Styczeń to wybitnie mój feralny miesiąc
Dwa lata temu, niosąc nowy kalendarz do pracy, byłam w ferworze dobrego humoru, nie zauważyłam wystającego krawężnika i po dosyć długim „locie”, fatalnie upadłam, miałam poobijane kolana, nos i rękę w gipsie ( nosa do gipsu nie udało się zapakować).
Kilka dni temu też kupowałam kalendarz do pracy, więc już bardzo uważałam idąc z nim przez ulicę, co nie przeszkodziło, że prawie pod samą przychodnią…potknęłam się ( ciekawe o co, bo chyba nic tam wystającego raczej nie było), na szczęście pod ręką miałam jakieś auto, o które udało mi się oprzeć i uniknąć upadku.
Ale widać, co się wlecze, to nie uciecze.
Dzisiaj wyrżnęłam jak długa, potykając się tym razem (chyba) o krawężnik.
Na chodniku stała pani z psem, jaka szkoda, że nie udało mi się o nią zahaczyć ( chyba odskoczyła, gdy zobaczyła, że jakieś babsko na nią naciera hahaha) i… poleciałam na ziemię, oczywiście nosem lądując w sztachetkach płotka – że też zawsze jakieś takie dziwne płotki i krawężniki muszą wyrastać na wysokości mojego organu powonienia.
Oczywiście psu bardzo nie spodobał się ten incydent i głośno szczekając oznajmił mi, co o mnie myśli.
Wstawanie było raczej trudne, bo dosyć bolesnie poobijałam sobie kolana ( szczególnie lewe, czyli to samo co 2 lata temu podczas upadku sobie uszkodziłam), ale co było robić, trzeba było się jakoś zebrać w sobie i do domu poczłapać.
Teraz już szłam bardzo powoli, raz, że kolano przeszkadzało, dwa, że jednak trochę się…bałam
Wcale te upadki przyjemne nie są.
Po przyjściu do domu obejrzałam swoje „rany”, lewe kolano lekko zdrapane, ale silnie stłuczone i nadal boli , oczko w nowych rajstopach oczywiście poleciało ( jednak spodnie je nie obroniły), lekko naruszony nos, ale na szczęście nie złamany i przegryziona warga dolna.
No jednym słowem….. ofiara losu ze mnie.
A tak wszyscy się śmieją, że chodzę po ulicy z oczami prawie na chodniku.
Mimo to, nie udało mi się upadku ominąć.
Wiadomo…pechowy styczeń.
W następnym, będę na wszelki wypadek jeździła tylko taksówkami.
Bo w tym roku styczeń już „zaliczony”, chyba nic więcej stać się złego mi już nie może.
Norma wyrobiona. 🙂