no to mamy niedzielę…

 


 


Całkiem łzawą, deszcz kropi za oknem, zakałużone ulice…


Taka nieciekawa niedziela się zapowiada, akuratna na…..spanie i na  


nie wyścibianie nosa z domu.


Więc dla lepszego samopoczucia wsadziłam sobie wiosenne frezje, niech pachną bosko w moim blogu.


Wiosna..wiosenka , znów się rozmarzyłam, ale trudno nie marzyć, jak tak ponuro za oknem….


A jutro moje dziewczynki : Daria,Wiktoria, Oleńka i Marcysia na zimowisko wyjeżdżają.


No i podobno właśnie od jutra śnieg ma padać…..


Niech sobie pada, niech dziewczyny cieszą się zimowym pejzażem, a ja jakoś, w tej śnieżnej podróży na wieś, też sobie poradzę.


Jutro umówiłam sie z młodym pracownikiem – nawet nie znam jego imienia, który odbierze mnie z ul.Prądnickiej już za kwadrans siódma rano, co oznacza, że znów bardzo wczesny tydzień wstawania mnie czeka…..


Wczoraj, w przypływie impulsu, kupiłam sobie gumę nicorete. Kupowałam  w aptece akurat aspargin przeciwko moim skurczom łydek , przy okazji wpadła  mi w oczy rekalama tej gumy, więc dałam się namówić na jej  kupno , chociaż tylko wyraziłam swoje nią zainteresowanie, no cóż, pani aptekarka profensjonalnie mnie potraktowała i……wyszłam z dwoma lekarstwami z apteki.


Całkiem….niedobra ta guma tylko jedną sobie pożułam i…wróciłam radośnie do papierosków.


Na szczęście kupiłam tylko jeden listek tego „świństwa”, chociaż nie zarzekam się, może jeszcze do niego powrócę….


Ale od nowego tygodnia, jakby co, bo najlepiej wszystko zaczynać od początku w poniedziałek.


Ani sobota, ani niedziela nie są  na to odpowiednimi dniami.


Tak mało mam czasu dla siebie przez cały tydzień, niech przynajmniej dzisiejszy dzień będzie pełny relaksu i luzu.


Nawet psychicznego.


Nic nie muszę, tylko chę, pragnę…..


Otto motto mojego dzisiejszego dnia.




 


 

i znów upadła kobieta

Styczeń to wybitnie mój feralny miesiąc


Dwa lata temu, niosąc nowy kalendarz do pracy, byłam w ferworze dobrego humoru, nie zauważyłam wystającego krawężnika i po dosyć długim „locie”, fatalnie upadłam, miałam poobijane kolana, nos i rękę w gipsie ( nosa do gipsu nie udało się zapakować).


Kilka dni temu też kupowałam kalendarz do pracy, więc już bardzo uważałam idąc z nim przez ulicę, co nie przeszkodziło, że prawie pod samą przychodnią…potknęłam się ( ciekawe o co, bo chyba nic tam wystającego raczej nie było), na szczęście pod ręką miałam jakieś auto, o które udało mi się oprzeć i uniknąć upadku.


Ale widać, co się wlecze, to nie uciecze.


Dzisiaj wyrżnęłam jak długa, potykając się tym razem (chyba) o  krawężnik.


Na chodniku stała pani z psem, jaka szkoda, że nie udało mi się o nią zahaczyć ( chyba odskoczyła, gdy zobaczyła, że jakieś babsko na nią naciera hahaha) i… poleciałam na ziemię, oczywiście nosem lądując w sztachetkach płotka – że też zawsze jakieś takie dziwne płotki i krawężniki muszą wyrastać na wysokości mojego organu powonienia.


Oczywiście psu bardzo nie spodobał się ten incydent i głośno szczekając oznajmił mi, co o mnie myśli.


Wstawanie było raczej trudne, bo dosyć bolesnie poobijałam sobie kolana ( szczególnie lewe, czyli to samo co 2 lata temu podczas upadku sobie uszkodziłam), ale co było robić, trzeba było się jakoś zebrać w sobie i do domu poczłapać.


Teraz już szłam bardzo powoli, raz, że kolano przeszkadzało, dwa, że jednak trochę się…bałam


Wcale te upadki przyjemne nie są.


Po przyjściu do domu obejrzałam swoje „rany”, lewe kolano lekko zdrapane, ale silnie stłuczone i nadal boli , oczko w nowych rajstopach oczywiście poleciało  ( jednak spodnie je nie obroniły), lekko naruszony nos, ale  na szczęście nie złamany i przegryziona warga dolna.


No jednym słowem….. ofiara losu ze mnie.


A tak wszyscy się śmieją, że chodzę po ulicy z oczami prawie na chodniku.


Mimo to, nie udało mi się upadku ominąć.


Wiadomo…pechowy styczeń.


W następnym, będę  na wszelki wypadek jeździła tylko taksówkami.


Bo w tym roku styczeń już „zaliczony”, chyba nic więcej stać się złego mi już  nie może.


Norma wyrobiona. 🙂






skurczybyk

 

Pół nocy walczyłam dzisiaj ze skurczami.

