rozmiarów, a druga już całkiem leciwego wieku, ale skoro one nie mogły sobie nikogo przygruchać, to jakim prawem miało się mi to właśnie zdarzyć 🙂 Tylko obie panie nie wiedziały o jednym – nasza przyjaźń z Kaziem trwa już od 46 lat, co prawda było kilka małych przerw w naszej znajomości, ale jednak ona przetrwała i niech trwa jak najdłużej. Zawsze miło jest, gdy może nie całkiem obok, ale w sumie w niewielkiej odległości jest ktoś serdeczny, na kim można polegać i ktoś, kto usiłuje nas zrozumieć, chociaż nie zawsze we wszystkim musi się z nami do końca godzić. Każdy z nas ma na pewne sprawy swoje własne zdanie, sztuką jest własnie to, by mimo tego znaleźć wspólną płaszczyznę, przez jakieś ustępstwo czy nawet przyznanie racji drugiej osobie. Taka właśnie powinna być przyjaźń, niekoniecznie ślubną obrączką uwieńczona. Grunt, żeby była stała i nie udawana. A te dwie panie z Parku, pani Danusia i pani Lucynka niech nadal sobie będą zazdrosne, wcale nie mam zamiaru im niczego tłumaczyć, niech sobie żyją w swoim świecie fantazji o naszym związku. A my nadal z Kaziem będziemy spotykać się i sobie gruchać na ławeczce – tym bardziej nie mogę dać satysfakcji tym dwom babom, które pewnie z wyższością by się na mnie zaczęły patrzeć, gdybym zaczęła chodzić przy pomocy laseczki, czy baloniku. Co to, to nie, ich niedoczekanie 🙂
No to już jesteśmy po pierwszej połowie września, ach, nieznośnie szybko ten czas ucieka, na szczęście wciąż w moim Parku jest zielono, chociaż gdzieniegdzie już żółte listki na drzewach się pokazują. Jeszcze dzieciaczki korzystają z pięknej pogody i na Placu Zabaw sobie baraszkują, wesoło pokrzykując, tylko jakoś szybciej już zmrok zaczyna Park spowijać. Jeszcze niedawno o godzinie 19 słonko jeszcze świeciło, teraz już zaczynają się lampy parkowe o tej godzinie zapalać…….. smutno jakoś mi się na duszy robi, znów trzeba będzie długo na wiosnę i na lato czekać……. Ale przynajmniej na długie zimowe wieczory pozostaną mi wspomnienia z tego lata i piękne zdjęcia, które jeszcze nie tak dawno w Kudowie robiłam. Ach te palmy………….trochę żal mi tamtych widoków…… Szkoda, że Kudowa jest tak daleko od Krakowa……
Życzę bardzo przyjemnej, pełnej słonka środy, bo podobno od jutra ma pogoda się nieco popsuć i nawet deszczyk może do nas zawitać, a już na pewno temperatura powietrza wydatnie spadnie i to nawet o połowę. Ale co tam już dzisiaj będziemy się jutrem martwić, dzisiaj ma być wesoło, słonecznie i radośnie, wszak dzisiaj mamy moją i Ulki ulubiona środę 🙂
Dzień jak zwykle od kawki rozpoczęty, potem śniadanie, potem… Zapowiada się znów pięknie słoneczny dzionek, jeszcze dwa dni, może trzy….a może Pogodynka się pomyliła? Wczoraj miałam dosyć intensywny dzionek, po pracy kilka załatwień i to wszystko na własnych nogach, co dzisiaj czuję, bo kręgosłup trochę mi nawala, ale nie szkodzi, wszak dzisiaj mam umówioną wizytę u mojego Cudotwórcy Bartka. I tak przez tydzień mogłam chodzić normalnie a nie zgięta w pół po ulicy i to już jest moje małe zwycięstwo, a będzie jeszcze lepiej, głęboko w to wierzę. Codziennie podziwiam panią doktor Halszkę, która mimo swoich 90 lat z laseczką codziennie Park przemierza, też biedna zgięta w pół, ledwie włócząca nogami, a jednak idzie, pomalutku, ale idzie. Fakt, ma wsparcie w postaci ramienia swojego męża, to jest bardzo ważne, zresztą wczoraj dowiedziałam się, że ta para już tak pod ramię chodzi ze sobą ponad 60 lat, tyle lat minęło od ich ślubu i ciągle są razem, jakie to wspaniałe !!! Ale ta wytrwałość pani Halszki mnie dopinguje, skoro ona może, to pewnie i ja mogę chodzić w miarę normalnie, oczywiście na tyle, na ile mi kręgosłup będzie pozwalał. No cóż, są zmiany, które niestety nie zginą, ale trzeba robić wszystko, by jednak się uruchamiać. mimo, że nie mam koło siebie wsparcia w postaci silnego męskiego ramienia 🙂 Na rower zdecydowanie się nie nadaję, na hulajnogę też raczej nie (mam kłopoty z utrzymywaniem