Po bardzo gorącym politycznie i pogodowo piątku, nadszedł kolejny, kanikułowy dzień tygodnia.
Ale może czas na moje słowo o Brexit-ie. Mam mieszane uczucia, z jednej strony jest to tylko i wyłącznie sprawa Anglików, że tak, a nie inaczej zagłosowali, z drugiej mam obawy co do konsekwencji, które Brexit może za sobą nieść.
Nie było co prawda bardzo znacznej przewagi w tym referendum, więc trudno powiedzieć, że jednogłośnie Wielka Brytania opowiedziała się za wyjściem z Unii. Z referendum wyraźnie wynika, że zarówno Szkocja, jak i Irlandia Północna były przeciwne temu krokowi i teraz będą starali się w referendum o przeprowadzenie odłączenie się od Anglików, co spowoduje to, że pozostaną oni w Unii, a Wielka Brytania przestanie już być aż tak bardzo wielka.
Również premier Cameron, który zgodnie z wyborczą obietnicą rozpisał czwartkowe referendum, wcale nie jest zadowolony z takiego obrotu sprawy i już zaznaczył, że będzie rządził tylko do października, do następnych wyborów, gdyż to nowy premier będzie teraz musiał dowodzić dalej losami kraju.
Zrozumiał, że jego wyborcza obietnica była niestety nie do końca przemyślaną, była wręcz populistyczną decyzją i nie widzi w związku z tym siebie u dalszych sterów rządu. A losy nie tylko Anglii, ale i całej Unii mogą teraz przybrać zupełnie nieoczekiwane zwroty, szczególnie właśnie dla dalszych losów Unii w takim wymiarze, jak jest dotąd, gdyż w ślady Wielkiej Brytanii pójdą zapewne eurosceptycy z północnych krajów Europy, Francja, także i Czechy, którym układ „poddańczy” w Unii całkowicie się nie podoba. Faktem jest, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest na bardzo wysokim poziomie i na pewno nie grożą im jakieś wielkie zawirowania, jednakże na pewno stracą rynki zbytów, a co za tym idzie również przyjdzie wiele ograniczeń dotąd im nieznanych.
Coś czuję, że Anglicy jeszcze mocno pożałują swojego nie do końca rozważnego kroku.
Nieznany jest też los Polaków i innych emigrantów obecnie przebywających w Anglii, gdzie znaleźli swoje miejsce na ziemi, pracę, mieszkania, teraz pewno gros z nich będzie musiało wracać do swoich krajów.
Ciekawe co zrobi nasz rząd, gdy zaczną się masowe powroty do Polski, skąd wziąć tyle miejsc pracy dla powracających, w jaki sposób zapewni im warunki socjalne porównywalne do tych, które mieli dotąd zapewnione w Wielkiej Brytanii, bo na gorsze zmiany pewno łatwo się nie zgodzą.
To wszystko okaże się wielkim problemem dla już zadłużonego rządu, który musi się również liczyć i z tym, ze spływające dotąd do Polski fundusze z Unii zaczną być bardzo ograniczone, jako, że to właśnie Wielka Brytania była wielkim udziałowcem w unijnych dotacjach.
Jak już ktoś zauważył, na Kremlu wczoraj strzelały szampany z radości, że Unia pomału zaczyna ulegać rozsypce, przecież to zawsze było marzenie Putina, który chce ciągle powiększać swoje wpływy w Europie. Dotąd z silną Unią liczyć się musiał, teraz ma całkowicie ułatwione pole manewru.
Co prawda nasz rząd zastrzega sobie, że nie ma nawet mowy o próbach opuszczenia przez Polskę Unii, ale kto wie, jak dalsze losy się potoczą, gdy jednak szaleństwa odejścia od Unii zaczną nabierać coraz szersze kręgi.
Obawiam się, żeby to wszystko, wraz ze sprzyjającymi złej politycznej sytuacji atakami ISIS, nie doprowadziło do kolejnej wojny światowej.
W każdym bądź razie, światowa polityka przybiera coraz bardziej groźne prognozy, oby to były tylko prognozy!! Oby to się wkrótce nie miało spełnić……
Następny film, który polecam na ciepły sobotni relaks jest historią dosyć skomplikowanego życia pewnej rodziny, w której wiele faktów zostaje zamazanych, niedopuszczanych do świadomości członkom rodziny, życie płynące torami ubocznymi okazuje się nie tak całkiem proste, jakby to się wydawało, a dopiero śmierć ojca rodziny pokazuje, w jak wielkiej nieświadomości i w zakłamaniu wszyscy w niej żyli i jakie skomplikowane efekty przeszłe fakty teraz przynoszą ciężkie do rozwiązania problemy. Mówię o filmie „Ludzie jak my” – film psychologiczny, który oglądałam oczywiście na cda.
Jest to retrospekcja dwojga obcego dotąd rodzeństwa, którzy teraz rozpatrują wszystkie stare obrazy życia, raz jeszcze je przerabiając, ale w jakże innym niż dotychczas wymiarze. Każde wspomnienie przynosi ból, niepokój i potrzeba teraz wiele czasu, aby znów do wewnętrznego spokoju powrócić.
Po wczorajszym kanikułowym dniu, wieczorem, niebo nad Krakowem zachmurzyło się i wydawało się, że burza jest nieunikniona.
Ale burza przyszła dopiero nad ranem. Nie jakas groźna, raczej taka z rodzaju straszących swoimi pomrukami, pewnie była od Krakowa dosyć oddalona.
Ale już chwilę potem znów słonko zaświeciło, znów robi się zaduch, tak więc zaczynam swój poranek podobnie, jak skończyłam i wieczór, z puszczonym wiatraczkiem, który co tu mówić, troszkę miesza tym powietrzem, ale przy olbrzymim zaduchu jaki był wczoraj, pomaga raczej w dosyć miernym stopniu.
No tak, znów narzekam zbyt gorąco źle, zbyt zimno źle. Najlepsza byłaby pogoda umiarkowana, ani za zimna, ani za gorąca, przynajmniej taka, by było czym oddychać no i nie trzeba by było w swetrze siedzieć.
A gdy już jest taka letnia pogoda, trzeba koniecznie pomyśleć o zrobieniu chłodnika po litewsku, odpowiednie wiktuały już mam przygotowane.
Najpierw ugotuję sobie kawałek cielęciny z marchewką, która usunę, mięsko odstawię na bok, a w tym rosołu ugotuje sobie buraczki – botwinkę, zarówno bulwy, jak i listki, dodam do tego trochę buraczanego zakwasu i wystudzę. Do zimnego wywaru buraczanego dodam jogurt grecki, trochę śmietany, wkroję ugotowaną cielęcinę, ogórki małosolne drobno pokrojone i sporo posiekanego koperku, a na koniec wkroję ćwiartki jajka ugotowanego na twardo. Aby taki chłodnik był dobry, musimy kilka godzin poleżeć w lodówce, aby wszystkie jego smaki dobrze się przemieszały.
Myślę, że gdy dzisiaj zacznę chłodnik gotować, jutro będę miała już pyszne danie, na które koniecznie muszę kogoś zaprosić A kogo???…. wiadomo……nie wiadomo…….
Plany już są, teraz trzeba je tylko zrealizować, a Wam wszystkim życzę przyjemnej i letniej soboty
