Pod śniegiem…..

  

 

Rozczuliłam się wczoraj, gdy tą jarzębinkę, otuloną śnieżną kołderką zobaczyłam…..

Musiałam oczywiście zrobić jej zdjęcie.

Całkiem miłe południe wczoraj było, takie lekko mroźne, ale z nikłymi promieniami słoneczka, no i najważniejsze nie padał już śnieg.

Co prawda popoludniu jeszcze kilka śnieżynek z nieba spadło, ale nie długo te opady trwały i raczej nikłe były….

Jednakowoż zima nadal nie odpuszcza, z czego niewątpliwie dzieciaczki się cieszą, bo wszystkie górki w parkach roją się od kolorowych saneczkarzy i rozbrzmiewają radosnym piskiem i śmiechem.

A niech te dzieci trochę radości mają, bo już za trzy dni ferie się kończą i znów do szkolnej ławy powracać będą musiały…..

Na szczęście dzisiaj piątek, ale przyznam, że nie szczególnie się czuję, jakby jakieś choróbsko mnie od śodka rozkładało…nie daj Boże, bo jutro weselisko.

Najchętniej wróciłabym jeszcze do ciepłego łóżeczka..

Chyba to jednak niemożliwe.

Okazja

Dla Moniki, wiosenne dzwoneczki i słonik na szczęście…..

Dzisiaj są urodziny Moniki.

Wiele  lat temu, ( a nie ujawnię dokladnie ile lat temu, przez wzgląd na dostojną Jubilatkę),  po raz pierwszy dzięki niej zostałam Ciocią.

Pamiętam, jak to wtedy przeżywałam bardzo mocno.

Dzisiaj widzę tylko, jak ten czas okropnie szybko na przód pędzi.

Dzisiaj jestem już nie tylko wielokrotną ciocią, ale też i wielokrotną ciocią – babcią.

I na ciocię  –  prababcię też już mam  niestety "widoki" 🙂

Ech, łza ze wzruszenia w mym oku się kręci…….

w nocy, a nad ranem….


Tak jak już wczoraj pisałam, ta noc była jednak stanowczo za krótka……


Ledwo głowę do poduszki przyłożyłam, a już zaterkotał budzik.


Godzina piąta, pora wstawać.


Niestety, za oknem ciągle…zima.


Ale dzisiaj dozorcy mogą spokojnie spać, nie napadało ani trochę nowego śniegu, a więc wszystko wskazuje na to, że dzisiaj  prawie, że „suchą nogą” przebiję się do przystanku.


Chociaż, z drugiej strony, jest nieco ślisko, gdyż niewielki mrozik zlodził nieco i jezdnie i chodniki, ale najwyższa pora, abym przestawila się na zimowe warunki i niewygody chodzenia.


Przecież do upadku wcale nie musi być ślisko, jak widać było kilka dni temu.


Przyznaję, po tym upadku znów zaczęłam wolniej chodzić, trochę może to denerwujące, gdy wszyscy ludzie cię mijają, ale lepiej chodzić wolniej i bezpieczniej, niż narażać się na następne urazy.


Otworzyłam okno, aby świeże powietrze nieco mnie otrzeźwiło z nocnych mar, ( no i oczywiście przegnało wstrętne  nikotynowe zapachy !), patrzę, a pod lampą uliczną wisi wspaniały, długi sopel lodu – namacalny dowód zimowej, mroźnej aury.


Ech, szkoda nawet gadać, jest jak jest i pewnie nie szybko na lepsze się zmieni…


Dobrze, że za oknem tylko kilkustopniowy mróz, wspominam te minus  20 – sto  stopniowe zeszłoroczne dni styczni, gdy człowiek ubierał na siebie podwójne warstwy ubrań i postanawiam już nie narzekać.


Jeszcze tylko dzisiaj i jutro przedemną te wczesne , nocno poranne  spacery do pracy, jakoś wytrzymam.


