tak o wszystkim…

  

0 nie, dzisiaj już nie pędzę na złamanie karku skoro świt.

Wczoraj trochę za wcześnie wyszłam z domu i potem musiałam marznąć pod firmą.

Dzisiaj sobie spokojnie wyjdę o 10 minut później i będzie akuratnie.

Poszłam wcześnie wczoraj spać, byłam bardzo zmęczona, myślałam, że się porządnie wyśpię, a tu znów obudziłam się z bólem głowy.

Może kolejna druga, trzecia, czwarta kawa mi pomoże??

Strasznie nerwowa teraz atmosfera u rybek, bo i gorący okres dla firmy,

przecież czas sprzedaży karpi  i innych rybich przedstawicieli nadszedł.

Okropnie to wszystko przeżywam, no i znów jakiejś pomyłki nie udało mi się pokonać,mimo bardzo wzmożonej samokontroli.

No bo kto to widział, żeby dwie podobne firmy, o podobnej nazwie mieściły się na tej samej ulicy o dwa numery dalej??

Wyszłam wczoraj z firmy z rozpierającym bólem w klatce piersiowej, jakby serce moje chciało wyskoczyć i chociaż wiem, że wszystko już jest naprawione, dalej czuję się niepewnie.

Matko moja, jak mam jeszcze więcej uważać???

Każdą kartkę ze zleceniem przeglądam kilkakrotnie, aby nie ulec pomyłkom.

A może jakiś zły chochlik siedzi poprostu  w moim komputerze i przemienia to, co napisałam???

No nic, jeszcze wiecej skupić się muszę, bo inaczej czarno widzę swój los w tej rybiej firmie.

Muszę poprostu być bardziej spokojna, bo właśnie nerwy czasami doprowadzają mnie do takiego roztrzepania.

No dosyć samokrytyki.

Teraz pora iść na przód, z głową podniesioną i walczyć.

Kiedyś ta zła passa musi się przecież skończyć???

prognoza na styczeń

Rano było całkiem zimno, nawet silny przymrozek pokrył ulice i drogi.

Z trudem do Kalmara dotarłam, nogi mi się na lodzie rozjeżdżały, żałowałam, że nie mam na nogach…łyżew.

A więc pierwsza dekada stycznia mroźna, ale bez opadów deszczu i śniegu.

W południe i wczesnym popołudniem nieco się ociepliło, lód stajał, ale byl wiatr dosyć chłodny i dokuczliwy – taka więc będzie i druga dekada stycznia

Wieczór może i całkiem byłby miły, ale niestety też wietrzny, tak więc i w trzeciej dekadzie będzie chłodnawo.

W sumie nieciekawy nas styczeń czeka, trochę mroźny, trochę wietrzny, a w dodatku ponury.

TRZYNASTEGO GRUDNIA

            


                                                


 Trzynastego grudnia, roku pamiętnego


wróg napadł na Polskę z kraju ojczystego……


Nie, nie chcę wcale pisać o tym feralnym 13-stym dniu grudnia, gdy strach padł na nas wszystkich.


Przez całą ostatnią noc telewizyjna jedynka nadawała specjalny program, poświęcony  tej smutnej 25-letniej rocznicy.


Oczywiście nie oglądałam programu przez całą noc, ale trochę tuż przed snem, a także już po przebudzeniu.


To wszystko, co w tym programie opowiadali było wstrząsające, straszne, aż trudne do uwierzenia, że tak było.


Ale ja to wszystko wiem, pamietam…….


Koniec tej traumy na dzisiejszy poranek,  trzeba coś bardziej optymistycznego do mego blogu wprowadzić.


Zatem wspomnę o rzeczy o wiele przyjemniejszej,  mianowicie….


Dzisiaj jest św.Łucji, a od tego dnia, aż do Wigilii,  skrzętnie zapisuje się codzienną pogodę, bo każdy dzień, to prognoza pogody na następne 12 miesięcy przyszłego roku.


Zatem dzisiejszy dzień jest prognozą na styczeń, jutrzejszy


 na luty  i t d…….


W ten sposób można sobie przewidzieć urlopową pogodę w letnie miesiące, tylko…właśnie.


Co z tego, że w Krakowie na ten przykład 18, 19 i 20 grudnia będzie piękna pogoda, co miało by świadczyć, że taki będzie i czerwiec i lipiec i sierpień w przyszłym roku, skoro nie wiadomo, jaka akurat jest pogoda w tych miejscach, do których w lecie akurat się wybierzemy.


Pal licho, jak już ma się z góry  zaplanowane ewentualne miejsce pobytu w przyszłe wakacje, a jeżeli ktoś ma jeszcze nie całkiem sprecyzowane plany????