równowagi), trzeba więc inaczej nogi swoje trenować. Co prawda jeszcze od czasu do czasu wspomagam się taksówką, ale tylko wtedy, gdy muszę być na miejscu szybko, albo gdy nie wiem, jak gdzieś trafić, ale staram się jednak trzymać fason. Trochę się obawiam tego czasu, gdy nadejdą jesienne pluchy, ale zawsze pod ręką mam środki przeciwbólowe, które będą mi w razie potrzeby pomagać. Ale co się będę zamartwiać na zapas, plucha jesienna minie, potem zima trochę znów mi szyki w spacerkach pewnie pokrzyżuje, bo jednak nie będzie spacerów, gdy będzie ślisko, na żaden upadek już sobie pozwolić nie mogę …. A może jednak trzeba będzie pomyśleć o tej laseczce???? Zawsze jest jakaś większa stabilność zapewniona, zwłaszcza, gdy często mi się na ulicy po prostu kręci w głowie i nagle tracę równowagę i już niekontrolowanie lecę gdzieś przed siebie, co kończy się własnie upadkiem. Tylko ciągle mam jakieś opory………… wiem, niepotrzebnie, ale ja mam dopiero 70 lat, a już niedołężną babcię mam z siebie robić???? Ale cóż, na randki przecież i tak biegać już nie będę – to nie ten wiek, a zapewnienie bezpieczeństwa jest najważniejsze. Muszę to jeszcze wszystko rozważyć, wziąć wszystkie za i przeciw, a może znajdzie się ktoś, kto mi doradzi???? Alternatywie zawsze mogłabym używać tych kijków do nordic walking, tylko……….. one dla mnie są całkiem nieporęczne, nie do opanowania, próbowałam i niestety mi nie wychodziło, tylko przez nie potykałam, a zmęczona przy tym byłam tak, jakbym jakąś wysokogórska wędrówkę własnie odbyła. No nic, zostawiam ten temat na później, a dzisiaj życzę Wszystkim pięknego dnia.
Już omalże połowę września mamy……a tak niedawno jeszcze był sierpień….. Wciąż jeszcze myślami wracam do Kudowej, do tych letnich klimatów, chociaż wtedy wydawało się, że słonko „przeszkadza” w normalnym funkcjonowaniu i trzeba przed nim w cieniu drzew się chować. Wszystkie ławki z głównej alejki kuracjusze przenosili pod drzewa i tam się w cieniu chowali, jakoś nikt z obsługi kurortu nie oponował, żadna Służba Porządkowa nie pilnowała tego dziwacznego przemeblowywania alejek , dlatego te ławki sobie „spacerowały” z jednego miejsca na drugi, ale zawsze i tak było bardzo ciężko znaleźć taką spokojna kryjówkę od słonka. A dzisiaj słonko o prawda też grzeje, ale już nie tak mocno, jak jeszcze miesiąc temu, już nie trzeba przed nim się chować……. i niech to słonko świeci nam jak najdłużej. Wczorajsza niedziela przeszła mi spokojnie, w samotności, miałam jakiś taki dzień z brakiem chęci na towarzyskie kontakty, czasami człowiek chce po prostu pobyć sobie san ze sobą. Zaczynamy nowy tydzień, zastanawiając się, jaki on będzie, co nam przyniesie. Dla mnie ważny jest jutrzejszy dzień, bo mam zaplanowaną kolejną wizytę u pana Bartka, mam nadzieję, że przyniesie ona jeszcze lepsze skutki niż poprzednia wizyta, po której jednak troszkę się uruchomiłam. Co prawda od czasu do czasu kręgosłup jeszcze mi doskwierał, ale przynajmniej nie na tyle, że nie mogłam zrobić bez bólu kilku kroków jak poprzednio. No ale w końcu po to chodzę na te zabiegi, aby było lepiej i żebym nie musiała truć się tymi przeciwbólowymi środkami, chociaż i tak je zażywam, ale w zdecydowanie mniejszej ilości. Po pracy muszę odwiedzić miły zaprzyjaźniony sklepik, bo nie wiem czemu, ale nie mogę doładowywać swojego E-papierosa, chyba musiała mi się spalić grzałka i po prostu ładowarka nie chce wejść do odpowiedniej szparki papierosa, oj, obawiam się, że jednak będę musiała kupić całkiem nowy egzemplarz tego mojego „smoczka”, bo jednak jeden egzemplarz jest za mało, zawsze drugi musi być w pogotowiu. Czy kiedyś od tego smoczka całkowicie się odzwyczaję? oj trudno będzie…… Życzę miłego i słonecznego poniedziałku i wiele przyjemnych chwil przez cały obecny tydzień, spowity w już coraz bardziej jesienny krajobraz. LATO ODCHODZI……. niestety……
