Okazuje się…

 

 

No właśnie, okazuje się, że czasami pozornie proste sprawy są trudne do załatwienia.
Mój nakłuwacz do glukometru, a dokładnie lancet w nim zawarty, całkowicie się już stępił i nawet najmniejszej dziurki w skórze  po nakłuciu nie pozostawia.
Wydawałoby się, prosta rzecz, trzeba iść do apteki ( lub sklepu medycznego) i kupić nowe lancety.
Co prawda przy zakupie glukometru dostarczyli mi w zestawie lancety, ale okazuje się, że całkowicie nie pasują do mojego nakłuwacza, bo mają inną końcówkę, te są z końcówką okrągłą, a ja potrzebuje igły z końcówką graniastą.
Poszłam wczoraj do swojej apteki i niestety do tego glukometru, który posiadam nie mają odpowiednich lancetów. Przemiła skądinąd pani magister poradziła mi, że najlepiej zatelefonować byłoby na infolinię producenta i tam spytać, czy mogą mi odpowiednie lancety przesłać.
Owszem, znalazłam numer telefonu tej firmy, ale okazało się, że na ten numer można dodzwonić się tylko z telefonów stacjonarnych.
A co ma ktoś zrobić, gdy takiego nie posiada? Wiele osób zrezygnowało przecież z telefonów stacjonarnych i używają tylko aparaty komórkowe.
No dobrze, ja takowy posiadam, ale wczoraj już się nie dodzwoniłam, bo zbyt późno wróciłam do domu, będę za to próbowała porozmawiać z nimi dzisiaj.
Tylko wcale nie jestem pewna, czy cokolwiek załatwię, bo mogą mi powiedzieć, że na przykład samych takich lancetów nie przysyłają.
Próbowałam znaleźć je na forach wysyłkowych w internecie, ale niestety nie mogę odnaleźć odpowiedniego rodzaju lancetów. Czyli…. pewnie będę musiała jeszcze troszkę poszukać, albo w najgorszym razie kupić nowy glukometr.
Tylko zadziwia mnie jedno, dlaczego w komplecie posyłają całkiem nie adekwatne części, w tym wypadku lancety, które do nakłuwacza nie pasują??
Ale i tak z apteki nie wyszłam z pustą ręką, bo kupiłam sobie maskę zmiękczającą  i krem nawilżający do stóp, bo te  dotychczasowo używane już się pokończyły.
Już kiedyś pisałam o tej maseczce zmiękczającej do stóp, ale wtedy jednak mocno przesadziłam w jej użyciu, bo założyłam ją na całą noc i potem złaziła mi cała skóra ze stóp i ta, która powinna i ta,(najbardziej), która powinna była zostać nienaruszona.
Okazuje się, że tę maseczkę zakłada się tylko na 60 – 70 minut, potem trzeba ją ściągnąć z nóg, nogi umyć pod ciepłą wodą i porządnie natłuścić. Dopiero wtedy maseczka ma (podobno) pozytywne i zamierzone działanie, tzn łuszczy się to, co powinno się łuszczyć, a nie cała skóra ze stopy, tak jak mi ostatnio.
Tym razem zrobiłam tak jak należy, to znaczy umyłam nogi, założyłam na wysuszone stopy maseczkę i nastawiłam zegarek na godzinę i dziesięć minut, parę razy w międzyczasie  te opakowane stopy masowałam.
Potem te „skarpetki” zdjęłam, nogi z powrotem umyłam w ciepłej wodzie, dokładnie zmywając pozostałe resztki z tego płynu, stopy wysuszyłam i dopiero nałożyłam specjalny krem do nóg. Na efekt będę musiała czekać cztery do pięciu dni, ale już dzisiaj powinnam czuć ulgę.
No i bardzo dobrze, bo co prawda całkiem niedawno byłam u pedicure, a już mi się niestety te zrogowacenia porobiły i paląc niemiłosiernie przeszkadzają w chodzeniu.
Ja to ciągle mam jakieś kłopoty z tymi stopami i chyba powinnam chodzić co 3 tygodnie do pedicure, co jest raczej niemożliwe, więc dlatego pomagam sobie, jak mogę. Nawet mała ulga będzie dla mnie zbawieniem.
Wczoraj koleżanka z pracy Tereska zrobiła mi zastrzyk z tej witaminy B12, który to zastrzyk z założenia powinien boleć, ale jak już pisałam, Tereska to taka naprawdę fachowa pielęgniarka, prawie w ogóle nie poczułam żadnego bólu, no może lekko podczas wbicia igły, ale w czasie trwania iniekcji nic mnie nie szczypało i nawet się zdziwiłam, że już skończyła mi witaminę podawać. Po prostu jest ona fantastyczną pielęgniarką, fakt, że z dużym stażem, więc nabrała sporo doświadczenia, ale też wykonuje swoją pracę z wielkim wyczuciem i oddaniem, dlatego pacjenci ją chwalą, ja oczywiście też, dlatego z pełnym zaufaniem oddałam się w jej ręce.
A do następnej iniekcji zgłoszę się do Tereski dopiero za miesiąc, bo tak ta witamina ma mi być podawana.
A w ogóle ten wczorajszy dzień był nieco dziwny, a to padał deszcz, a to świeciło słonko i robiło się nagle bardzo gorąco, a w dodatku były zawirowania jakieś z ciśnieniem, co ja, jako meteoropatka bardzo odczułam, nawet po  wypitych dwóch kawach czułam  senność i lekki „kołowrotek” w głowie.
Mam nadzieję, że to kręcenie się w głowie spowodowane było tylko niskim ciśnieniem, a nie nawrotem mojej anemii, co nie daj Panie Boże niech się już więcej nie stanie.
Właśnie uzmysłowiłam sobie wczoraj, że w przeciągu jednego roku byłam aż cztery razy w szpitalu: raz na badaniach przed operacją, drugi raz byłam w szpitalu chirurgicznym,gdzie byłam  operowana, a w tym roku na jego początku wylądowałam w szpitalu z powodu biegunek, a w kwietniu byłam w następnym szpitalu z powodu anemii. Już dosyć, limit pobytów w szpitalach już wyczerpany na długie lata. Teraz mam być  zdrowa, a nie nabierać co chwilę doświadczeń w  byciu pacjentem  placówkach szpitalnych. Zdecydowanie mówię N I E !!!!!!!
Dzisiaj jest też tak jakoś nijako, niby tych stopni na termometrze jest około 10-11, może potem się rozjaśni, ale wiosny to raczej nie przypomina, a szkoda.
Coś jednak z deszczu będzie, skro musiałam rano zażyć sobie Nimesil, bo moje nóżki nie szczególnie dzisiaj się czują……
Ale i tak jestem pełna optymizmu, jeszcze wypiję tylko poranną kawusię i do pracy wyruszam.
Mimo takiej  nijakiej pogody życzę przemiłego dnia. Może gdzieś tam w Polsce, lub poza nią, jednak słonko świeci???

