a gdy..




A gdy nadchodzi już noc i zamiera powoli życie,kładę sie zmęczona do łożka i robię sobie krótkie sprawozdanie z tego,co mnie dzisiaj spotkało…


taki mały rachunek sumienia moich czynów i taką małą refleksję nad tym co mnie dzisiaj spotkało…


Ale to byłby  nawet udany dzień,gdyby nie jeden mały  grzeszek łakomstwa,czyli dwa kawałki ciasta imieninowego Marzeny….


Ale uległam,gdy dowiedziałam sie że muszę zjeść bo to..imieninowy poczęstunek……


To akurat jest tylko moja wymówka,rozgrzeszenie przed nocnym odpoczynkiem


E,nieładnie łakomczuszku.


Jeszcze jeden malutki grzeszek to lekkie uczucie zazdrości,tak zazdrosci,bo dawno nie widziałam,już nie mówiąc,że nie dostałam tak pięknych czerwonych róż,które w ilości dwunastu,lekko rozwiniętych i bardzo wymownie czerwonych dostała właśnie solenizantka.


E,nie ładnie zazdrośniku….


No to idę spać.


MIŁEJ  NOCY.

„ukochany „dzień tygodnia

Ś  R  O  D  A  !!!!!!!


Italian Idyll


Do  tego długiego weekendu już kilka chwil.


Z tym,że ja bedę miała mały „przerywnik” na pracę 2 maja.


I dobrze.


Co za dużo,to nie zdrowo….


Nie mam całkiem pojęcia,co wtedy będę robiła.


Wiem,że w sobotę umówiłam się na spotkanie z Kornelką ( hm pewno to będzie piwo na Rynku???).


Najchętniej bym sobie pojechała na kilka dni gdzieś w świat…..


Ale póki co,jeszcze mamy 3 dni pracy przed sobą.


Byleby nie padało,bo nawet wieczorne spacery po wsi nie są wtedy takie straszne.


Miło słuchać,jak żabki gdzieś tam po łąkach rechocą,kląskają jakieś tam inne stworzonka,a wieczór pomału kładzie swój płaszcz  na zielonych już pastwiskach…….. 


Stałam wczoraj na przystanku i wsłuchiwałam się w ten swoisty wieczorny koncert.


Tak więc praca poza miastem ma swój urok,można jeszcze mocniej niż w mieście  podziwiać swoistość natury…