Wstała pięknie słoneczna niedziela. Jedna z tych ostatnich letnich, potem już niestety jesień nas dopadnie. Więc cieszmy się tą resztką lata, jak kto umie. Moja Magda na przykład dzisiaj nazbierała mnóstwo grzybków – poszła skoro świt do lasu i…… no i fajnie, na pewno uszek z grzybkami na wigilię nie zabraknie. 🙂 Dzień 13 września kojarzy mi się z moją Babcią, Mamą mojej Mamy, popularnie nazywaną Tamtą Mamą. Przypomnę tylko, że nigdy nie chciała godzić się z myślą, że jest już taka stara, że nosi miano Babci, więc ugodowo i grzecznościowo nazywaliśmy Ją Tamtą Mamą Otóż dzisiaj mija już 55 lat od dnia Jej śmierci. Pamiętam dokładnie ten dzień, miałam 15 lat i bardzo boleśnie odczułam śmierć ukochanej Tamtej – Mamy, która usiłowała zastąpić mi zmarłą Mamusię. Nic nie wskazywało na to, że Jej krótka choroba tak tragicznie się skończy, Kilka dni wcześniej obchodziła swoje imieniny – Bronisławy i z tej okazji odbyła się imieninowa uczta, gdzie głównym przysmakiem był świeżo uwędzony węgorz, dopiero co przywiezionym przez nas z Jastarni. Dlatego też gdy dostała następnej nocy bolesnych skurczów żołądka wszyscy przypuszczali, że jest to Jej reakcja na tego węgorza, chociaż z drugiej strony był on naprawdę świeży i nikomu innemu nie zaszkodził, Następnego dnia mój Tata odwiózł TamtąMamę do szpitala i nikt nie przypuszczał, że był to po prostu zakamuflowany zawał serca i w niecałe dwa tygodnie później mimo szpitalnego leczenia Tamta Mama umrze. Wspomnę jeszcze tylko jedną ciekawostkę: otóż opowiadała mi pani Kundzia, która mieszkała wtedy w tej samej kamienicy, że śniła się jej się moja Mama. To było akurat w tę noc, w którą Tamta Mama zachorowała, więc pani Kundzia nie mogła wiedzieć o Jej chorobie, A w sen był taki nieco dziwny, przyszła do niej moja Mama, pięknie, balowo ubrana i spytana przez panią Kundzię : „co pani ty robi” odpowiedziała: „Przyszłam po moją Mamę – proszę powiedzieć panu Doktorowi (tu chodziło o mojego Tatę), aby nic nie robił, bo i tak moja Mama do mnie niebawem przyjdzie” …. i zniknęła…. Rzeczywiście Tamta Mama umarła po kilku zaledwie dniach, pozostawiając mnie w wielkim smutku, mimo, że jak to nastolatka nie zawsze chciałam poddać się jej reżimowi, chociaż bardzo Ją kochałam, wszak od zawsze z nią mieszkałam i zawsze o mnie dbała. Bardzo dobra była to kobieta, z wielkimi aspiracjami , wszak Jej mąż był nie tylko adwokatem, nie tylko senatorem ale również i pułkownikiem Wojska Polskiego, a wiec oboje Dziadkowie zawsze obracali się w naprawdę wielkim świecie politycznych i nie tylko politycznych salonów i to Jej poczucie do błyszczenia pozostał do końca Jej dni. Nie, nie była wyniosła, ale bardzo zwracała uwagę na sposób zachowania się ludzi, którzy Ją otaczali, a Jej ulubionym językiem był język francuski, którym świetnie i biegle władała i zawsze szukała okazji, by właśnie sobie z kimś w tym języku porozmawiać. Czasami rozmawiała po francusku z moim Tatą, który również z racji długoletniego przebywania w Paryżu również był jego drugim językiem urzędowym, a często odwiedzał Tatę doktor Słowik, którego Tamtamama bardzo lubiła, bo również mogła z nim sobie przeprowadzać ciekawe rozmowy w tym języku – zawsze zapraszała go do swojego pokoju na herbatkę i miłą francuską pogawędkę i była wtedy bardzo szczęśliwa. No cóż, gdy zmarła miała tylko 77 lat, co może na tamte czasy było już bardzo dużo, na dzisiaj można by rzec jeszcze nie była taka stara – przecież ja dzisiaj jestem zaledwie 7 lat od niej młodsza, czyżby moje życie też już pomału zbliżało się do końca?????? Na razie jednak nie ma co się zagłębiać w takie ponure myśli, trzeba cieszyć się tym, co jest dzisiaj, bo jutro może przynieść różne rozwiązania. A więc wracam do dzisiejszej niedzieli, niech ona Wam Wszystkim przyniesie odpoczynek i radość z obcowania z wciąż pięknem naszej natury. Jeszcze nadal jest zielono, chociaż gdzieniegdzie żółć już przebija przez drzewa, niebawem własnie ta żółć i brąz będą dominantą naszych parków. Miłej niedzieli.