to już znów poniedziałek

 

A przed nami bardzo długi, tym razem już pięciodniowy tydzień pracy.
Trzeba jakoś po tym „lenistwie” się zmobilizować i za robotę się brać.
Wiosna chyba na nas się obraziła i wczoraj straszyła deszczem, dzisiaj chłodem i nieco szarą pogodą.
Ale mam nadzieję, że do popołudnia, czyli do czasu, gdy wyruszę do pracy nieco się rozsłoneczni., tym bardziej, że słonko od czasu do czasu wypuszcza nam po jednym swoim promyczku.
A co ciekawego wczoraj robiłam?
Właściwie to nic specjalnego, odpoczywałam, a popołudniu pojechałam oglądać swoje potencjalne nowe mieszkanko.
Nie jest złe, na wysokim parterze, do remontu, więc będzie można w łazience brodzik zamontować,  duży pokój jest  z pięknym widokiem na Park Krakowski, z drugiej strony mieszkania jest spora  kuchnia z widokiem na zielone  na podwórko, kuchnię tę łatwo przerobić jest na pokój dzienny z aneksem kuchennym, tak, jak teraz jest w modzie.  Zawsze jest wszak jakiś „mankament” tu akurat nim jest ogrzewanie elektryczne (piece), czego się troszkę obawiam, raz, jeżeli chodzi o opłaty takiego ogrzewania (ale przecież przy centralnym ogrzewaniu płaci się cały rok, tu  płaciłabym tylko w okresie grzewczym), no i druga sprawa, co będzie, gdy akurat prąd z jakiegoś tam powodu wyłączą? Będę wtedy marzła okrutnie. Mam temat do przemyślenia, ale można powiedzieć, że jak na razie jest to najlepsza oferta, którą dostałam i jestem prawie że gotowa ją przyjąć. Szczególnie, że miejsce jest w całkiem dogodnym punkcie Krakowa z łatwym i szybkim dojściem zarówno do autobusu, jak i do tramwaju.
Na razie sprawa jest w toku, czyli na etapie rozmów z właścicielką mieszkania, którą jest koleżanka Moniki, a która jest zainteresowana na wynajęcie tego mieszkania na bardzo długi czas, co jest akurat w moim przypadku wielkim plusem.
Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli, mogłabym tam już nawet przeprowadzić się już  w lipcu.
A jeszcze jeden plus to to, że mieszane nie jest umeblowane, więc mogłabym zabrać wszystkie swoje meble, które dotychczas używałam, czyli czułabym się  w tym mieszkaniu trochę jak na Smoleńsk. To są bardzo stare i „zabytkowe” meble, do których nie ukrywam, jestem szalenie przyzwyczajona i nadal mogłabym je tam używać, jako, że pokój jest dosyć spory i miejsce na te najważniejsze meble, więc serwantkę z kanapką, serwantkę na szkło, stół, komodę, szafę no i mój tapczan się znajdzie. Musiałabym jeszcze tylko wyczyścić porządnie tapicerkę.
Jak widać, jak na razie jestem pozytywnie nastawiona do takiej zmiany, a cóż innego mogę zrobić?, przecież ten problem trzeba w końcu rozwiązać.
Rodzina Moniki jest „rozwojowa”, teraz każda dziewczyna chce mieć swój własny, niezależny pokój, zrobiło się więc nieco „ciasno” i ktoś musi ustąpić.
A może i dla mnie to i lepiej, bo na „stare” lata będę miała troszkę spokoju i ciszy. Kiedyś cisza mi przeszkadzała, teraz jest odwrotnie, często myślę o tym, żeby powrócić do spokojnego mieszkania  i pobyć w nim troszkę sama z sobą. Kontakt ze światem będę miała, przecież mam  telefon komórkowy, na miejski już raczej nie będę się pisała, po co, tylko ciągle dzwonią z jakimiś propozycjami reklamowymi, a kto będzie chciał ze mną porozmawiać komórkę zawsze mam czynną, no chyba, że akurat ją  z jakichś tam powodów wyłączę. Za to mogę sobie sprawić czworonoga, zawsze będzie ktoś, kto mnie będzie witał, a i miejsca na spacery po parku jest wiele. Ale to już akurat jest mniej teraz ważne.
Tak więc tydzień rozpoczęłam od rozmyślań nad tym, co jest dla mnie akurat osiągalne, bo niestety o wygranej w Lotka muszę jak na razie zapomnieć.
Zresztą padła już główna wygrana, czyli szóstka, która uszczęśliwiła aż trzy osoby, każdy z nich dostanie po 19 milionów. Pewnie woleliby 60 milionów dostać, ale dobre i to, przecież inni, a wśród nich i ja, nic nie wygrali. Tym razem nie udało mi się trafić ani czwórki, ani trójki, może następnym razem?
No to tyle byłoby na poniedziałkowe rozważania w blogu.
Pozostaje tylko życzyć wszystkim miłego poniedziałku i wspaniałego, pełnego wrażeń całego tygodnia.

Sobota z Magdą Italiana

 