 Zastanawiam się tylko, jak ja w sobotę w tej zwiewnej mojej kreacjii po śniegu kroczyć będę?.


Wciąż zapowiadają nowe opady śniegu…….


Pewnie, że będe jechała tam autem, ale jednak…….do auta też dojśc jakoś trzeba.


No i jak botki będa pasowały do tej mojej „zwiewności”???


Chyba jednak będę się w nią przebierała dopiero w samym lokalu, zresztą mam jeszcze całe dwa dni na zastanawianie się….


Narazie muszę już do pracy się zbierać. Znów Piotruś po drodze na mnie  z autkiem czeka, nie mogę się spoźnić przecież……. 




 

ZIMOWA GEHENNA

TO BYŁ KOSZMARNY DZIEŃ !!!!!

Zaczął się rano od….brnięcia w śnieżnych zaspach.

Zanim dotarłam do przystanku, byłam spocona jak mysz od wysiłku , jaki musiałam włożyć w przemierzanie wielkich zimowych kopców śniegu z całkiem niezamiecionego chodnika i jezdni – dozorcy oczywiście smacznie spali w swoich łóżeczkach , podobnież i drogowcy też o tej porze oddawali się sennym marzeniom najwidoczniej, a śnieżek spokojnie sobie całą noc padał i padał……

 Nie było ani śladu śnieżnych pługów, czy piaskarek.

Miałam nogawki  spodni mokre do połowy łydek, a czekając na autobus wielokrotnie ochlapana byłam od stóp do głow śniegem z rozjeżdzonym  przez samochody błotem.

Jezdnie były całkiem śliskie, więc autobusy i samochody poruszały się w iście żółwim tempie, oczywiście autobusy były przez to mocno spóźnione, na całe szczęście Piotruś , który czekał na mnie na przystanku swoim samochodem, by mnie dalej do firmy zawieść, to domyślny chłopak, nareszcie poznałam jego imię ( niedawno o nim wspominałam bezimiennie jeszcze) i poznałam jego spokojną jazdę w naprawdę bardzo trudnych warunkach drogowych.

Byłam tym wszystkim  tak zestresowana, że z wielką przyjemnością  zaraz potem "zgrzeszyłam", jedząc wspaniały rożek drożdżowy z makiem i kruszonką z polewą lukrową, upieczony przez naszego arcymistrza kuchni kalmarowskiej – pana Wiesia.

Ale tylko jeden, chociaż kuszona nadal byłam…..

Miałam potem okropne wyrzuty sumienia ( przecież się odchudzam!!!!!), ale najgorsze jeszcze przedemną, przez conajmniej jeszcze dwa dni pan Wiesio będzie raczył nas przeróżnymi smakowitościami, musimy wypróbować wszystkie jego delicje, które w sobotę serwować będzie bardzo ważnym gościom, odwiedzającym nasza firmę.

Na szczęście droga z firmy do przychodni minęła mi prawie bezboleśnie, bo i spory kawał "po protekcji" podwieziona byłam autem ( no tak, zimą nie ma przecież poboczy na wsiowej drodze) no i drogowcy i i dozorcy na szczęście już się wyspali (  a była już 13-ta na zegarze) i wszyscy  radośnie, z  pełnią zapału zabrali się do….odśnieżania.

W przychodni na odmianę były kłopoty z prądem, "wysiadły" bezpieczniki i nie można było samemu awarii usunąć, a nasz pan elektryk…utkwił w którejś tam kolejnej…..śnieżnej zaspie.

O godz.19 zamykając przychodnię okazało się, że niestety brak prądu uniemożliwia zamknięcie zabezpieczających drzwi roletę, więc musiałam czekać, aż nadejdzie odsiecz- czyli Ania z wajhą do ręcznego zamykania owej rolety.

