godzina 22.30 naszego czasu

Kamilka już napewno szczęśliwie wylądowała, właśnie jakoś teraz, niedawno.

A może już jest w objęciach swojego taty????

Czekam na jakąkolwiek wiadomość, ale już jestem spokojna.

Teraz, pod opieką taty, nic złego już jej stać się nie może.

Specjalnie czekałam do 22.30, chyba spokojnie mogę się położyć spać, i tak najwcześniej ciekawe wiadomości  od niej napłyną dopiero jutro……

Moja Kamilka

 



Moja Kochana , mała Kamilka.


Kiedyś zarzuciła mi, że nigdy nie wspomnę o niej w blogu.


Wymieniam wszystkie dzieci, które są w mojej rodzinie, a ją omijam.


A jak mi wypomniała, kiedyś była moją małą, najukochańszą dziewczynką.


I dalej jest, tylko już nie  taka mała, za 3 miesiące kończy osiemnaście lat.


Ile dni przy niej spędziłam, gdy była taka malutka, a jej mama musiała się nadal uczyć w pomaturaknej szkole.


Brałam wtedy same popołudniówki w szpitalu, a dopołudnia opiekowałam się Kamilką.


Do tej pory Magda śmieje się, wspominając, jak pakowałam w nią,  pod nieobecność rodziców, podwójne porcje butelki mleka, bo Kamilka taka niedożywiona…….


Jak ten czas leci, prawie osiemnaście lat.


A teraz biedaczka moja, niemała mała Kamilka , siedzi w samolocie i sama leci do swojego Ojca do Chicago.


Okropnie to długa podróż, z Krakowa wyleciała o 6 rano, a na miejscu będzie dopiero o 22.30 naszego czasu.


Tam będzie dopiero 3.30 pm (czyli popołudniu).


Pewnie będzie padnięta, będzie chciała sie zdrzemnąć, bo to akurat dla niej już to będzie pora nocna, a tu napewno Ojciec będzie z nią chciał chwilkę porozmawiać….


Trochę miała moja Kamilka  przygód po drodze, miała przesiadkę w Monachium, cichutko usiadła w poczekalni i czekała, aż ją do samolotu drugiego wywołają  (miała tam 4-5 godzin czekania), ale ponieważ nie przeszła na salę odlotów, nie mogła znaleźć swojej bramki.


Na szczęście interwencja Magdy i Mariusza poruszyła siły porządkowe na monachijskim lotnisku i szczęśliwie wsadzili ją do dobrego samolotu.


Kamilko kochana, chociaż pewno narazie nie przeczytasz tego mojego wpisu wiedz, że całym sercem jestem teraz z Tobą w samolocie i cały czas o Tobie myślę……


Kocham Cię bardzo i nie mogę się doczekać, kiedy wrócisz i opowiesz wszystkie swoje wrażenia z dalekiej podróży.


Ale baw się dobrze, dużo zwiedzaj i miej swój FUN,  jak mawiają amerykanie.


PS. A jak pozna tam jakiegoś mlodego amerykanina, zakocha się i nie wróci  już do nas ??????

Drzewo

                             

                  

 

Drzewo – symbol życia.

Stoi sobie takie samotne na drodze do Kalmara.

Stanęłam pod nim, popatrzyłam  i…..  się nim zachwyciłam.

Silne, mocno wrośnięte w niewielki kawałek ziemi, na której stoi, tuż przy szosie…

I nie poddaje się przeciwnościom losu, nie straszne dla niego smagania wiatrem ( a te ostatnie ostatnio bardzo są dokuczliwe),

nie straszne dla niego wydzieliny spalin, unoszące się nad nim.

Dzisiaj prawie nagie, bezlistne, czeka ( pdobnie jak i ja) na wiosnenne przebudzenie…..

Niemy świadek historii…..

Nareszcie dzisiaj już piątek.

Koniec z tak wczesnym wstawaniem.

Tylko pogoda do spacerów nie zachęca, jak to dobrze, że Jacek dzisiaj  po drodze mnie weźme do auta.

Brr, taka zimną , mokrą i ciemną szosą rano  ( a prawie jeszcze nocą) spacerować, to koszmar.

Więc nawet to jedno piwko, którym się dzisiaj u Jacusia wkupię, to chyba za mało za wygodę podjazdu pod sama firmę.

No i czekam dzisiaj na wieści od mojej Kamilki, (córki Magdy), sama pojechała, a raczej poleciała w daleki świat, jak sobie da radę sama biedaczka na tym  przesiadkowym lotnisku

w Monachium….

Trzymam za nią mocno kciuki.