Raz lewa, raz prawa noga.

Taki skurcz, szczególnie łydki, to prawdziwy skurczybyk, potrafi w samym środku nocy człowieka na baczność postawić…

Ale ile razy można zasypiać i budzić się spowrotem??

Toteż o 5.30 już wstałam i rozpoczęłam swój dzionek.

Przynajmniej do przychodni się nie spóźnię 🙂

Może przynajmniej dzisiejszy dzień przyniesie nieco ukojenia moim nerwom, bowiem wczoraj jakoś okropnie podminowana byłam, szczególnie wieczorem.

A dzisiaj luzik, pójdę tylko na kilka godzin do przychodni, a potem….

znów nic nie planuję, co będzie, to będzie.

Na szczęście wiatry szalone już ustały, co prawda zapowiadają śnieżne i to obfite opady, ale to dopiero w następnym tygodniu.

Oj, ucieszą się dzieciaczki na tych zimowiskach, ucieszą…….

Gdyby…

Gdyby to był inny piątek, może bym się i nim cieszyła.

A tak, czym się mam cieszyć, skoro jutro przed 7-mą rano wstawać muszę i do pracy iść też muszę.

W dodatku okropnie i zmarzłam i zmokłam, czekając wieczorem  na przystanku  autobusowym.

Wniosek : czasami piątki nie są wcale takie radosne, jaby to się mogło wydawać, z pozoru…….

 

wiatr

 

Nie nawidzę wichury.

Źle wpływa na moja psychikę

A ten ostatnio wyje jak potępieniec, idący na szubienicę,uderza w szyby okna jakimiś kablami, dzwoniąc o szybę i nie pozwalając spać.

W dodatku późnym wieczorem, a raczej już początkiem wczesnej

nocy  była burza – całkiem jak na wiosnę.

Bo jakoś w zimie chyba burze raczej nie istnieją?

Co prawda nie jakaś wielka ta burza była, trochę grzmotów i błysków, ale jednak…..

I jak tu rano można powiedzieć, że człowiek wstał wypoczęty??

I nadal wieje i wiać nie przestanie, strach teraz chodzić ulicami,  żeby nie oberwać po głowie spadającym drzewem, gałęziami , czy kawałkami dachówki.

Już w TVP  wieszczą o kilku śmiertelnych i wielu mniej groźnych  takich wypadkach .

Zgroza !!!

Ale cóż, już jest grubo po godzienie 7-mej ( trochę dłużej dzisiaj jakoś pospałam, niż zazwyczaj), najwyższa pora ze swojej dziupli wyglądnać…

Dzisiaj może ( ale nie musi wcale) być nieco nerwowy dzień, więc na wszelki wypadek muszę uzbroić się w podwójną cierpliwość i tak zwany anielski spokój.

Pa.

p o z o r y

A całe to życie to tylko pozory i układziki.

A w sumie nic się nie zmienia.

I tak ma być.

Bo po co z wiatrakami walczyć?

A wiatr dzisiaj akurat taki, że ledwo co szosą szłam – gdybym była piórkiem, odfrunęłabym pewnie.

A deszcz rozpływa się kroplami po szybach.

Układają się w piękne perełki, od których odbija się blask latarni.

Nawet w deszczu piękno odkrywać widać można……

Ale tylko wtedy, gdy  jest  się w domu, gorzej, gdy  deszcz spływa zimnym strumieniem po karku.

Czyżby znów jesień nadeszła???????

Jesienna mżawka………….

…….Styczniowa szaruga, pełna od wiatru i i wody.

Kolce życia

 

  

Dzisiaj spieszyć się muszę bardzo, bo  to ja dzisiaj otwieram przychodnię.

Muszę tam być conajmniej minutę przed godziną ósmą….

A tu wszystko, jak na złość z rąk leci.

Tak to bywa, jak sie człowiek spieszy…….

to się cieszy, oj cieszy.

 

Więc i dzisiejszy wpis będzie zupełnie krótki.

Muszę nadrobić poranne zaległości, bo inaczej autobus będę goniła.

A skąd te kaktusy?

Życie najeżone jest takimi kolcami, jakie na tych kaktusach wyrosły, cała sztuka polega na tym, żeby je umiejętnie omijać.

A ja, bierny uczestnik losu, cierpliwie sobie czekam na ……

No właśnie, jak "to" się dalej wszystko potoczy????

Jestem niby w środku, a jednak na uboczu, nie do mnie ( na szczęście) należy podejmowanie decyzji, chociaż i mnie one dotyczyć będą.

Oj przydałaby się większa wygrana w Totolotka, ale to jest raczej mało prawdopodobne, chociaż teraz wiedziałabym, gdzie je ulokować.

Ale to tylko takie moje senne mrzonki.

Pora się obudzić i realnie na świat popatrzeć, przyjąć takim, jakim jest.

W takim bądź razie, idę na pieniążki  sama zapracować.

Wszak  mój tydzień pracy kończy się dopiero pojutrze,

po godz 14.

Pieniądze, podobno, szczęścia nie dają, ale jakże życie ułatwiają.

