
Tak jak już wczoraj pisałam, ta noc była jednak stanowczo za krótka……
Ledwo głowę do poduszki przyłożyłam, a już zaterkotał budzik.
Godzina piąta, pora wstawać.
Niestety, za oknem ciągle…zima.
Ale dzisiaj dozorcy mogą spokojnie spać, nie napadało ani trochę nowego śniegu, a więc wszystko wskazuje na to, że dzisiaj prawie, że „suchą nogą” przebiję się do przystanku.
Chociaż, z drugiej strony, jest nieco ślisko, gdyż niewielki mrozik zlodził nieco i jezdnie i chodniki, ale najwyższa pora, abym przestawila się na zimowe warunki i niewygody chodzenia.
Przecież do upadku wcale nie musi być ślisko, jak widać było kilka dni temu.
Przyznaję, po tym upadku znów zaczęłam wolniej chodzić, trochę może to denerwujące, gdy wszyscy ludzie cię mijają, ale lepiej chodzić wolniej i bezpieczniej, niż narażać się na następne urazy.
Otworzyłam okno, aby świeże powietrze nieco mnie otrzeźwiło z nocnych mar, ( no i oczywiście przegnało wstrętne nikotynowe zapachy !), patrzę, a pod lampą uliczną wisi wspaniały, długi sopel lodu – namacalny dowód zimowej, mroźnej aury.
Ech, szkoda nawet gadać, jest jak jest i pewnie nie szybko na lepsze się zmieni…
Dobrze, że za oknem tylko kilkustopniowy mróz, wspominam te minus 20 – sto stopniowe zeszłoroczne dni styczni, gdy człowiek ubierał na siebie podwójne warstwy ubrań i postanawiam już nie narzekać.
Jeszcze tylko dzisiaj i jutro przedemną te wczesne , nocno poranne spacery do pracy, jakoś wytrzymam.
Zastanawiam się tylko, jak ja w sobotę w tej zwiewnej mojej kreacjii po śniegu kroczyć będę?.
Wciąż zapowiadają nowe opady śniegu…….
Pewnie, że będe jechała tam autem, ale jednak…….do auta też dojśc jakoś trzeba.
No i jak botki będa pasowały do tej mojej „zwiewności”???
Chyba jednak będę się w nią przebierała dopiero w samym lokalu, zresztą mam jeszcze całe dwa dni na zastanawianie się….
Narazie muszę już do pracy się zbierać. Znów Piotruś po drodze na mnie z autkiem czeka, nie mogę się spoźnić przecież…….