Co tu kryć, była szampańska, chociaż szampana nie podawali…
Ale były za to inne pyszności: tarta na francuskim cieście ze szpinakiem i z fetą, a na deser….szarlotka na ciepło z lodami miętowo – czekoladowymi.
Czy jadłam te wszystkie smakołyki? Oczywiście, bo od czasu do czasu nawet i coś słodkiego w umiarkowanej ilości oczywiście zjeść nie zaszkodzi.
Ale najbardziej pyszne były nasze rozmowy. Magda opowiadała, a ja słuchałam z otwartą buzią jej wspomnień z podroży do Afryki, gdzie obserwowała skorpiony, warany, węże i inne „paskudztwa”
Przy okazji wysłuchałam sporego wykładu o wszelakich wężach, a jest tego sporo gatunków, od węży jadowitych, które swoją ofiarę atakują i zabijają swoim jadem, który umieszczony jest w pysku, po dusicieli, które atakując owijają się wokoło swojej ofiary i swoim silnym uciskiem łamią wszystkie kostki takiego biedaka, a następnie konsumują.
Cóż straszny jest ten świat, ale one atakują, bo w ten sposób muszą znaleźć pożywienie dla siebie, nie pójdą do lodówki, nie otworzą sobie jej drzwiczek, by wyjąć z niej jakąś dobrą przekąskę, one muszą same zawalczyć o swój byt, o swoje przetrwanie, inaczej same zginą z głodu.
Niestety tak ten świat jest pomyślany i nie nam jest krytykować jego brutalność.
W pewnym sensie sami w tej brutalności uczestniczymy, zjadamy pyszne szyneczki, kiełbasy i inne mięsiwa, czyli przykładamy się do niwelowania zwierząt.
To nic, że sami ich nie zabijamy, ale one są zabijane między innymi  i dla nas.
A czy to jest dobre, czy złe? Trudno jednoznacznie to określić, przecież musimy coś jeść, żeby w miarę normalnie egzystować.
No dobrze, można żyć samymi korzonkami, jarzynkami, ale czy na pewno sami sobie tym nie szkodzimy? Człowiek został stworzony jako osoba mięsożerna, tak również odżywiali się nasi pra pra przodkowie, którzy również i to nawet powiedziałabym w większym stopniu niż my obecnie mieli dostęp do wszelakich roślinnych  produktów, w takim razie dlaczego polowali, zabijali dziką zwierzynę, którą następnie piekli na ogniu?
Tak człowiek jest stworzony, że podstawą naszego odżywiania jest jednak białko, które znajdziesz właśnie w mięsiwie. Zgoda, można odnaleźć go również i w niektórych roślinach, na przykład w soi, ale nie jest tak do końca powiedziane, że jest to wystarczające źródło dostarczanego białka.
Są osoby na tym świecie np wegetarianie, weganie, którzy w pełni świadomości odrzucają jedzenie pochodzenia zwierzęcego, nie tylko zresztą mięso, ale również i ryby, jajka, mleko i mleko pochodne produkty, robią to z własnego przekonania, własnych pobudek i tym właśnie człowiek od zwierzęcia się odróżnia, że sam dokonuje takich, czy innych wyborów. U zwierzęcia istnieje tylko instynkt przeżycia, który potem  zamienia się w instynkt zabijania, aby zapewnić przetrwanie. Wszystko to są tylko moje „mądre” wywody i każdy może do nich się ustosunkował według swoich zapatrywań.
W sumie to nie my „meblowaliśmy” ten nasz świat, my tylko korzystamy z jego dobrodziejstw, a w jaki sposób go traktujemy zależy już od indywidualnego do niego podejścia.
Przyznaję się bez bicia, należę do osób, dla których mięso może nie jest najważniejszym pożywieniem, nie mniej jednak nie potrafię całkowicie się go wyrzec.
A jeżeli od czasu do czasu właśnie na taki zwierzęcy rodzaj białka mam ochotę, znaczy, że mój organizm tego właśnie potrzebuje i całkowite pozbawienie go tego produktu mogłoby się negatywnie odbić na moim zdrowiu.
Dlatego nie potępiam ani tych, którzy mięso jadają, ani tych, którzy tego nie robią,  wyznaję zasadę, że człowiek powinien żyć w zgodzie ze swoim organizmem i dostarczać mu takich produktów, jakie potrzebuje, o jakie on  się upomina. Wtedy dopiero można mówić o zdrowym odżywianiu. Ale raz jeszcze podkreślam, wszystko to zależy od samego człowieka, od jego natury, od jego zapotrzebowań na pobór takiej energii, która dostarczy mu odpowiedni tryb życia.
I w ten sposób przeszłam od ciekawych rozmów o zwierzątkach do zasad żywienia człowieka ha, ha, ha.
Ale w obydwóch dziedzinach nie czuję się wcale alfą i omegą, bo jak mogę dokładnie określić to, na czym pewnie do końca się nie znam, dlatego zawsze kieruję się swoim odczuciem, swoim instynktem, podobnie jak te zwierzęta, o których pisałam, że polują kierując się instynktem przetrwania.
Pewnie, że ludzi od zwierząt różni jeszcze to, że my posiadamy rozum, którym możemy się kierować, nie mniej zakorzenione w nas instynkty bardzo często tłamszą w nas te dobre cechy, które może i rozum podpowiada i nie każdy potrafi nad nimi do końca zapanować.
Ale skoro jestem stworzona do tego, żeby wśród moich produktów żywieniowych było mięso, dlaczego to mam akurat całkowicie negować?
Wniosek? chcesz, to jedz mięso, chcesz to jedz rośliny, wybór zawsze należy do ciebie, ale nie staraj się nigdy nikogo namawiać do jakichkolwiek zmian, bo to są tylko i wyłącznie twoje zapatrywania i żadna przemoc w postaci narzucania komuś swojej woli nie może mieć miejsca.
Różne inne życiowe problemy poruszałyśmy też wczoraj z Magdą. Były też wspomnienia o naszych Najbliższych, którzy od nas odeszli, o naszym stosunku do tej traumy, którą w związku z tym przeżyliśmy. Zastanawiałyśmy się, jak można rozwiązać problem naszego kiedyś pożegnania się z ukochanymi osobami, nad tym, czy śmierć jest okrucieństwem dla człowieka, czy może w pewnym sensie wybawieniem od cierpień, które nam śmiertelna choroba zadaje.
Wspomniałam rozmowę oczami z moją siostrą, której choroba nie pozwoliła już na słowne przekazanie tego, co jeszcze chciała mi umierając powiedzieć.
Wspomniałam też rozmowę  telefoniczną koleżanki Zosi z Hnovą, która najwidoczniej zmęczona już cierpieniem jej zadanym żegnając się powiedziała Zosi, „ja już chcę odejść”….. Na pewno Halinka nie bała się śmierci, chociaż wiedziała, że musi rozstać się z ukochaną córką, ukochanymi wnuczkami, ale ból, który doznawała był tak nieznośny, że czekała na  tę ulgę, którą jej śmierć przynosi.
Minęło już troszkę czasu od śmierci Halinki, ale moje myśli bardzo często jeszcze wracają do Jej osoby, nie mogę wciąż uwierzyć, że Hnovci nie ma już pośród nas.
I tak sobie wtedy pomyślałam: zawsze mówię, że boję się śmierci, a może ja przede wszystkim boję się tego cierpienia, które nastąpi?
Bo tak jak wczoraj Magda powiedziała, mówi się, że cierpienie uszlachetnia, ale pokażcie mi chociaz jedną osobę, która przez ból nie czuje osamotnienia, niewyobrażalnej paniki i w pewien sposób upodlenia. Wystarczy przejść po korytarzach szpitalnych i zaobserwować ludzi w beznadziejnej już dla niej chwili, nie mogącej się poruszać, normalnie jak człowiek żyć, bo choroba przykuła go do szpitalnego łóżka i obdarzyła dodatkowo niesamowitym bólem.
Gdzie tu jest miejsce na szlachetność? To leży ten sam człowiek, który jeszcze niedawno mógł sam o sobie stanowić, a teraz złożony śmiertelnym  cierpieniem, zdany jest na łaskę losu, który jest w dodatku nieuchronny, nie ma już od niego powrotu. Wtedy czeka się już tylko na wybawienie, którym jest właśnie śmierć.
To już koniec, który dla osób wierzących  jest początkiem nowego, lepszego i szczęśliwego życia  wiecznego, a dla tych niewierzących jest już niczym, co mogłoby przynieść jakąkolwiek nadzieję, tak jak głoszą słowa pewnej piosenki :”to ju jest koniec, nie ma już nic……”
Jak widzicie czas z Magdą płynął wczoraj na bardzo zróżnicowanych tematach. Trudno było nam się wczoraj z Magdą rozstać, niestety pewne obowiązki wzywały już ją do domu. Mam nadzieję Madziu, że jeszcze przed Twoim wyjazdem zdążymy się spotkać i porozmawiać. Może tym razem nie aż tak na tak bardzo filozoficzne tematy, jak wczoraj? Chociaż czasami warto poświęcić popołudnie nad rozmyślaniami o życiu i o śmierci, o przyjaźni i miłości, nie można zawsze  do życia podchodzić tylko  na pełnym luzie, może takie właśnie rozmowy rozjaśniają nam horyzonty myślowe na temat tego, po co właściwie tu na tej ziemi jesteśmy, co dla nas jest  bardziej lub mniej ważne i jak z tym sobie w życiu dawać radę. Bo życie proste nie jest, zawsze ma jakieś zakamarki, w których łatwo się jest pogubić, stąd tak wiele osób, wydawałoby się nawet szczęśliwych, cierpi na depresje i inne choroby natury psychicznej. Człowiek nie składa się z samego ciała, ważne jest też nasze psyche, które w nas tkwi i gdy ono zaczyna chorować często brak pomocy z zewnątrz może doprowadzić do wielu nieszczęść.

