ale ulga….

Ufff już po zakupach.


Co prawda stosownej kreacji nie kupiłam, bo nie było odpowiedniej dla mnie, te co oglądałam były nie ładne, a te, które mi sie podobały….musiałabym jeszcze ze 60 kg  mieć mniej ciała.


Tak więc problem ubrania na wesele pozostawiam otwarty, ale mam jeszcze prawie 2 tygodnie czasu, coś wymyślę.


Za to kupiłam……. nie, nie napiszę, bo Magda czyta mój blog, a to ma być niespodzianka.


Byłam w tym sklepie nie dla idiotów (Media Market oczywiście !), więc kupiłam sobie drugą część filmu DVD „Nigdy więcej „, czyli „Ja wam jeszcze pokażę” – będę miała co oglądać.


Niesamowite ilości ludzi przemieszcza się po tym M-1.


Tłum, jakby było jeszcze  przed świętami.


Ale butików jest tam bardzo mało, raczej przewaga sklepów z odzieżą sportową


Oczywiście robiłyśmy z Muchomorkiem małe przerwy w bieganiu po sklepach, wpadłyśmy na chwilkę do Kawiarni Wiedeńskiej na wspaniałą kawę ( ach, jakie ciasta tam kusiły, ale byłam silna w swoich postanowieniach i oporna na smakowitości).


Po skończonych zakupach,  ( w dalszym ciągu nie powiem, co kupiłam),  poszłyśmy na pyszny obiadek do „Sfinksa”


Półmisek żarłoka był rzeczywiście olbrzymi, wypełniony 4 rodzajami mięsa, do wyboru ryżem lub frytkami ( ja jadłam oczywiście żółty ryż), sałatką grecką, a do tego podano 3 rodzaje wspaniałych sosów.


No i gratisowo do  każdej porcji  podano kubek   grzanego piwa, na nie, niestety, się skusiłam, ale tak dawno już piwka nie piłam, smakowało wspaiale.


Nie mam żadnych obiekcji, że go wypiłam. 


Ani troszkę.


Tak więc sobotę  spędziłam bardzo intensywnie ( nie, nie na spaniu jak zazwyczaj w sobotę lubię czynić), a że nieco forsy znów z konta ubyło…( Magda, nie czytaj tego, omiń), no cóż.


Wreszcie pieniądze są po to, by je wydawać.


Acha, mam jeszcze nową torebkę ( stara wylądowała w pobliskim koszu na śmieci), kupiłam tam też coś z kosmetyków….


No a horoskop mówił mi, że…. będę rozrzutna…..


A tam, horoskop.


w horoskopie piszą przecież to,  co komu na myśl przyjdzie, nie warto w to wierzyć.


Grunt, że zakupy udane były i już.


wietrzna noc

 

Matko kochana jak ta podróż Kamili długo trwała.

Samolot o całe dwie godziny był opóźniony ( ????), tak więc rozmawiałam z nią dopiero o 1.10 w nocy.

Ale dziecko jest zadowolone, pewnie była troche zmęczona, wszak od czasu wyjścia z domu minęło prawie 20 godzin.

Swoją drogą rozumiem, że pociagi się opóźniają, ale samoloty też?

Może niedogodne jakieś warunki przy startowaniu z Monachium były, widocznie te wichury i tam się dają we znaki.

Potem czekała ją długa przeprawa przez  odprawę Emigration, aż wreszcie mogła spotkać się ze swoim tatą.

Ale to jest młoda przecież osoba, energiczna, więc takie przeciwności w podróży nie były dla niej aż tak uciążliwe – jej głos przez telefon był raczej rześki i całkiem radosny.

No nie dziwię się jej wcale, w końcu po długiej podróży szczęśliwie stanęła na amerykańskiej  ziemi ( ja tam boję się okropnie latania samolotem), a teraz tyle ciekawych i nowych przygód ją tam czeka….

I ja jestem już zadowolona, że doleciała szczęśliwie i nigdzie po drodze nam nie zniknęła.

Tu ja wspominam swoją  sprzed 30 kilku lat podróż do USA , legendarnej już ziemi obiecanej, gdzie wszystko mnie zadziwiało, było takie inne.

Ale też i czasy wtedy były inne, teraz i u nas więcej "normalności" życia, ale całą tą podróż do dzisiaj wspominam jako swoją najwiekszą przygodę życia.

Za to  jestem  dzisiaj całkiem niewyspana, bo to wietrzysko tak strasznie  targa drzewami, a  w dodatku zamontowane na moim oknie urządzenie do wypychania nikotynowego dymu uderza o szybę i tak przeraźliwie stukało, że budziłam się kilka razy w nocy.

Właśnie idę wypić sobie poranna kawusię,, muszę być przecież dzisiaj w dobrym stanie fizycznym, skoro tak wielkie zakupy przedemną.

Jeszcze zdążę się wyspać – tylko jak zaczarować ten wiatr, żeby przestał szaleć???