…. wyruszam samolotem na wakacje. Są tacy szczęśliwcy, którzy dzisiaj swój zasłużony ale niestety krótki odpoczynek rozpoczynają i im życzę i słonka i radości i wspaniałych kąpieli, a przede wszystkim wysokich lotów tam i z powrotem. A ja po prostu strasznie się boję samolotowych podroży, kiedyś latałam nawet samolotem, ale skutecznie z nich się wyleczyłam. No bo kto to widział, żeby kawał pudła sobie w chmurach szybowało, pod nim kawałek blaszanej podłogi i pustka, nad nim cienki dach i niebieskie przestworza, czyli jak kiedyś mój były szef mawiał, ma się poczucie, że do ziemi daleko i do Szefa (czyli Boga) też daleko…. O nie, nikt mnie do takich podniebnych wojaży nie namówi, stanowczo to nie dla mnie. A co będę w takim razie robiła? Na szczęście mam w wielkiej pobliży swój Park, w którym czuję się zupełnie jak na wakacjach. Zresztą zawsze jest okazja do poznania nowych osób. Wczoraj na przykład poznałam śliczną małą dziewczynkę, która miała tylko półtora roku i już potrafiła pięknie mi się przedstawić. Jej babcia powiedziała jej tylko: powiedz pani, jak masz na imię i z tych malutkich usteczek z uśmiechem popłynęły wyraźnie wypowiedziane słowa – Hania. Mądre i śliczne dzieci mamy teraz, rośnie wspaniałe nowe pokolenie, tylko strach pomyśleć, co go czeka. Potem jeszcze porozmawiałam sobie z jedną starsza panią, a na koniec oczywiście przyszedł do Parku mój nieoceniony Przyjaciel Kaziu i tak siedzieliśmy w Parku aż do późnych wieczornych godzin. Co prawda w moim Parku nie rosną palmy jak w tym Kudowskim, ale jest o wiele mniejszy ruch i można nawet lepiej odpocząć, a zawsze mam do dyspozycji obecność Pokemonów i dostęp do Facebooka, czy do Plemion, a w przerwach zawsze jakiś brukowiec można sobie poczytać. Tylko, żeby te ławeczki nie były takie twarde….. Tak więc plany na dzisiaj i na jutro mam już zrobione, skoro rodzinka pojechała w plener, samemu ten plener sobie trzeba zapewnić, póki jeszcze się da, póki pogoda jeszcze wciąż jest letnia i słoneczna, bo taka pogoda ma utrzymać się podobno jeszcze tylko przez tydzień, potem zdecydowanie temperatura nie będzie taka łaskawa. Zresztą im więcej czasu będę spędzać poza domem tym lepiej dla mnie, czas na siedzenie przy odbiorniku TV i przy komputerze pozostawiam na późno jesienną i zimową porę, wtedy, gdy nie będzie okazji już na odpoczynek w Parku trzeba będzie się przebranżowić, ale na razie mam na to czas, Tym bardziej, że taki „rozwód” z TV i z polityką wspaniale działa na moją psyche. Jestem zdecydowanie o wiele spokojniejsza i pogodniejsza. A jak wspaniale mi się śpi po takim długim przebywaniu na świeżym powietrzu…… ho, ho-śpię niczym niemowlak. No to podróżującym życzę wspaniałych wrażeń, Wszystkim milutkiej soboty a sobie……. no cóż, mile spędzonego czasu w swoim ulubionym Parku.
Ale wczoraj dziwna i dla mnie mało zabawna przygoda mnie spotkała. Siedzę sobie w pokoju, oglądam TV, jem kolacyjkę, a tu nagle z okolic kuchni jakieś dziwne, podejrzane dźwięki zaczęły się wydobywać. Poszłam za słuchem i… okazało się, ze nagle, ni stad ni zowąd zegarek z budzikiem sam od siebie się włączył. Tylko, że odgłosy z tego zegara naśladują piski, albo głosy zwierząt : kury, krowy i koguta. Już kiedyś tak miałam, że nagle w środku nocy obudził mnie głos krowy, myślałam, że oszaleję, ale jakoś udało mi się to wyłączyć. Tym razem niestety nie było tak łatwo, naciskałam wszystkie możliwe przyciski, a on owszem, na chwilkę milknął, by za chwilę znów odgłos piania albo muczenia z niego zaczął się wydobywać. Telefonowałam do Maćka o pomoc, ale wiadomo, że na odległość nie wiele można pomóc. Owszem są nad tymi guziczkami jakieś napisy, ale ktoś bardzo mądry, kto ten telefon wymyślił, dał białe napisy na białym tle, tak więc praktycznie są one nieczytelne. Już zastanawiałam się, czy nie wystawić tego cholernego zegara za okno, ale pomyślałam sobie, że przyjdą do mnie sąsiedzi z pretensjami, że zakłócam spokój, więc ze wściekłości kilka razy mocno stuknęłam nim o stół i……. na szczęście budzik się wyłączył, z tym, że o przy okazji i zepsuł. Zadziałała stara maksyma : „przed użyciem wstrząśnij”, z tym, że może wstrząsnęłam nim