Po wczorajszym pięknym i słonecznym dniu wstał deszczowy i ponury poranek, chyba z bardzo niskim ciśnieniem, bo znów mi ten słoń na głowę usiadł i  uciska mój rozum. Wypiłam co prawda kawę, ale jak na razie coś słabo zadziałała, może potem ewentualnie wypita druga kawa zaowocuje w moje lepsze samopoczucie.
W związku z tym marnym ciśnieniem dłużej dzisiaj spałam, więc i mój blog dzisiaj dużo później niż zazwyczaj jest umieszczony.
A ja teraz dobrej i miłej niedzieli  wszystkim  moim Blogowiczom  życzę i idę po drugą kawusię………….

ale jest cudnie

 

Wstała piękna i słoneczna sobota. Słońce już od samego poranka rozjaśnia błękitne niebo, aż wesoło na duszy się robi.
Mnie jest tym bardziej wesoło, bo wreszcie po kilku miesiącach zobaczę moją Koleżankę Magdę Italiana.
Już jesteśmy po telefonicznym słowie, tylko teraz czekam, aż potwierdzi godzinę przybycia.
Odpowiednie przygotowania już od samego ranka uczyniłam, nie tylko duchowe, ale takie malutkie co nieco  w kuchni upichciłam ( na razie to tajemnica, Magda czyta mój blog!!!) i teraz oczekuję Jej z niepokojem.
Właściwie to życie powinno się składać z samych takich pięknych sobót i niedziel, ale byłoby bosko.

Dzisiaj urodziny obchodzi moja Koleżanka z Facebooka Ewa.
Wiem, że tu czasami do mnie na blog zagląda, niech więc ten przecudny słonecznik dzisiaj do Niej się tu uśmiecha i Jej  życzy : wszystkiego najlepszego EWA!!!!
Złożyłam Jej co prawda już życzenia na Facebooku, ale nadmiar dobrych życzeń nigdy nie zaszkodzi, niech wie, że o Niej dzisiaj szczególnie pamiętam!!!!

Wczoraj był troszkę „dziwny”, bo pieniężny  piątek.
Zanim odebrałam w punkcie Lotto te swoje prawie 234 złote przyszedł listonosz z przekazem pieniężnym. Już od drzwi usłyszałam, jak mówi: dla pani Ewy mam pieniądze, tylko nie wiem, czy je udźwignie. Od razy zgadłam, że to pewno jakieś 2 złote i wcale się nie pomyliłam, taką właśnie kwotę 2 złote  przesłał mi jako zwrot  (nie wiem co prawda za co) Cyfrowy Polsat.
I znów mi wesoło na duszy się zrobiło, całe dwa złote, hurra!!!, ale się wzbogaciłam.
Z tej całej radości masy spływającej na mnie fortuny poszłam na obiadek do restauracji włoskiej koło mojej pracy i zjadłam pół porcji makaronu ze szpinakiem, z suszonymi pomidorami i kawałeczkami kurczaka, a wszystko to było zmieszane z pysznym sosem śmietankowym.
Zaszalałam więc wczoraj, jak już dawno nie szalałam i na deser wzięłam sobie pyszną kawę espresso z mlekiem.
Ledwo potem do domu się dowlekłam, szczególnie, że pogoda dla moich nóg nie była najlepsza. Dziwne, właśnie nogi dają mi znać o moim zmęczeniu, czasami maszeruję niby dziarskim krokiem, a czasami włóczę ledwo co te moje nóżęta przed sobą. Ale z tym już się pogodziłam, raz jest tak, raz siak, ale zawsze jakby co, to mam pod ręką Nimesil. Ale muszę uważać, bo w tym tygodniu już dwa razy go wypiłam, więcej nie powinnam.
Na pewno jednak na żadne spacery po Błoniach, jak mi Ktoś zasugerował, już się wczoraj nie nadawałam, moje nogi popołudniu całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa.
Wczoraj rano też w domu jeszcze piłam kawę, potem tę drugą w restauracji (oczywiście siedziałam nie w środku, a na zewnątrz, bo było niemiłosiernie gorąco) i tak mnie głowa pobolewała. Dzisiaj poranek też wcześnie rozpoczęłam, bo już o piątej rano i też bez kawusi oczywiście się nie obeszło, ale i tak mam głowę taką, jakby na niej co najmniej słoń siedział. A może to tylko ten słonik z porcelany??