Musiałabym wtedy śledzić prognozę pogody w całej Polsce .


A jak to ma się do ewentualnego wyjazdu gdzieś w obce kraje?


Tam też ta reguła obowiązuje???


Ale co mi tam, mogę sobie w blogu ewentualne dzienne raporty pogodowe umieszczać.


Kiedyś czyniłam zapiski w kalendarzu, ale zawsze po kilku dniach..zapominałam.


A ponieważ blog piszę codziennie, więc jest większa szansa na to, że moje


zapiski pogodowe będa w miarę regularne.


Oczywiście będę mogła dopiero wieczorem umieszczać odpowienie moje uwagi, czyli muszę conajmniej dwa razy dziennie blog pisać, rano lekturę dla moich wiernych czytelniczek i czytelników, a wieczorem raporty…


No to zaczynam prognozowanie  od dzisiejszego wieczoru.


A narazie…… patrzę przez okno.


Nie pada, ale wszędzie kałuże zdobią chodniki.


Więc jaki będzie ten styczeń???

pierwszy śnieg..

Wyszłam z domu  rano suchą nogą i taką doszłam aż do firmy.

Co prawda trawa cała oszroniona była, ale nic nie wróżyło tego, co za chwilę miało nastąpić.

Po niecałej godzinie przez okno patrzę i oczom własnym nie wierzę, na polach śnieg leży, bielutki śnieg, przylepiony do trawy, zasłaniający jej zszarzałą już zieleń.

Ucieszyłam się jak dziecko i już miałam ganiać lepić bałwana, ale uprzytomniłam sobie, że w pracy jestem przecież.

Żartowałam.

Ale niestety niedługo radość moja trwała, bo następujący po śniegu deszcz zmył  nagle całą biel.

Za to przy wjeździe do Krakowa powitał mnie już całkiem regularny, zimny i nieprzyjemny, zacinający deszcz, szarość dziennej poświaty i…olbrzymie kałuże.

Zrobiło mi się całkiem nieprzyjemnie,cała euforia poranna gdzieś nagle zgasła.

Bardzo kapryśny ten grudzień, ale jak kalejdoskop zmienia pogodę  i pory roku, przez ciepłą sobotnią jesień, po dzisiejszo-poranna zimę, by w końcu przerodzić się w listopadową szarugę.

Może jednak doczekamy się wymarzonego białego Bożego Narodzenia??

Jestem optymistką……..

a wtorek..

                


            


 Dzień, jak codzień.


Rano pobudka o 4.50 kawusia, blog, malowanie,  ubieranie ( oczywiście wcześniej   poranne mycie ) i 6.10 wymarsz do pracy, do rybek.


Znów sama będę się tam przemieszczała, bo chłopaki teraz praktycznie pracują  tam po 24 godziny na dobę, nic dziwnego, zbliżają się „rybne” przedświąteczne żniwa.


Matko, wysiadam na przystanku na tej mojej wsi o zmroku jeszcze.


Brr, aż nieprzyjemnie tak maszerować w ciemnościach po tej szosie.


I chociaż od św.Łucji dnia podobno przybywa, ale poranki jeszcze długo będą ciemne.


A teraz z każdym moim krokiem dzień coraz bardziej się rozjaśnia, fantastyczne uczucie, gdy kroczy się tak  w rozwijający się dzień.


I tak aż do późnego wieczoru, gdy znów pośród ciemności kroczę w po ciemnych podwórkach w stronę przystanku, aby wreszcie chwilkę odpocząć w domowych pieleszach.


A potem już tak szybko robi się noc, znów trzeba się kłaść, taki scenariusz mam jeszcze na kilka najbliższych dni.


W tą sobotę znów na mnie bum wypadnie w przychodni, oj strasznie będzie mi się długo ten tydzień ciągnął.


Ale teraz nie pora jeszcze o weekendzie myśleć, czekają mnie obowiązki.


Za to przyszły tydzień będzie bardziej”rozrywkowy”, już przedświąteczny i chociaż u rybek będzie pewnie szaleństwo, dla mnie powinien być miły, jako,że we wtorek czeka mnie wigilijne spotkanie w  przychodnianym gronie ( tym razem stresów nie będzie, chociaż nie wiem, czy uda mi się poskromić swój apetyt, widząc pyszne jedzonko – ale muszę, pełna samomobilizacja, nie mogę zaprzepaścić tylu dni wyrzeczeń i moich wspaniałych rezultatów wagowych), a potem jeszcze i w przychodni i u rybek moje imieniny – tortowe szaleństwo, o przepraszam, ja tortów nie jadam, będę tylko sobie patrzyla, może ewentualnie sałatą zagryzają smutki……


Wogóle jeszcze sporo samozaparcia mnie czeka, bo pokusy świątecznego stołu też będa mnie nęciły…..


