sposób na życie



Jeden pracuje od rana do wieczora,drugi karmi koty…..


Każdy ma swoje lekarstwo na życie….


Spotkałam koleżankę,która codziennie,ba,nawet kilka razy dziennie, chodzi po podwórkach i dokarmia bezpańskie koty.


Ciemna prawie noc,ja wracam dopiero z pracy,a ona z krzesełkiem,żeby lepiej na murek się wdrapać i z siatką pełną kocich smakołyków leci do swoich podopiecznych….


Tak sobie pomyślałam,co by się z tymi biednymi kotami stało,gdyby Teresa nagle przestała je dokarmiać….


W Busku też sporo tych kotów i wałęsajacych się psów było.


Kuracjusze oczywiście dokarmiali ( no dobra,raz kupiłam pasztet z  indyka dla „mojego Miśka”,jak nazwałam tego miłego pchlarza-pieska,raz drozdżówkę).


Ale koty  tam zawsze czekały grzecznie pod drzwiami na swoją porcję pożywienia,punktualnie trzy razy dziennie,w momencie,gdy kończył się już sanatoryjny posiłek.


Zastanawiałam się nawet,czy nie mają wmontowanych zegarków…


Ba,w sobotę i w niedzielę kolacje były o całą godzinę wcześniej,niż w inne dni tygodnia i…..koty już też czekały o odpowiedniej porze.


Ciekawostka zoologiczna,prawda???


Te kotki z mojego zdjęcia fotografowałam w parku,sporo ich tam było,ale jakoś dziwnie w wielkiej symbiozie z bezdomnymi psami żyły,nie straszyły się nawzajem,chociaż przestrzegały swojego terytorium pożywienia,psy i koty nie wchodziły sobie przezornie w drogę.


Ot,takie jeszcze jedno wspomnienie z Buska,pewno jeszcze długo będę wspominała…


Dzisiaj już minął czwarty dzień mojej pracy.


Jak narazie nie odczuwam zmęczenia ( widać dobrze odpoczęłam),co najwyżej senność,jako,że szybko zmrok zapada.


Ale tak już będzie niestety do wiosny.


PS.


Uleczku,dzisiaj dobrze się sprawowałam i ani nie zapomniałam butów,ani nie pomyliłam kierunków do domu,haha.


Pora wreszcie przestać być roztrzepańcem.


starość nie radość…




a młodość podobno nie wieczność…..


Ale jednak co młodość,to młodość.


Wczoraj miałam kilka „wiekowych” wpadek,aż wstyd się do nich  przyznać,ale ponieważ jestem szczera do bólu ,to już o nich napiszę.


Po pierwsze tak strasznie śpieszyłam się pomiędzy dwoma pracami ( miałam okazję być podwieziona autem przez znajomego),że…..zapomniałam zmienić butów i …poszłam w klapkach.


Niby nic złego się nie stało,bo w końcu było w południe całkiem  ciepło,gorzej z powrotną drogą,bo wieczorem nieco paluszki u nóg mi zmarzły.


Druga wpadka była dla mnie bardziej dotkliwsza,bowiem podwieziona do autobusu wsiadłam do niego z radością i..pojechałam w odwrotną stronę,niż zamierzałam,czyli spowrotem w kierunku pętli,z której miałam wyjeżdżać,zamiast w stronę domu.


A rezultat?-musiałam się aż trzy razy przesiadać,żeby w końcu do domu ( no z prawie odmrożonymi paluszkami u nóg oczywiście) dotrzeć.


Oj Ewa,Ewa……


Co z Ciebie wyrosło…..


Ale podobno podróże kształcą…..


Mimo to,zachwycona tymi wieczornymi wojażami przez całe miasto,w dodatku z czekaniem na poszczególne autobusy, zachwycona nie byłam raczej.


No i jak ja miałabym sama jeździć np.samochodem,skoro kierunki jazdy mi się mylą???


Z topografii swojego własnego miasta-pałka.


Tak więc zdecydowanie o kupnie własnego samochodu muszę zapomnieć.


Mam nadzieję,że dzisiaj będzie już nieco lepiej (skąd mam wziąść do cholery następne półbuty???,poranki są przecież chłodne) i jakoś szczęśliwie do pracy dotrę.


A wszystkie wczorajsze przygody biorę na karb mojego roztargnienia ( najlepiej tak siebie wytłumaczyć),a broń Boże nie doszukuję się innych przyczyn..


Chociaż z wiekiem człowiek też popełnia różne bzdurne błędy,podobno uczyć się można całe życie,a i tak głupim umrzeć.


Więc idę po następne życiowe doświadczenia.


Cześć.


PS.A jednak chyba gdzieś tam w głębi duszy zazdroszczę Halusi,że jest tam,we Włókniarzu, w Busku……


Ma też przecież piękną pogodę i….mało czasu dla mnie.


A tak sie przyzwyczaiłam do jej codziennych telefonów………


Pewnie ma dobre towarzystwo i dobrze się bawi.


I bardzo dobrze.


Moje 5 minut już minęło.


Ale powspominać można,stąd zamieściłam moje zdjęcie ,zrobione w parku ,przy fontannie ,w Busku.


Ach te wspomnienia…….