Koniec balangi, nareszcie wróciłam do domu.
No tak, wyszłam z niego jeszcze w zeszłym roku przecież, a wróciłam dopiero dzisiaj po pracy.
To się nazywa dopiero balowanie, prawda?
Tak więc od początku.
Akurat w ostatnie dzień Starego Roku posypało się kilka zaproszeń na Sylwestra, nawet kolega, który milczał lata, zadzwonił i mnie też zaprosił na wspólne spędzenie tego wieczora.
A jednak z całego wachlarza propozycji wybrałam…rodzinę.
Chciałam być z nimi, a szczególnie z moimi dziewczynkami, w ten ostatni wieczór starego roku.
Było bardzo przyjemnie.
O północy wyszliśmy przed dom, gdzie Maciek puszczał sztuczne ognie. Z każdej strony wsi oczywiście też rozpozścierały się piękne fajerwerki.
Było co podziwiać.
Poszliśmy spać o całkiem przyzwoitej godzinie, jak na taką noc, czyli około 2-giej , wiec Nowy Rok przywitaliśmy bez kaca i bez bólu głowy ( i nóg też).
Wczorajszy dzień też spędziłam na rodzinym łonie.
Maciek pojechał wczoraj kupić Eurobiznes, specjalnie na tą okazję, więc w piatkę stawaliśmy się na zmianę potencjalnymi posiadaczami domkówi ,hoteli, żeby po chwili stać się….bankrutem.
Ale na szczęście nikt nie brał tej zabawy na poważnie, więc śmiechu było co niemiara.
Pewnym urozmaiceniem naszej zabawy był brak światła, poważna wichura pozrywała druty wysokiego napięcia, graliśmy więc przy świeczkach, co dodawało jeszcze dodatkowej porcji dreszczyku emocji.
Ostatnią noc też spędziłam w gościnnym domku na wsi, więc rano z Elą odrazu pojechałam sobie do przychodni, a potem do rybek.
Dopiero wieczór przygnał mnie do domu, w końcu musiałam sprawdzić, czy jestem tu jeszcze zameldowana.
Reasumując, spedziłam naprawdę bardzo miłe chwile i te świąteczne i te noworoczne, odpoczęłam, bardzo się zrelaksowałam, minęły gdzieś czarne wizje, które ostatnimi czasy mnie męczyły.
Tak bardzo było mi to potrzebne…..
Z nowym zapałem weszłam w Nowy Rok i oby tego zapału starczyło mi jeszcze na bardzo długo.