A jednak życie to ciągła walka, jak nie z przeciwnościami losu, to ze samym sobą…


No to teraz też idę troszkę powalczyć.


Jak narazie z przeciwnościami losu….


rzecz o sprawiedliwości.

Ha, nie tylko ja sie mylę, jednak…

Ale pozostawiłam to bez komentarza, w tajemnicy, bo…

Nie szkodzi, pewnie i tak ja będę winna.

Bo jak ktoś raz zbłądzi i tak co by się nie działo, będzie na niego.

Taka sprawiedliwość już na tym świecie.

Ale ja mam tylko swoją własną, prywatną satysfakcję.

A poza tym wszystko poszło ok.

Nawet  niespodziewana premia mi w łapy wpadła.

No i okazuje się, że już mam całe 24 kg walki za sobą.

Więc suma sumarum, poniedziałek był ok.

A jaki poniedziałek……..

Popatrz przed siebie

            




Popatrz, znów następny poniedziałek…..


Naprawdę te dni lecą jak szalone.


Pełna obaw jestem, co mnie spotka, ale postanowiłam zmienić swoje nastawienie.


Coś od poniedziałku zmienić trzeba, prawda?


Muszę być silna, jak to drzewo na skale, chociaż nagie, pozbawione listków, ale silne korzeniami.


Dzisiaj sama muszę do firmy dojechać, więc szybko muszę się zbierać rano.


Kończę ten wpis, pełna optymizmu jednak, że ten tydzień mi się uda, nie będzie taki nerwowy, jak poprzedni.


Powinnam iść na pogrzeb pani Emilii, ale sytuacja na tyle się zmieniła, że jednak nie odważę się zwolnić wcześniej z pracy.


Odmówię za nią Wieczne odpoczywanie, Ona z góry już wie i tak wszystko.


Miłego tygodnia i miłego poniedziałku.


UFF-ale ulga

Jak było, tak było, ale już było

W każdym razie głowa moja pozostała na tym samym miejscu.

Po naradzie wylądowaliśmy na obiadku w restauracji.

Wbrew pozorom  nawet te kęsy przechodziły mi przez gardło, chyba dlatego, że byłam jednak bardzo głodna, rano z wrażenia śniadania przecież nie jadłam.

A swoja drogą : Stara jakby nie było baba, a zachowuje się jak zestresowana nastolatka.

I do czego to ma prowadzić?

Ale jeszcze całe popołudnie i cały jutrzejszy dzień, oczywiście relaksowy, przedemną.

I bardzo dobrze.

Sobotnie wyzwanie

No to idę.

Odważnie, głowa do góry, przecież mi jej nie urwą???

Przyznaję, zawaliłam, ale już raz mi się za to oberwało, ile razy za to samo można odpowiadać?

Nie ma żadnego excuse, muszę poprostu bardziej uważać przy wpisywaniu, chociaż podobno ten się nie myli, kto nie pracuje.

Ok, złożyłam samokrytykę tutaj, mogę złożyć i tam, już opracowałam

nową metodę pracy, mam nadzieję, że skuteczną.

Narazie się nie poddam, chyba, że mi sami podziękują…..

Dosyć tematu.

Zobaczymy, co dzień przyniesie.

Na szczęście dzisiaj piątek

 

Chyba jeszcze więcej, niż zazwyczaj, cieszę się, że ten tydzień pracy dobiega do końca….

Bardzo ciężki i nerwowy  tydzień.

Może przez ten weekend nabiorę trochę dystansu do tego, co przeżyłam i z nową nadzieją, pełna wigoru rozpocznę nowy tydzień??

Dzisiaj mam zaplanowane odwiedziny w Urzędzie Miasta i złożenie papierów na wymianę nowych dokumentów- dowodu osobistego i prawa jazdy.

Ale, czy mi się to uda za pierwszym podejściem?

Podobno są tam wielkie kolejki, trudno, ustawię się i będę cierpliwie oczekiwała.

Oh jak ja nie cierpię kolejek !!!!

Na wszelki wypadek wezmę ze sobą kilka gazet do czytania i nieodzowne orzeszki do chrupania.

Może ten czas oczekiwania  jakoś jednak cierpliwie zniosę i uda mi się wszystko pozytywnie do końca załatwić ?????

Wszak dzisiaj piątek – według mojego horoskopu bardzo dla mnie pozytywny dzień.