Na szczęście Ania raz jeszcze spróbowała uruchomić bezpieczniki, co o dziwo jej się tym razem  udało, na chwilkę prąd się "pokazał" i spokojnie mogłyśmy kluczem opuścić ją w sposób tradycyjny.

A jutro…niech Jadzia rano się martwi, jak te drzwi odblokować

W sumie w domu "wylądowałam" dopiero tuż przed 21-szą, czyli jednym słowem  ten dzień mojej pracy, pełen przygód , trwał tym razem aż 15 prawie godzin.

Ale znalazłam jeszcze trochę siły, aby swoje wszystkie przygody  jeszcze na świeżo w blogu swoim umieścić.

To był i pracowity i bardzo zarazem ciężki dzień, pełen nerwów ( przekleństw też, ale o tym cicho, sza), ale nikt mi, ani nikomu innemu nie obiecywał, że życie łatwe rozwiązania tylko przynosi.

A teraz przedemną niezbyt długa, ale spokojna, mam nadzieję noc.

A jednak dzień nie skończył się miło.

Na samym jego schyłku nadeszła smutna wiadomość :

Zmarła wspaniała aktorka, KRYSTYNA FELDMAN, niezapomniana

z wielu ról  drugoplanowych, ale przede wszystkim ze wspaniałej roli jej życia – postaci Nikifora w filmie "Mój Nikifor".

Bardzo, bardzo smutno zrobiło się na mojej duszy.

Jeszcze kilka dni temu zaledwie , widziałam w TVP wywiad z tą niezwykłą aktorką, a dzisiaj taka wiadomość…….

Mam nadzieję, że tam u tronu Najwyższego spotkali się  dzisiaj Ci dwaj mistrzowie sztuki – Pani Krystyna – aktorka i wielki mistrz malarstwa – Nikifor, aby razem omawiać wspólne drogi ich losów, które je tu na ziemi połączyły.

Spokój duszy dla  tych obydwóch Wielkich  Artystów. 

zimowe dylematy

 

A czy ja napewno lubię zimę?????

Nie jestem tego tak na sto procent pewna, chociaż wczoraj wierszem ją uczciłam.

No cóż, co innego oglądać śnieg zza okna, a co innego po nim kroczyć.

Wczoraj, gdy  wracałam wieczorem  po pracy  do domu,  śnieg ciągle padał, mokry niestety, w oczy wiatrem zacinający, całkiem nieprzyjemny.

Trzeba było mocno czapkę na nos nasunąć, a szyję w kołnierz schować, żeby po policzkach i po karku zimne śnieżynki nie tańcowały.

Auta jeździły zdecydowanie pomału przez zaśnieżone ulice ( a służby porządkowe tradycyjnie przyspały, pewnie nie spodziewali się , biedacy, jednak śnieżnych opadów, chociaż wszyscy meteorologowie o tym od kilku dni trąbili), niepewnie na śliskiej powierzchni się czując.

Ja również  nie bardzo jestem jeszcze dostosowana do zimowych warunków, toteż wolałam sobie iść pomalutku, bez narażania się na upadki.

Za to okropnie marzną mi palce u nóg i…. u rąk, mimo, że niby ciepłe rękawice noszę.

Ciekawe, przecież w tych samych rękawiczkach całkiem niedawno jeszcze przebywałam w komorze krio, gdzie temperatura była zdecydowanie dużo mniejsza, niż  wczoraj u nas na ulicach, a tak paluszki mi nie marzły.

A może już nie pamiętam???

A tymczasem śnieżek sobie nadal spokojnie pada, już pada, a nie prószy, przez okno widać pełne śniegu jezdnie i chodniki….jednym słowem biała rzeczywistość, z którą już za kilkanaście minut będę się musiała uporać.

Znów brnąć będę w śniegu ( tak, tak sporo go leży), a i jechać autem takimi nieodśnieżonymi drogami strach.

Nie, zdecydowanie nie lubię  jednak zimy.