tym razem ciut za mocno?????? Trudno, lepiej już wywalić taki zdezelowany wyjący budzik na śmieci, niż w środku nocy być muczeniem, czy pianiem obudzonym. Mam nadzieję, że Magda się nie obrazi – wszak kupowała mi ten prezent w dobrej wierze, ale niestety nie był on zbytnio użyteczny, stał sobie na lodówce w kuchni i pokazywał temperaturę w pomieszczeniu, a jako budzik nie był przeze mnie używany, właśnie przez te dziwne odgłosy, które z siebie wydawał. Ale swoja drogą, mnie to się dziwne przygody trzymają, prawda? Wczoraj pogoda nieco mnie zawiodła, bo niestety, gdy wracałam z pracy zaczęło padać, a oczywiście nie miałam przy sobie parasolki i nieco zmokłam. Na szczęście nie był to bardzo dokuczliwy deszcz i nawet po drodze zdążyłam zrobić sobie małe zakupy. Ponieważ mam zalecane, bym podczas spaceru odpoczywała co jakiś czas, przysiadłam sobie na moment w moim ulubionym Ogródku Działkowym, który jest po drodze, na ławce pod drzewkiem, by bardzo nie zmoknąć i przy okazji chwilę nogom i kręgosłupowi dać odpoczynek, a tu przyplątał się do mnie jakiś pies, który okropnie zaczął mi wymyślać. Wyglądało to tak, jakby chciał powiedzieć” co ty babo siedzisz na ławce, gdy deszcz pada, idź ty babo do domu”. Stał i szczekał i szczekał na mnie, najpierw z oddali, potem podszedł do mojej ławki i nadal nadawał, na szczęście pojawiła się jego pani i go zabrała, Lubię psy, a tego troszkę jednak się przestraszyłam, chociaż właściwie nie powinnam, bo miał namordnik na pysku. Ale kto wie, co by mu jeszcze do tej psiej głowy przyszło?????? Był bardzo na mnie rozeźlony…….. Jednak po chwili doszłam do wnioski, że pies miał rację, nie ma co deszczu przeczekiwać, tylko trzeba się zabierać . Zresztą ten deszcz raz był, raz zanikał, tylko że akurat gdy już doszłam do domu na polu (na dworze???) zrobiła się nawet słoneczna pogoda. Ot taki pogodowy psikus. Czyli jednym słowem miałam wczoraj dzień pełen przygód , przynajmniej nie mogłam narzekać na brak urozmaicenia życia. Może dlatego tak szybko i bez żadnych kłopotów wczoraj usnęłam???? A dzisiaj……. Dzisiaj wstał już piątek, który zapowiada kilka pięknie słonecznych i ciepłych dni. I oby tak było jak najdłużej, może już dosyć, przynajmniej na jakiś czas. tego deszczu???? Nadal zgodnie z moim założeniem „tylko spokój może nas uratować” stronię od polityki i muszę przyznać, że bardzo dobrze mi z tym jest, jestem o niebo spokojniejsza i sny mam bardziej pogodne, chociaż przyznam, że co jakiś czas odwiedza mnie w snach……Jarosław Kaczyński, ale przynajmniej wtedy mogę mu w twarz powiedzieć, co o nim myślę 🙂 Co prawda na ogół oglądam Szkło Kontaktowe, ale nawet ostatnio i tak nie do końca, nie w całości, bo pod koniec na ogół zasypiam. Zresztą na szczęście jest co oglądać, bo powróciły już z urlopu moje ulubione seriale „Klan”, „Na dobre i na złe” i „Na Sygnale”, a także nowe odcinki „Ojca Mateusza”, jest więc całkiem dobre serialowe urozmaicenie po tym letnim okresie samych powtórek . A propo’s „Klanu” – jak wiemy w lipcu zmarł jeden z aktorów z tego serialu, odtwórca doktora Koziełła – Andrzej Strzelecki, ale ten ciężko już chory aktor grał w serialu aż do ostatniej chwili, tak więc jeszcze nadal go oglądamy we wcześniej nagranych odcinkach, smutne to, gdy już wiemy, że nie ma Go pośród nas, a jeszcze na ekranie, ze zmienionym już chorobowo głosem, jeszcze występuje. Przyznam, że będzie mi brak tego nieco safandułowatego w tej roli, ale jakże prawego człowieka o wprost gołębim sercu. Pasją pana Andrzeja był golf i tę pasję przeniósł również do swojej roli w „Klanie”, wiemy, że zawsze namawiał doktora Lubicza na wspólną grę na polu golfowym. Z kim teraz doktor Lubicz w golfa będzie grywał???? Jego ulubionym słowem było „Absolutnie” i teraz można śmiało powiedzieć, że ABSOLUTNIE będzie serial „Klan” pusty bez Tego Aktora. Ale życie i w serialu i w realu toczy się nadal, przed nami jak pisałam bardzo piękny i ciepły weekend, dlatego życzę wiele pomyślności dla tych, którzy pozostaną w swoich domach jak i dla tych, którzy jeszcze teraz wybierają się na letnie wakacje ( a są tacy wybrańcy) Szczęśliwych lotów i wspaniałego odpoczynku !!!!!!!