W każdym bądź razie słonie szczęście przynoszą, zwłaszcza te z uniesioną do góry trąbą, więc takiego szczęśliwego  i cudownego  sobotniego odpoczynku wszystkim moim Blogowiczom życzę.

kropelki

Popadało troszkę wczoraj, ba, nawet i burzą nieco postraszyło….
Jednak mój „kostny barometr” jest niezawodny, nie darmo mnie dwa dni temu te kosteczki bolały.
Rano nic takiej pogody nie zapowiadało, co prawda wczesnym porankiem było chmurzasto, ale już około 11-stej słońce jednak zawitało na niebie.
Dopiero wczesnym popołudniem lunęło jak z cebra, akurat byłam na zewnątrz przychodni na papierosku i musiałam się pod daszek schować. Potem były ze dwa małe „grzmociki” i znów słonko zza chmurek wyszło.
Nie kłamię, mam to nawet  na zdjęciu udokumentowane :

 Tak więc udało mi się „suchą nogą” do domu dotrzeć, a nawet powiem więcej, co prawda był chłodnawy wiaterek, ale słonko przygrzewało na tyle mocno, że nawet nie zmarzłam.
Dopiero późnym wieczorkiem znów deszcz i grzmoty dały o sobie znać, ale wtedy mi już nie przeszkadzały, bo już miałam tak zwany dach nad głową i byłam bezpieczna.
Ha, ha, ha, jak się nie chce pisać na przykład o polityce, temat „pogoda” jest zawsze aktualny i łatwy do wykorzystania, prawda?
Ale ja akurat chcę Was przekonać, że moje kości prawdę jak cyganka przepowiedzą. Więc jeżeli ktoś będzie ciekawy, jaka nazajutrz będzie pogoda, proszę do mnie pisać, odpowiem na pewno, czy będzie czy nie będzie padało  🙂

Czy sądzicie, że nawet jeżeli wygrałam w Lotka większą sumę, to Wam się tutaj przyznam?
Nic z tego, zaraz by się znaleźli chętni na moją wygraną i wcale nie mówię tu o Rodzinie, czy o Przyjaciołach, zawsze jakieś sępy by się zleciały i mnie o pieniądze molestowały. Bo z Rodziną troszkę bym się nawet podzieliła, a co mi tam.
Ale do wygranej  „czwórki” to mogę się przyznać,  HURRA!!!! WYGRAŁAM „CZWÓRKĘ” – naprawdę, i nic więcej, słowo harcerza!!!.
Co prawda to nie będzie bajońska suma, zależy, ile szóstek padło i czy w ogóle padły”, ale satysfakcja, że cokolwiek wygrałam jest wielka.
Pewnie to będzie kwota około 200 zł, dobre i to!!
Muszę podziękować pani z punktu Lotto, bo to ona mnie namówiła, żebym kupiła dwa, a nie jedno na „chybił trafił” i właśnie w tym drugim rzędzie jest umieszczona ta czwórka. Następnym razem postaram się lepiej trafiać. No tak, następnym razem, bo za tę wygraną ani mieszkania sobie nie kupię, ani do SPA nie pojadę, najwyżej co zafunduję sobie jakąś sukienkę, a co, zaszaleję, hi, hi, hi. W końcu na takie szaleństwo sobie zasłużyłam!!!!!
A co najlepsze, czułam w związku z tą wygraną wczoraj taką satysfakcję, jakbym co najmniej główną wygraną i to samotnie trafiła.
Tak mało, a cieszy……..
Z ostatniej chwili: okazuje się, że „szóstka” znowu nie padła i na jutro jest spora kumulacja 60 tysięcy złotych…żeby tak ją trafić. A ja dostanę dokładnie 233 złote i 90 groszy. Ha, ale zawrotna suma, na sukienkę letnią starczy!!!

No to mamy już dzisiaj piątek trochę na razie chłodny, ale słonko dzisiaj próbuje zaistnieć na niebie.
Zaraz idę odebrać swoją wygraną i potem idę do pracy.
A popołudniu……. no tak, rozpoczynam weekend. Miły, bo z jutrzejszym gościem w pakiecie weekendowym. Zakupy odpowiednie już zrobione, mam nadzieję, że niczego mi nie zabraknie, a jutro od rana muszę przygotowywać małą przekąskę, naprawdę małą, nie bój się Madziu, możesz śmiało jutro rano  dobre śniadanko zjeść w domu, na pewno nie zaszkodzi. 🙂

Życzę zatem miłego piątku i miłego weekendu, chociaż tego ostatniego pewno jeszcze będę życzyła i jutro i w niedzielę.
Gdy świeci słonko, świat od razu jest piękniejszy i milszy, prawda???
A gdy do tego jeszcze dołoży się wygraną w Lotka, to ho, ho – nawet dla największej życiowej pesymistki takie chwile są miłe, a co dopiero dla mnie.
Precz smutki, niech zginą, a miłe chwile płyną…..

 

 

 

zawsze niech będzie słońce….

Uległam wczoraj słonecznej pokusie i…lekko zmarzłam, szczególnie, gdy już  późnym popołudniem wracałam z pracy do domu. Co prawda słońce jeszcze świeciło (teraz już coraz dłużej pokazuje się ono na niebie, o ile w ogóle się pokazuje)
W słonku było wspaniale, ciepło, ale niestety ten zimny wiaterek zdecydowanie przeszkadzał, zwłaszcza, gdy się wchodziło do cienia.
Ubrałam się wczoraj w lekką bluzeczkę i dżinsową kurtkę, a potem niestety kichałam.
A może to ja już jestem taki zmarzluch??
W każdym bądź razie nie ma co szaleć, chociaż pamiętam, gdy na majówkę kiedyś tam byłam w Muszynie , chodziłam w sukience z krótkim rękawem.
Dzisiaj widać, że słonka raczej nie będzie. Nie chcę złowrogo wróżyć, ale…… wczorajszy dzień i te dziwne „przepowiadające” bóle nóg……
Wróciłam wczoraj z pracy okropnie padnięta, nogi bolały, kostki  wszystkie bolały, nawet wczoraj całe popołudnie głowa mnie bolała, cóż było robić, zażyłam Nimesil i poszłam sobie podrzemać. Obudziłam się okoł0 1 w nocy, z trudem zebrałam swoje członki z tapczana, ale poszłam pod prysznic, który wyraźnie mnie ożywił, tak więc jeszcze ze dwie godziny pobuszowałam sobie po necie i znów poszłam spać.
Coś ostatnio za wiele śpię, muszę koniecznie zrobić sobie badania krwi, bo nie wiem, czy znów moje żelazo nie spada, chociaż według instrukcji ściśle go zażywam.
Muszę jeszcze dostać ten bolesny zastrzyk z witaminy B12 (właśnie mija miesiąc od poprzedniej iniekcji), ale poczekam na przyszły tydzień, gdy Tereska u nas będzie mała popołudniową zmianę, bo  zastrzyki przez nią robione, nawet te najbardziej bolesne, nigdy nie bolą 🙂
A tak to specjalnie nic ciekawego się nie dzieje, może tylko to, że idąc przez nasze małe planty można dostać zawrotu głowy od pachnącego bzu, ma cudownie odurzający zapach, od razu na sercu jakoś lżej się robi, tak prawdziwie wiosennie, tak romantycznie……….
Co ciekawe, ostatnio znów nikt nie trafił w Lotka szóstki, tak więc kumulacja osiągnęła rekordową sumę 40 milionów. No i powiedzcie sami, jak tu nie ulec hazardowej żyłce? Oczywiście, że idąc do pracy odwiedzę kolekturę i wyślę dwa kupony, jeden n chybił trafił ( ciekawe czy będzie chybił, czy trafił), a drugi na wymyślone prze zemnie numery. Tylko ostatnio te cyferki nijak nie chcą mi się przyśnić, może jednak za mocno śpię?
Ale spróbuję, dzisiaj na pewno już  co najmniej jedna szóstka, albo i ich więcej, padnie, może tym razem to będę i ja pod uwagę wzięta?
Ale byłoby fajnie, natychmiast do SPA bym pojechała, bo coś co chwila wpadają mi okropnie nęcące propozycje pobytu w SPA i to w różnych ciekawych miejscach Polski. Musiałabym jednak kogoś wziąć sobie do towarzystwa, by nie zanudzić się tam na śmierć, może W.I.P.A, może  Magdę, a może ich obydwu? Ale byśmy tam zaszaleli, codziennie sauna, basen, spacery, a wieczorem, przed snem, pyszny drink na oświetlonym blaskiem księżyca tarasie……
No i najważniejsze, nie trzeba byłoby się bać podróży samolotem w ciepłe kraje, bo w powietrzu robi się jednak coraz bardziej niebezpiecznie, coraz częściej o terroryzmie się słyszy.  A tu wsiadło by się w Pendolino i za kilka godzin już byłoby się nad polskim morzem i wdychało  by się zbawczy, swojski, bo polski  jod.
Ja to jednak jestem marzycielka, zawsze tak samo niepoprawna 🙂
Również i w Polsce zaczyna być niebezpiecznie, skoro pani premier wycofała ustawę o zwalczaniu przemocy. Teraz dla wszelkiego rodzaju bandytów, gangsterów będzie tylko raj. Ale cóż, mamy przecież „dobrą zmianę”, tak jak sobie tego suweren zażyczył w wyborach.
Ciekawe, kiedy ten suweren w końcu  też będzie miał dość tych rewelacyjnych odmian……