WIOSNO WRÓĆ !!!!!!

Ś N I E G

Z nieba  wreszcie dzisiaj śnieżek biały leci

cieszcie się już, cieszcie wszystkie  moje dzieci.

będą śnieżne bomby, wesołe  bałwanki,

będą łyżwy,  narty,  a dla mniejszych sanki.

Buzie  mały mrozik na rumiane zmieni.

nosek też niejeden wam się zaczerwieni,

uszy także z mrozu będą ciut szczypały,

ale przecież to jest wszak ambaras mały.

bo gdy śnieżek pada nikt się już nie złości,

zima daje wszystkim dzieciom moc radości.

Oblężone wkrótce będą wszystkie górki,

bo zjechać z nich można z górki na pazurki.

I wesoło po śniegu będzie się hasało,

by długo się  miło  zimę  wspominało

Bo  wiosna jest śliczna, lato  jest gorące,

gdy gołą nóżką stąpasz po kwiecistej łące.

Jesień kolorami swymi  mami oczy,

ale zima biała wszystkich zauroczy.

Bo przecież tak długo wszakże nań czekamy,

 nareszcie Kochani, zimę  prawdziwą  już mamy.

 

Łzy……


To zdjęcie usiłowałam wczoraj posłać jako plik Kamilce na gg, oczywiście nie udało mi się, bo gadulec ostatnio coś „szaleje”. Więc posyłam jej tutaj moja podobiznę, żeby tak całkowicie nie zapomniała, jak wyglądam.


I posyłam jej tą jedna moją łezkę na policzku, żeby wiedziała, że o niej pamiętam, że tęsknię…..


Bo chociaż czasem zdarzało mi się nawet dłużej  czasem jej nie widzieć, ale teraz wiem, że jest tak bardzo daleko, za dużą kałużą……..


A więc rozmawiałam z nią wczoraj na gadulcu, co prawda za wiele mi nie opowiedziała o swojej podóży po Meksyku, ale wiem, że jest bardzo zadowolona i narobiła  całą masę zdjęć, które zobowiązała się mi posłać.


Może i coś z nich uda mi się umieścić  na moim blogu?????


Jeszcze jedno takie poranne moje przemyślenie: Łzy……


Była ona, dajmy na to  Ewa, był on, powiedzmy Adam. Młodzi i zakochani, podobno zakochani, bo on nagle po 3 latach powiedział, że to jednak nie to.


Odszedł, zostawiając ją w rozpaczy……..


Niby sprawa banalna, jakich wiele.


Ale zdarzyła się całkiem niedaleko mnie, znałam ich obu, lubiłam…


Oj dziewczyno, zapamiętaj, żaden mężczyzna nie jest wart twoich łez.


Jeżeli odszedł, znaczy nie wart twojego był uczucia.Może tego teraz nie rozumiesz, ale czas naprawdę leczy rany i kiedyś dojdziesz do wniosku, że właściciwe bardzo dobrze, że tak właśnie się stało.


Poznasz wkrótce kogoś, z kim wspólnie przez życie kroczyć będziesz…..


Tego jedynego, dla którego tylko łza szczęścia przetoczy się po twoim policzku. Bo tylko jedna taka łza, warta jest istnienia dla drugiej osoby.


Nie łza rozpaczy, a łza szczęścia, dzielenia swojego życia z kimś, kto ceni w tobie to, co najważniejsze…… twoje serce, twoje uczucia, twoje oddanie.


A teraz dosyć porannych rozmyśleń, ciągle jeszcze ciemna za oknem  rzeczywistość wzywa do codzienngo działania.


Poranna kawa już wypita……



.



moje szczęście

I chociaż rano pełna optymizmu wstałam, jakoś w ciągu dniu optymizm wyraźnie  mi zanikł.


Nie, nie było żadnych ku temu szczególnych powodów, dzień jak codzień, ale bez wzlotów, na szczęście i bez upadków też.