Już mam na tyle siły, że nawet do i od przystanku autobusowego mogę sobie dreptać, chociaż według zalecenia pana Bartka z zachowaniem ostrożności (żaden niespodziewany i gwałtowny ruch jest niewskazany) i z krótkimi odpoczynkami na ławeczce. I bardzo dobrze mam już opracowaną taką trasę z ławeczkami, ale na razie jest słonko i ławki nie są mokre, a co będzie gdy dopadnie nas deszcz? Zaklinam więc deszcz, żeby nie padał, przynajmniej do czasu, gdy całkowicie nie zostanę uruchomiona. Więc można powiedzieć : nie jest źle. ale może być jeszcze lepiej i mam nadzieję, że tak będzie. Co prawda pod wieczór moje nogi są już tak zmęczone, że odmawiają mi posłuszeństwa, ale przecież wcale nie muszę nigdzie wieczorami się włóczyć. Zresztą dobrze ocenił to pan Bartek mówiąc: „umówmy się, w maratonie pani nie będzie mogła brać udziału, ale spokojnie sobie chodzić już tak”. I o to przecież chodzi. Wczoraj spotkałam w Parku jedna znajomą panią doktór, fakt, nieco ode mnie starszą, ale też mająca podobne jak ja kłopoty z kręgosłupem – czasami ją widzę, gdy z laseczką z jednej strony i oparta na ramieniu swojego męża z drugiej strony jednak próbuje chodzić. Chwilę porozmawiałyśmy (pracowałam z nią kiedyś w Szpitalu Kolejowym), wymieniłyśmy swoje doświadczenia związane z chorobą kręgosłupa, który nieleczony, niestety człowieka potrafi całkowicie uziemić w łóżku. Dlatego trzeba walczyć, póki się da, wiem, że ja to robię stanowczo za późno, ale jeszcze nie na tyle za późno, żebym musiała całkowicie się poddać. Muszę zrobić wszystko co się da, żeby nie trzeba było doprowadzać do operacji, a więc spacery no i dieta. Właśnie, dostałam już projekt jadłospisu, który według pana specjalisty od zdrowego żywienia powinnam wprowadzić do swojego życia, ale niestety, myślę, że ten sposób odżywiania nie będzie dla mnie korzystny, czyli zrobię sobie małą korektę tego programu. wprowadzając na przykład owoce, których stanowczo w tej diecie jest brak. Ciekawe jest to, że ta dieta całkowicie wyklucza wszelkiego rodzaju węglowodany, a więc nie ma w niej pieczywa, ryżu, ziemniaków czy kasz. Kiedyś już prowadziłam dietę bez pieczywa, ale na dłuższą metę jest to nie możliwe, od czasu do czasu jednak i trochę węglowodanów trzeba tez wprowadzić, najważniejsze, żeby robić to w rozsądnych dawkach. Zresztą teraz jest moda na dietę ketogeniczną , ale niestety nie dla wszystkich osób ona się nadaje. Ale na pewno w jego mailu jest wiele bardzo ciekawych wiadomości, które jednak będę brała pod uwagę. Zobaczymy, czy moja nieco zmodyfikowana dieta też będzie skuteczna. Przecież nikt mnie nie goni, mogę chudnąć pomalutku jedząc z rozsądkiem. Najgorsze jest to, że niestety chodzę dosyć późno spać i późnym wieczorem dopada mnie wilczy głód, muszę wtedy cokolwiek przekąsić, inaczej nie zasnę, bo czuję że ból skręca mi po prostu kiszki, ale wtedy nawet mała sucha piętka chleba potrafi ten ból ukoić i mogę spokojnie zasnąć. No tak, każdy człowiek jest inny i każdy człowiek inaczej na ból i głód reaguje i dlatego potrzebna jest wtedy spora rozwaga w stosowaniu diety, nie zawsze znajomej komuś, kto taką dietę układał. To tyle jeżeli chodzi o moja przyszłą dietę, muszę mieć trochę czasu, żeby ją zweryfikować i odpowiednio do siebie ustawić bacząc, by nie była ona nudna i nie stała się przyczyną stresów. Jedzenie jest jednak przyjemnością, ale przy odrobinie wyobraźni można ją wypośrodkować tak, by stała się zdrowa akurat dla mnie, a nie dla jakiegoś tam Kowalskiego, który jest całkiem innym człowiekiem niż ja i całkowicie inaczej reaguje na wszelakie bodźce, w tym również i żywieniowe.
