ZIMOWA GEHENNA

TO BYŁ KOSZMARNY DZIEŃ !!!!!

Zaczął się rano od….brnięcia w śnieżnych zaspach.

Zanim dotarłam do przystanku, byłam spocona jak mysz od wysiłku , jaki musiałam włożyć w przemierzanie wielkich zimowych kopców śniegu z całkiem niezamiecionego chodnika i jezdni – dozorcy oczywiście smacznie spali w swoich łóżeczkach , podobnież i drogowcy też o tej porze oddawali się sennym marzeniom najwidoczniej, a śnieżek spokojnie sobie całą noc padał i padał……

 Nie było ani śladu śnieżnych pługów, czy piaskarek.

Miałam nogawki  spodni mokre do połowy łydek, a czekając na autobus wielokrotnie ochlapana byłam od stóp do głow śniegem z rozjeżdzonym  przez samochody błotem.

Jezdnie były całkiem śliskie, więc autobusy i samochody poruszały się w iście żółwim tempie, oczywiście autobusy były przez to mocno spóźnione, na całe szczęście Piotruś , który czekał na mnie na przystanku swoim samochodem, by mnie dalej do firmy zawieść, to domyślny chłopak, nareszcie poznałam jego imię ( niedawno o nim wspominałam bezimiennie jeszcze) i poznałam jego spokojną jazdę w naprawdę bardzo trudnych warunkach drogowych.

Byłam tym wszystkim  tak zestresowana, że z wielką przyjemnością  zaraz potem "zgrzeszyłam", jedząc wspaniały rożek drożdżowy z makiem i kruszonką z polewą lukrową, upieczony przez naszego arcymistrza kuchni kalmarowskiej – pana Wiesia.

Ale tylko jeden, chociaż kuszona nadal byłam…..

Miałam potem okropne wyrzuty sumienia ( przecież się odchudzam!!!!!), ale najgorsze jeszcze przedemną, przez conajmniej jeszcze dwa dni pan Wiesio będzie raczył nas przeróżnymi smakowitościami, musimy wypróbować wszystkie jego delicje, które w sobotę serwować będzie bardzo ważnym gościom, odwiedzającym nasza firmę.

Na szczęście droga z firmy do przychodni minęła mi prawie bezboleśnie, bo i spory kawał "po protekcji" podwieziona byłam autem ( no tak, zimą nie ma przecież poboczy na wsiowej drodze) no i drogowcy i i dozorcy na szczęście już się wyspali (  a była już 13-ta na zegarze) i wszyscy  radośnie, z  pełnią zapału zabrali się do….odśnieżania.

W przychodni na odmianę były kłopoty z prądem, "wysiadły" bezpieczniki i nie można było samemu awarii usunąć, a nasz pan elektryk…utkwił w którejś tam kolejnej…..śnieżnej zaspie.

O godz.19 zamykając przychodnię okazało się, że niestety brak prądu uniemożliwia zamknięcie zabezpieczających drzwi roletę, więc musiałam czekać, aż nadejdzie odsiecz- czyli Ania z wajhą do ręcznego zamykania owej rolety.

Na szczęście Ania raz jeszcze spróbowała uruchomić bezpieczniki, co o dziwo jej się tym razem  udało, na chwilkę prąd się "pokazał" i spokojnie mogłyśmy kluczem opuścić ją w sposób tradycyjny.

A jutro…niech Jadzia rano się martwi, jak te drzwi odblokować

W sumie w domu "wylądowałam" dopiero tuż przed 21-szą, czyli jednym słowem  ten dzień mojej pracy, pełen przygód , trwał tym razem aż 15 prawie godzin.

Ale znalazłam jeszcze trochę siły, aby swoje wszystkie przygody  jeszcze na świeżo w blogu swoim umieścić.

To był i pracowity i bardzo zarazem ciężki dzień, pełen nerwów ( przekleństw też, ale o tym cicho, sza), ale nikt mi, ani nikomu innemu nie obiecywał, że życie łatwe rozwiązania tylko przynosi.

A teraz przedemną niezbyt długa, ale spokojna, mam nadzieję noc.

A jednak dzień nie skończył się miło.

Na samym jego schyłku nadeszła smutna wiadomość :

Zmarła wspaniała aktorka, KRYSTYNA FELDMAN, niezapomniana

z wielu ról  drugoplanowych, ale przede wszystkim ze wspaniałej roli jej życia – postaci Nikifora w filmie "Mój Nikifor".

Bardzo, bardzo smutno zrobiło się na mojej duszy.

Jeszcze kilka dni temu zaledwie , widziałam w TVP wywiad z tą niezwykłą aktorką, a dzisiaj taka wiadomość…….

Mam nadzieję, że tam u tronu Najwyższego spotkali się  dzisiaj Ci dwaj mistrzowie sztuki – Pani Krystyna – aktorka i wielki mistrz malarstwa – Nikifor, aby razem omawiać wspólne drogi ich losów, które je tu na ziemi połączyły.

Spokój duszy dla  tych obydwóch Wielkich  Artystów. 

zimowe dylematy

 

A czy ja napewno lubię zimę?????

Nie jestem tego tak na sto procent pewna, chociaż wczoraj wierszem ją uczciłam.

No cóż, co innego oglądać śnieg zza okna, a co innego po nim kroczyć.

Wczoraj, gdy  wracałam wieczorem  po pracy  do domu,  śnieg ciągle padał, mokry niestety, w oczy wiatrem zacinający, całkiem nieprzyjemny.

Trzeba było mocno czapkę na nos nasunąć, a szyję w kołnierz schować, żeby po policzkach i po karku zimne śnieżynki nie tańcowały.

Auta jeździły zdecydowanie pomału przez zaśnieżone ulice ( a służby porządkowe tradycyjnie przyspały, pewnie nie spodziewali się , biedacy, jednak śnieżnych opadów, chociaż wszyscy meteorologowie o tym od kilku dni trąbili), niepewnie na śliskiej powierzchni się czując.

Ja również  nie bardzo jestem jeszcze dostosowana do zimowych warunków, toteż wolałam sobie iść pomalutku, bez narażania się na upadki.

Za to okropnie marzną mi palce u nóg i…. u rąk, mimo, że niby ciepłe rękawice noszę.

Ciekawe, przecież w tych samych rękawiczkach całkiem niedawno jeszcze przebywałam w komorze krio, gdzie temperatura była zdecydowanie dużo mniejsza, niż  wczoraj u nas na ulicach, a tak paluszki mi nie marzły.

A może już nie pamiętam???

A tymczasem śnieżek sobie nadal spokojnie pada, już pada, a nie prószy, przez okno widać pełne śniegu jezdnie i chodniki….jednym słowem biała rzeczywistość, z którą już za kilkanaście minut będę się musiała uporać.

Znów brnąć będę w śniegu ( tak, tak sporo go leży), a i jechać autem takimi nieodśnieżonymi drogami strach.

Nie, zdecydowanie nie lubię  jednak zimy.

WIOSNO WRÓĆ !!!!!!