Poranna kawusia na przebudzenie już wypita, trzeba się za życie zabierać.
Życzę wszystkim bardzo miłego czwartku, a od jutra popołudnia znów mamy weekend. I to jest ta dobra wiadomość, szczególnie dla mnie, bo w sobotę spotykam się z Magdą Italiana, a to jeszcze tylko 2 dni – HURRA!!!!

trzeci dzień tygodnia?? oczywiście środa!!!

     

A jak środa, to oczywiście musi piękna róża dla Ulki w moim blogu zagościć!
I na szczęście jeszcze dodałam Ci Ulu wesołego słonika, aby ten i każdy następny dzień był dla Ciebie i radosny, przepełniony słonkiem, spokojem  i miłością.
I oby tak się działo Ulu, bo jednak spokój każdemu się należy, zwłaszcza w tym wieku nieco bardzo dojrzałym.

Wczoraj powróciłam z Modlnicy i…od razu dopadły mnie od nowa stresy i niepokoje. Trudno jednoznacznie  powiedzieć, jakie jest tego źródło, ale po prostu nagle poczułam, że jest mi źle.
Może dlatego, że znów usłyszałam, że mam takie wspaniałe, bezstresowe życie?
Tak, tylko tak twierdzą osoby, które całkowicie mnie nie znają, nie znają też historii mojego życia i łatwo wydać jest wtedy niezbyt obiektywny osąd.
Nie będę się skarżyła, bo nie ma po co, ale fakt, że znów wypowiedziane te słowa o moim fantastycznym życiu, wyprowadziły mnie z równowagi.
Każdy z nas ma takie życie, jakie ma i podejmuje te, a nie inne decyzje, bo takie są  życiowe uwarunkowania. Może czasami bywały nie do końca przemyślane, czasami były podejmowane zbyt spontanicznie, ale przypuszczam, że gdyby ktoś dał mi szansę raz jeszcze przeżyć moje życie od nowa, a miałoby ono trwać w takich samych warunkach, w jakich dotąd były, moje podejmowane decyzje byłyby w większości podobne do tych, które uczyniłam w przeszłości, no może z niewielkimi poprawkami.
Człowiek nie żyje samotnie na wyspie bezludnej, na co dzień otoczony jest bliższymi i dalszymi osobami, czasami bardzo kochanymi, dla których gotowy jest zrobić więcej, niż to się innym wydaje możliwe do przeprowadzenia. I właśnie na tym polega życie, stosować w nim zasadę : być, a nie mieć. Takie  zasady wpajał we mnie mój tata, który też wiele rzeczy w życiu robił czasami nawet wbrew sobie, aby tych, których kochał, nie zranić.
Już kiedyś wspominałam słowa mojego taty: pamiętaj, jeżeli chcesz coś od kogoś brać, musisz najpierw mu sama coś od siebie dać.
I wcale nie chodzi tu o rzeczy materialne, bo akurat tu bardziej liczy się całe zaplecze uczuciowe, które wynika właśnie z obcowania z innymi, nie tylko w rodzinie, w gronie przyjaciół, ale także w pracy, pośród sąsiadów i innych otaczających nas osób.
Może niepotrzebnie jestem przewrażliwiona na tym punkcie, ale akurat te słowa, wypowiedziane przez mojego ukochanego i bardzo mądrego tatę, głęboko zapadły w moje serce, w mój umysł.
Dlatego takie słowa o moim rzekomo bezstresowym życiu głęboko mnie ranią. Wcześnie straciłam rodziców, mama zmarła, gdy miałam 10 lat, tatuś, gdy miałam lat 24 i właściwie przez całą swoją młodość, lata dojrzałe i lata obecne sama musiałam borykać się z wieloma problemami i samotnie podejmować wiele decyzji, ale zawsze starałam się podejmować je według zasady głoszonej przez mojego tatę: pamiętaj, abyś nikogo nie zraniła, by nikt przez ciebie nie musiał płakać. I wierzcie mi, to wcale, wbrew pozorom, nie jest takie łatwe, wcale nie jest takie bezstresowe. Trzeba ciągle  dokonywać wyborów, nie wiedząc do końca, czy są słuszne i jakie rozwiązanie one przyniosą.
Dlatego nigdy nie osądzajcie innych według swojej opinii, bo jednak każdy człowiek jest inny, ma inne odczucia, inne zapatrywania, inny stopień wrażliwości w odbieraniu rzeczywistości, a takie nasze osądy mogą być mylne i mogą wyrządzić komuś krzywdę.
A jak w takim razie wygląda życie bezstresowe? – nikt takiego nie prowadzi, jest to całkowicie w naszej rzeczywistości niemożliwe, każdy ma swoje problemy, z którymi się boryka, ale wszystko zależy od tego, w jakim stopniu potrafimy sobie w życiu poradzić z naszymi kłopotami, jak je emocjonalnie odbieramy, czy potrafimy wyciągać wnioski i czy umiemy przetworzyć nasze problemy na nasz pożytek, tak, by przy okazji innych nie skrzywdzić, czy jednak poddamy się i doprowadzą nas one do zguby.