A może  jednak w sobotę skuszę los wykupionym kuponem ?

 

wieczorkowy wpisik

Dzień ma się już ku końcowi, był ciepły i słoneczny, prawie jak marcowy.

Humorek już chyba wrócił na swoje miejsce, katarek troszkę odpuścił, czyli ogólnie źle nie jest.

Dzisiaj zostałam umówiona do fryzjera i do makijażu (???), i to tam, gdzie będzie się Magda czesała, a podobno, kto pierwszy usiądzie na fotelu, na którym czesała się panna młoda, rychło za mąż wyjdzie.

Muszę pilnować tego fotela, bo na łapanie welona nie mam co liczyć.

A może chociaż bukiecik  rzucon raczkami panny młodej w moje ręce wpadnie?????

A tam, żartowałam oczywiście, po co mi na stare lata mąż

Ino  same zgryzoty bym miała.

Co innego miły Pan do towarzystwa , na wspólne spacery, wypady do kina czy teatru, o to tak i owszem.

Ale, żeby wypić szklankę mleka nie potrzebuję ani mleczarni, ani krowy kupować 🙂

I  na tym i koniec mądrkowania na dzisiaj.

Oczywiście żartowałam. 🙂

Ulubiona środa…


 


Wstała sobie dzisiaj cichutko ta środa, bladym świtem.


I powiedziała mi, nie martw się, te wszystkie twoje frustracje już są za tobą, przespałaś je i teraz już tylko musi być lepiej….


I oby  tak było.


Co wydałam, to wydałam, trudno, już się nie wróci, chociaż nawet moja siostra i sama Magda uznały, że zaszalałam.


Ale czasami trzeba ( oj, jednak horoskop prawę pisał, że lekką rączkę będę miała !!!)


Wczoraj dostałam kilka wiadomości od użytkowników


 extrafotki – wszystkie wyrażały żal, że zrezygnowałam, że tak łatwo się poddałam.


Wcale nie tak łatwo, bo konflikt pomiędzy extrafotką, a mną, trwał od dłuższego czasu.


Ale ja nie Don Kichot, z wiatrakami walczyć nie będę.


Skoro nie zasługuję na to, żeby moje zdjęcia widoczne były dla wszystkich użytkowników ( Ci „wybrani” i tak zawsze  odnaleźli moje zdjęcia, wchodząc bezpośrednio na moja stronę), skoro z większym gronem ludzi nie mogę podzielić się tym, co czuję, muszę zrezygnować.


Mam nadzieję, że nikt mnie tu o megalomanię nie posądzi, pewnie, że lepsza garstka dobrych przyjaciół, niż szerokie grono


przeróżnych znajomych, ale  uważam, że moje zdjęcia wcale nie były gorsze od tych, które na ogólnej stronie się pokazują, więc i względy ambicjonalne też dopełniły czarę mojej goryczy. 


A poza tym, w trakcie wymiany korenspondencji mailowej pomiędzy mną, a panią, odpowiedzialną za extrafotkę, ta wielokrotnie wykazywała, że to, co ja  do niej piszę, mija się z prawdą, że moje zarzuty są nieuzasadnione, po czym ….nic się nadal nie zmieniało, nadal moje fotki były pomijane.


Nie bardzo lubię, jak się ze mnie robi , delikatnie mówiąc, idiotkę,


a ponieważ nie można zlikwidować samemu  swojego konta, usunęłam z niego wszystkie swoje zamieszczone tam zdjęcia.


I na tym temat EXTRAFOTKA zakończyłam.


HOWK !


Dzisiejsza noc nie była szczególna, przez ten katar budziłam się wielokrotnie, ba, bawet o 4.17 już wstałam, ale z jaką ulgą położyłam się spowrotem……. przedemną było jeszcze dobre 2 godziny spania.


Niestety, po obudzeniu się, katar pozostał, a, nawet się nasilił, mimo wielkiej ilości zjedzonych wczoraj medykamentów.


No tak, nieleczony katar trwa (conajmniej) tydzień, a ten leczony (conajmniej) 7 dni.


Więc teraz sobie idziemy razem do pracy, ja i mój katar.


Zaopatrzyłam się we wielką ilość chusteczek higienicznych i następną porcję medykamentów – noszę ze sobą istną aptekę,  tak łatwo się nie dam.


A…….PSIK……..


 



F R U S T R A C J E

 


                                                  N  I  E   !!!!!


1.  mierzyłam sukienkę – niestety chuda nie jestem, to brzuszysko !!!


2.  powiedzmy sobie szczerze, nigdy nie będę szczupła !!!, chociażbym


    nie wiem co robiła i nic nie jadła,  brzuch – balon  pozostanie.


3.  po co wydałam tyle pieniędzy na tš sukienkę?? zgroza !!!!!


4. rozstałam się definitywnie z extrafotkš, widać mnie tam już nie lubiš, a


   napewno nie lubiš moich zdjęć. Więc je wszystkie zlikwidowałam.


   WNIOSEK :


   dzisiejszy dzień jest zdecydowanie na


     N I  E  !!!!!!!!!!!