Sama siebie ostatnio nie rozumiem, jakoś negatywnie jestem do wszystkiego nastawiona, zmęczona, czy….niedożywiona??


Fakt, dzisiaj głód okropnie mi dokucza, jak już danwo nie, zupełnie nie rozumiem, dlaczego??


Czyżby mrozy nadciągały???


Dzisiaj  ostatecznie podjęłam dezycję – nie jadę  w następną sobotę na spotkanie czatusiów do Mikołowa.


Za dużo imprez naraz by było, a poza tym, coś coraz mniej mnie to internetowe życie pociąga.


Trudno, pewnie stracę paru przyjaciół,   ale jakoś nie mogę się przemóc do tego paplania o niczym.


A jeszcze niedawno żyć bez spotkań w pokoju 50 lat nie mogłam……


Podobno co 7 lat człowiekowi się zmienia charakter,  widać na mnie ” bum” padło  już teraz.


Tak więc : extrafotka całkowicie już mi odpadła ( zrezygnowałam i zostałam skreślona z własnej zresztą woli z listy uczestników),  czatowanie też jest raczej u mnie z tendencją do rezygnowania, albo conajmniej do wielkiego ograniczenia, na szczęście pozostało mi moje ulubione blogowanie.


I całe szczęście  !!!!


miłego poniedziałku


 


I chociaż zaspana bardzo jestem, bo jak już pewno wiecie, znów muszę wstawać w tym tygodniu w środku nocy,  ( a obudziłam się sama, na pięć minut przed budzikiem!),


 wszystkim  życzę miłego pierwszego dnia tygodnia, a i pozostałe też niech będą miłe.


Ja z niecierpliwością już czekam na weekend, bo na weselisko w sobotę mojej Magdusi  idę.


Więc jak nie wstawać w poniedziałkowy świt z radosnym nastawieniem do świata????


Jak widać, już od świtu świeci mi światełko nadzieji……


Na dobry dzisiejszy dzień ( wszak nie będzie dzisiaj spacerów zimną szosą- będę jechała autem z młodym pracownikiem o nieznajomym mi jeszcze imieniu), na miłe popołudnie ( w przychodni zapowiada się nieco mniej roboty), na……..


( tu można sobie dopisać własne życzenia do woli,


ilość nieograniczona)


 moje najlepsze życzenia.


Co prawda kolanko po sobotnim moim upadku nieco jeszcze mi dokucza, ale od czego są medykamenty?


Tych zresztą coraz wiecej łykam codziennie, czego nie cierpię, a już


 też pomału stają się  namacalnym świadectwem starzenia się organizmu…


Żeby człowiek swoje zdrowie lekarstwami podpierać musiał, coś okropnego.


No cóż, z czasem człowiek nie wygra, z niedoskonołaściami ciała też, niestety.


I z taką oto konkluzją, wyruszam ( radośnie, jak wyżej napisałam) w następny etap mojego pracowitego życia, bo najpierw trzeba zapracować, aby móc się potem bawić.


Wszystko w życiu ma swoją przecież kolej.


Pa.


jak tracić pienišdze nie wychodzšc z domu

No nie całkiem po mojej myśli ta niedziela przeszła, ale niech już tak będzie,  niech będzie moja  krzywda…


Dzisiaj przyszedł pan Józio i znów mój komputer przeszedł generalną konserwację.


A że jestem uboższa o całe 50 zł ???, no trudno.


Kiedyś fakt, jakoś mniej za te naprawy płaciłam, widać teraz uznał, że jestem majętna osobą…..


Kiedyś się śpiewało : i przyszedł Józio i przyniósł pączki, całuję buzię, całuję rączki.


A dzisiaj…..50 zł się należy haha. Pączków nie było….


No i tak trzeba, do życia trzeba podchodzić z humorem, bo ono samo od siebie takie już smutnawe…..