Życie jest nowelą, tak śpiewa w Klanie tytułową piosenkę Ryszard Rynkowski.
No i przedwczoraj i wczoraj miałam okazję przeżyć również te miłe życiowe momenty, najpierw miłym, rodzinnym pobytem w Modlnicy, a  potem odbierając  telefon od Magdy Italiana z informacją, że jest już w Polsce, w Krakowie, bardzo mnie ta wiadomość  ucieszyła.
Oczywiście jesteśmy wstępnie umówione na najbliższą sobotę, z tym, że w piątek, a więc już za dwa dni omówimy szczegóły naszego spotkania.
Nawet nie wiesz Magda Italiana, jaką wielką radość Twój telefon mi sprawił, chociaż przyznam skrycie, że już na niego podświadomie czekałam, bo kiedyś powiedziałaś mi, że z wiosną znów Kraków nawiedzisz. A teraz Twoje słowa stały się nie obietnicą, a realną prawdą.
Z wielką niecierpliwością czekam więc Magda na tę sobotę.

A dzisiaj wstał cieplejszy i słoneczny dzień i co ciekawe, od razu zrobił nam się środek tygodnia, tak więc sporo w tym tygodniu raczej nie popracujemy sobie.
Za to nareszcie porządnie się wyspałam ( idę dzisiaj na zmianę popołudniową, więc mogłam nieco dłużej pospać). Jednak co własny tapczan, to własny!!! Nigdzie się tak nie śpi świetnie, jak u siebie!!
Może przynajmniej w związku z tym moje frustracje dnia wczorajszego nieco się uspokoją?
Życzę przyjemnej pracy i przyjemnej środy.

a jednak wylądowałam wczoraj w Modlnicy

 

Zwabiona może nie do końca wspaniałą, ale jednak lekko słoneczną pogodą uległam Magdzie i wczoraj wczesnym popołudniem wylądowałam w Modlnicy.
Oj, ale się tu działo. W gościnie są również i Rodzice Jacka, i córki Agnieszki Marynia i Zosia, a niedługo po mnie przyjechała też i Agnieszka z mężem i dziećmi Antkiem, Zosią i Różyczką. Ale było gwarno i wesoło.
Może jak na mój gust  ciut za głośno nawet, dzieci, jak to dzieci nieco rozrabiały, ale takie już ich prawo.
Oczywiście zaraz ruszyłam w plener zdjęciowy, oczywiście jak zwykle pozostawiłam swój wspaniały aparat fotograficzny w domu, ale na szczęście mój Iphone robi całkiem niezłe zdjęcia, które zaraz i na Instragramie  i na Facebooku umieściłam. Jedno zdjęcie, to powyżej, zamieściłam też w moim blogu.
Wybrałam takie najbardziej słoneczne, by skusić słonko, by w dzisiejszym, świątecznym dniu jednak trochę mocniej nam przyświeciło, tym bardziej, że wczoraj nieco chłodny wietrzyk trochę nam dokuczał.

Ale nie o tym powinnam pisać, jako o ważnym wydarzeniu dnia.
Dzisiaj jedna z moich najwierniejszych Czytelniczek, a zarazem moja bratanica Basia, obchodzi kolejny dzień swoich Urodzin.
Wszystkiego najlepszego Basiu składam Ci również i tutaj, zdrowia i pogody ducha i spełniania wszystkich Twoich życiowych zamierzeń, niech każde Twoje przedsięwzięcie  zostanie w stu procentach pomyślnie przeprowadzone.
A tak skromnie dorzucę Ci jeszcze życzenia zadowolenia i radości z osiągnięć Twoich Dzieci – Matyldy i Leona, no i oczywiście nadal ciągłej miłości Twojego Męża –  Pawła.
100 lat Basiu 

A dzisiaj inne jeszcze mamy  święto i to nawet podwójne święto, jedno to Święto Najświętszej Marii Panny,  Królowej Polski, oraz święto państwowe: Święto Narodowe Trzeciego Maja w rocznic  uchwaleni Konstytucji 3 maja Rzeczpospolitej Obojga Narodów .
Obydwa święta są bardzo ważnym dniem dla Polaków, albowiem Królowa Polski Maryja została obrana za patronkę Rzeczpospolitej Polski i ma pieczę nad losami naszej Ojczyzny, króluje nam na Jasnej Górze w Częstochowie i tam oddajemy Jej naszą cześć i na Jej ołtarze zanosimy nasze modły, nie tylko w intencji Ojczyzny, ale też i nasze prywatne prośby  o opiekę nad nami samymi i nad naszymi Rodzinami.

Jeżeli chodzi o święto państwowe, ten dzień obchodzimy na pamiątkę uchwalonej 3 maja 1794 konstytucji, która była pierwszą konstytucją ustaloną w nowożytnej Europie, a drugą, po amerykańskiej, na świecie. Po niej zaś  została uchwalona konstytucja francuska. Nasza Konstytucja została  ustalona przez Sejm  Wielki, który został powołany w 1788roku.
Ustanowienie tej Konstytucji miało bardzo wielkie znaczenie polityczne, było podstawą do odzyskania wolności, dawała Polakom dumę i narodową tożsamość. Święto to uznane było za święto narodowe uchwałą Sejmu Ustawodawczego 29 kwietnia 1919r. Po II wojnie światowej obchodzone było do 1946 roku, wtedy doszło do demonstracji studenckich  i władze komunistyczne zabroniły publicznego świętowania, a w roku 1951 zostały ustawą sejmową zniesioną, jako dzień wolny od pracy. Święto to ponownie zostało  przywrócone 3 Maja 1981 roku, a 6 kwietnia 1990 roku zostało przywrócone specjalną ustawą, jako święto narodowe, a pierwsze uroczyste obchody Święta 3 maja  odbyły się w Warszawie na Placu Zamkowym w obecności prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego.
Tak pokrótce przytoczyłam dzieje obchodzonego dzisiaj święta w naszej Stolicy,  a także i na Jasnej Górze w Częstochowie, gdzie pielgrzymi z całej Polski dzisiaj oddają hołd naszej Królowej, zawierzając Jej dalsze losy polskich Rodzin.

Tak więc cieszmy się wszyscy naszym wspólnym świętem, naszą wolnością i tym wszystkim, co dotąd udało nam się osiągnąć, dbając, by ten nasz narodowy skarb nie został rozdrobniony i nie obrócił się w niwecz.
Niech patronka dnia dzisiejszego –  Królowa Polski ma nas wszystkich w swojej opiece.