Wczoraj był bardzo piękny i słoneczny dzień, dlatego po pracy znów spędziłam kilka godzin w moim ulubionym Parku, najpierw samotnie, potem dotarł tam też i Kaziu. Ciekawe, że nigdzie nie widać pana Waldemara z Lolą, czyżby zmienili miejsce spacerów? Trochę szkoda, bo bardzo Lolę polubiłam (no dobrze, pana Waldemara też), lecz tak już w życiu bywa, że kogoś się spotyka, kogoś się polubi, a potem wszystko się zmienia…. Dzisiejszy dzień też podobno ma być słoneczny i cieplutki, ale niestety, to już nie ta sama letnia aura, jaką miałam na przykład w Kudowie (coś za często tę Kudową ostatnio wspominam – chyba mi jednak trochę za nią tęskno), ale niestety nie da się ukryć, już pomału jesień osiada na parkowych alejkach. Jeszcze jest co prawda zielono, ale pewnie wkrótce drzewa zaczną przybierać złotawe kolory. Stanowczo jednak dzień już nam ucieka, coraz szybciej wieczór nadciąga… Życzę Wszystkim mile spędzonego czwartku
Ale o tym za chwilkę, nasamprzód obowiązek, który jest dla mnie prawdziwą przyjemnością, jaką zawsze mam w każdą środę, róża ze specjalną dedykacją dla odpoczywającej nad naszym wspaniałym polskim morzem Uleczki
Uleczko Kochana!!! życzę Ci samych radosnych, wspaniałych i słonecznych chwil w tym klimacie morskiej bryzy. Niech Twoje lato wciąż jeszcze trwa!!!!! Co prawda nie wiem, jak długo jeszcze będziesz tam przebywała, ale wierzę, że wrócisz szczęśliwa i prawdziwie wypoczęta, pełna sił na nowe już poznańskie wyzwania. Posyłam Ci całuski z mojego wspaniałego Krakowa i do miłego zobaczenia na następnym, moim środowym wydaniu Bloga. oczywiście okraszonym następną piękną różą dla Ciebie.
No a teraz wracam do mojego zasadniczego tematu dnia dzisiejszego, czyli mojej kręgosłup-owej terapii.
Nie potrafię nawet opowiedzieć, na czym polega ta cała manualna terapia, ale jest naprawdę fantastyczna. Już po pierwszym zabiegu ból gdzieś sobie poszedł precz. W dodatku nie tylko nadzieja, ale wręcz euforia we mnie wstąpiła, tak wielka, że po powrocie do domu pognałam do swojego Parku i przespacerowałam go wzdłuż i wszerz, bez bólu, pewnym krokiem i co najważniejsze nareszcie wyprostowana, a nie skulona we dwoje. Nie jest to wcale klasyczny masaż, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, całe leczenie polega na uciskaniu odpowiednich punktów na ciele, zarówno na plecach, na udzie jak i przez powłoki brzuszne, a przez to następuje wzbudzenie pracy mięśni i stopniowe uśmierzanie nękającego bólu. Oczywiście taka terapia nie jest jednorazowa, ale teraz pan Bartek dał mi kilka dni odpoczynku tak, by kręgosłup przystosował się do nowej sytuacji, a w przyszłym tygodniu działamy dalej, aby już na stałe wszystkie mięśnie zaczęły pracować tak, jak należy. Nie jest to tak do całkiem pewne, czy to się do końca uda, bo jednak mój kręgosłup jest tak zdezelowany, że wg pana Bartka, gdybym poszła do chirurga czy do neurologa stwierdziliby, że nadaje się on tylko do operacji, ale jednak pan Bartek podjął się próby ratowania mnie przed tym desperackim, jakim byłaby operacja, krokiem. Swoją drogą, niesamowita jest ta medycyna, która potrafi takimi „cudami” jakimi jest Masaż Tkanek Głębokich naprawdę skutecznie ludziom pomagać i to nie tylko przy bólach kręgosłupa, ale również i przy innych ortopedycznych i reumatycznych przypadłościach, niwelując ból i przywracaniem do normalnej działalności chorego narządu. No cóż, to jest prawdziwa Medycyna na etapie już XXI wieku !!!!! A pan Bartek jest w tym naprawdę doskonały i z całą pełnią mojej świadomości uczciwie bym go polecała tym, którzy nękani są bólem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Więc jeżeli jest ktoś z Was zainteresowany (głównie myślę o mieszkańcach Krakowa i okolic) chętnie służę kontaktem. Do tego muszę dodać, że jest to niezwykle kulturalny i przyjemny, bardzo spokojny młody człowiek, który potrafi w czasie zabiegu zapewnić wspaniały klimat, w którym człowiek czuje się jak ten najważniejszy ze wszystkich pacjentów, każdy jego krok jest przez niego kontrolowany pod względem reakcji na ból i na odczucia, jakie w tym momencie pacjent czuje, cały czas konsultuje z pacjentem jego reakcje i dokonuje konieczne korekty. Wczoraj chciało mi się fruwać ze szczęścia, bo naprawdę to wspaniałe jest uczucie, gdy wreszcie nic nie boli, a dzisiaj…… Wstałam radośnie, bo za oknem piękne słonko zaświeciło, bo,,,,co prawda czuję taki leciutki niepokój w lędźwiach, ale to nie jest to samo, to nie jest ten sam ból, który mnie zginał w połowę, który przynosił mi koszmar dnia. Wstałam naprawdę wypoczęta i w pełni wyspana. Naprawdę mam powody do radości. I powiem Wam, że z wielką niecierpliwością oczekuję następnego zabiegu u Pana Bartka. Na razie jednak muszę cierpliwie poczekać i przeczekać ten przejściowy czas do normalnego, pełnego funkcjonowania. Jak już pisałam, dzisiaj będzie na pewno piękny i słoneczny dzionek więc przesyłam dla Wszystkich radosne życzenia mile spędzonej środy.