Witaj majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie,
Uczcimy ciebie piosenką,
Która w całej Polsce słynie.

Witaj maj, piękny maj,
U Polaków błogi raj.

 

Na szczęście już poniedziałek

 

 

Co prawda taki nieco „dziwny”, inny, niż dotąd, bo jest małym przerywnikiem pomiędzy weekendem, a jutrzejszym następnym świątecznym dniem.
Ale to najwyższa pora by schować już swoje fochy i „doły” i zacząć normalnie żyć.
Przez dwa dni miałam tak zwany święty spokój, bowiem wyłączyłam komórkę i nikt w związku z tym mnie nie nagabywał.
Przepraszam, jeżeli kogoś tym uraziłam, to nie było wcale personalne zagranie wobec jakiejś konkretnej Osobie, to było tylko takie moje „widzimisię”, do którego od czasu do czasu też mam prawo.
Wiem, to może i kogoś denerwowało, że nie może się do mnie  dodzwonić, ale tak postanowiłam i tego się trzymałam.
Tak dla oczyszczenia własnej psychiki.

Ale dzisiaj wszystko zmieniam i znów wracam do swojej osobowości, czyli osoby miłej, wesołej i komunikatywnej.
Mam nadzieję, że żadna mucha dzisiaj na nosie znów mi nie usiądzie. A może jednak???

Oglądałam wczoraj na cda dwa filmy :” Szczypta miłości” i „Miłość bez końca”
Oczywiście, jak  z tytułów wynika, oba  filmy są o prawdziwym uczuciu, w pierwszym przypadku u osób dojrzałych, już z tak zwaną przeszłością, w drugim u całkiem młodej, jeszcze nie rozczarowanej życiem pary, szukającej swojego miejsca w sercu innej osoby.
Filmy te  są bardzo lekkie,wręcz relaksujące, można wraz z bohaterami zatopić się w całości w tym uczuciu, bez ponoszenia potem jakichkolwiek konsekwencji.
Tylko, czy taka prawdziwa miłość na pewno istnieje?
Bo czym jest miłość? Nie polega ona tylko na wzdychaniu i wyznawaniu co chwilę słów : Kocham Cię. Miłość ma przecież różne odcienie, tak samo jak różnią się między sobą ludzie związani tym uczuciem. Nie każdego stać jednak na kompromis, na ustępowanie i wtedy zaczynają się kłopoty, próby zdominowania tej drugiej osoby, a to już niestety nic z miłością wspólnego nie ma.
Wiem, nie można być stale uległym i godzić się na wszystkie sugestie partnera, ale trzeba  być i trochę stanowczym i umieć rozmawiać tak, żeby tę drugą osobę przekonać do swoich racji. Ale to już nie jest wcale takie proste.
No i jednak trzeba o tę miłość zawalczyć, może i sama przyjdzie, ale niepielęgnowana i nie doglądana do końca, zaginie.
Film, jak to film, przeważnie dobrze się kończy, jednakoż w życiu różnie bywa. I to jest właśnie ta przewaga filmu nad życiem, scenariusz filmu zawsze można zmienić, scenariusz życia już nie koniecznie da się napisać od nowa.

Dzisiaj mamy 2 Maja, czyli święto Narodowej Flagi Polski.

Jest to bardzo ważny dla nas, Polaków symbol naszego państwa i dzisiaj, nie zważając na polityczne poglądy,  czcimy ten nasz narodowy symbol, który przecież świadczy o naszej tożsamości, o naszym dorobku od tysięcy lat. Tyle osób starała się już o wieków, by utrzymać nasze państwo w suwerenności i niezależności, zapewniając Polakom i bezpieczeństwo i codzienny byt. I mam nadzieję, że mimo przejściowych kłopotów, ten stan z powrotem powróci do normalności i będziemy krajem, w którym każdy Polak, nie zależnie od wyznawanych poglądów, czy religijnych zapatrywań znajdzie miejsce dla siebie w tym naszym wielkim, wspólnym domu, który nazywa się Polska.
I w dniu święta naszej narodowej flagi życzę rządzącym, aby jak najszybciej porzucili swoje autorytarne poglądy, narzucając i nakazując wyznawania swoich poglądów na życie i pozwoliła  każdemu Polakowi na to, by naprawdę mógł się w swojej Ojczyźnie czuć osobą wolną.

Jak na razie  ten  poniedziałkowy dzień jest pochmurny, aczkolwiek nawet dosyć przyjemny, ciepły i bez wiatru.
Ale wcale mnie to nie smuci, bowiem ostatnio słonko dosyć późno zza chmur się wyłania, ale potem przynajmniej wesoło świeci, pewnie będzie tak i dzisiaj.
Życzę więc wszystkim, aby ten poniedziałkowy, między świąteczny dzień, upływał w miłej i serdecznej atmosferze.


Niech się święci 1 Maja

 

Pamiętacie te  przymusowe pochody, te kiermasze, które potem odwiedzaliśmy, karuzele i całą tę odświętną oprawę dnia 1 Maja?
To już było, a dzisiaj?
Dzisiaj każdy robi co chce, najczęściej siedzi w ogródku przed domem i sobie griluje, popijając piwko z Rodziną, czy z sąsiadami.
Ojej, jakie to jest niezdrowe! Sam cholesterol i same smoliste, rakotwórcze substancje. Ale kto by się tym przejmował, taka nastała w Polsce moda i już.
Najzdrowsze są oczywiście jarzynki gotowane na parze, ale te nijak nie nadają się do wspólnego z sąsiadami biesiadowaniu przy browarku.
A więc smażą się te boczusie, kiełbaski, karkówki i kaszanki, rozsiewając po okolicy zapach, po którym aż z głodu ściska w dołku.
Może to i lepiej jest teraz, więc cieszmy się tym, że możemy coś robić według własnej idei, bo kto wie, jakie czasy nas czekają i kto i co nam rozkaże w tym, czy w innym dniu znów robić pod ich dyktando!!!!
Tylko inna sprawa, czy dzisiaj niezbyt zachęcająca pogoda zezwoli na takie grillowe świętowanie?
A co ja będę dzisiaj robiła? Pewnie nic, bo od dwóch dni chandra jakaś mnie dławi, ale wcale nie mam ochoty z nią walczyć. Jest, to jest, sama przyszła, to i pewnie sama wyjdzie.
Dużo śpię (fakt, pogoda znów taka mało ciekawa), troszkę oglądam seriale na IPLI, czy stare filmy na stronach YouTube, czy innych i czas wcale nieźle mi leci.
Po prostu odpoczywam na pełną parę, czego i Wam życzę
Czyli niech się święci 1 Maja…..NIECH!!!!!
W Lotka nadal nic nie trafiłam, może następnym razem…………