a tak dokładnie to ja zaczynam. Dzisiaj popołudniu mam pierwszy zabieg, pierwszy masaż u pana Bartka. Oj nie będą to bynajmniej pieszczoty, na pewno mocno się napocę, najęczę i na…nie wiem co jeszcze, ale tak trzeba. Jestem zdecydowanie nastawiona na TAK, bo ostatnio mój kręgosłup nawet w pozycji leżącej daje mi do wiwatu. Tak właśnie było tej nocy, obudził mnie ostry ból i mimo wielokrotnych zmian pozycji długo nie chciał ustąpić , wreszcie tak mnie wymęczył, że w końcu usnęłam. Oby tylko mi te masaże pomogły!!! Fakt, jestem codziennie na środkach przeciwbólowych, ale ile mój żołądek to wytrzyma i kiedyś przyjdzie przecież czas, że do Apapu tak się przyzwyczaję, że będę go traktowała jak cukierki, a niestety już przestanie on wtedy przeciwbólowo działać. Ból, jakikolwiek on jest, w którym miejscu doskwiera, jest tak upierdliwy, że nie można o nim po prostu zapomnieć, on sobie już jest i tyle, towarzyszy nam mimo naszego sprzeciwu. Szkoda, że w Polsce zabroniony jest dostęp do marihuany, oczywiście w małych, leczniczych dawkach, bo wiem, że ona w zwalczaniu bólu jest skuteczna, chociaż człowiek do niej łatwo się przyzwyczaja i od niej uzależnia. Ale właściwie każde lekarstwo ma bardzo podobne właściwości, praktycznie zaczyna się od łagodnego środka, a potem przechodzi się do coraz mocniejszych lekarstw A tak między słowami, czy wiecie, że w Czechach dostęp do „Maryśki” nie jest zabroniony? Tam nawet marihuanę do piwa dodają – wiem, bo gdy byłam w Kudowie, sporo kuracjuszy maszerowało właśnie po piwo z „Maryśką” do pobliskiego czeskiego miasteczka Nahod. Zresztą piwo w Czechach jest o połowę tańsze niż w Polsce, stąd codziennie sporo było tam polskich spacerów po ten zbawienny (nie dla mnie, bo akurat ja piwa nie lubię) płyn, a potem panowie obładowani wielopakami z piwem wracali radośnie do sanatorium. Z opowiadań kuracjuszy wiem, że piwo tam jest „wiborne”, w przeróżnych smakach i o przeróżnej zawartości alkoholu (nawet i bywają 40 procentowe piwa), są też gatunki tak łagodne, że stworzone są w swojej łagodności i pysznym smaku wprost dla kobiet. Ale przyznam, że wcale mnie to nie przekonywało, dla mnie zawsze piwo miało zbyt gorzki, bardzo niekorzystny dla mnie smak i już. Jeżeli już do towarzystwa zmusiłam się napić piwa (czasami tak wypadało), zawsze piłam go ze sokiem, najczęściej malinowym lub cynamonowym, co jest po prostu profanacją tego napoju. Na szczęście nie spotykam się ostatnio z miłośnikami tego rodzaju alkoholu i jestem wolna od konieczności wewnętrznego przełamywania się w temacie napić się, czy nie napić piwka. Dzisiaj wstał słoneczny dzionek, o wiele cieplejszy i przyjemniejszy niż ten wczorajszej – podobno według prognozy pogody kilka następnych takich dni ma też być miłych i słonecznych. Pamiętam, że nie tylko wrzesień, ale i październik potrafi być ciepły i słoneczny i oby tak było. Na dzisiaj życzę słonka i pogody ducha. A ja idę się rehabilitować – mam nadzieję, że na tyle skutecznie, że nie będę już miała nocnych bólowych przebudzeń no i będę mogła sobie spokojnie spacerować i nie szukać ławeczki, na której na chwilkę chociaż mogę przycupnąć, by od bólu odsapnąć, bo to jest okropnie deprymujące, podobnie zresztą jak deprymujące jest odczuciem, że wszyscy z ubolewaniem patrzą na kalekę, która ledwie człapie ulicą i co chwilę staje, chwytając się muru, by nabrać nowej siły. MUSZĘ POWRÓCIĆ DO NORMALNOŚCI !!!! PRZECIEŻ AŻ TAK BARDZO STARA JESZCZE NIE JESTEM!!!!! Jeszcze niedawno przecież normalnie chodziłam, może nie za szybko, swoim tempem, ale nawet droga od przystanku, na którym wysiadałam z autobusu jadąc do pracy, do przychodni nie była dla mnie taką droga męki, jaką jest obecnie. Jak to dobrze, że są taksówki, ale ile tymi taksówkami jeździć można????? Ale kogo nie boli tak jak mnie pewnie tego nie zrozumie………