osiemnastka……..


……czyli o tym, jak nasza mała Oleńka w dorosłą pannę Oliwię się już przemieniła.
No cóż, osiemnaście lat  jak z bicza strzelił.
A ja jeszcze pamiętam, jak z Magdą po malutką Olkę do żłobka nieraz przyjeżdżałam. Rozczulające wprost wspomnienia, gdy zaglądałyśmy do sali, gdzie przebywała, a Ona wraz z innymi dzieciaczkami na nocniku siedziała.
A potem jeździłam też z Magdą po Nią kolejno do przedszkola, do podstawówki, do gimnazjum…..aż nareszcie zaczęła uczęszczać do Liceum, tam już niestety towarzyszyłam Jej tylko myślami, a w przyszłym roku nasza mała Oliwka będzie maturę zdawała.
Dzisiaj przekroczyła już próg dojrzałości. Wiem, że bardzo czekała na ten dzień, bo chciała już się czuć w pełni odpowiedzialna za swoje życiowe kroki i sama o nich decydować. I chociaż pewnie nie raz, nie dwa przekona się, że to przebywanie w świecie dorosłych nie jest wcale takie łatwe i takie zawsze radosne, trzeba mieć wiele siły, aby rozwiązywać niektóre poważniejsze problemy, jednak to zdarzenie stało się już faktem i tylko teraz mogę życzyć Jej tego, o czym napisałam Jej na Face Booku, by zawsze była rozważna i cierpliwa i oby pasmo jej życia nie składało się z trosk i smutków, ale z samych radosnych i szczęśliwych chwil, spędzanych wśród przyjaciół zawsze Jej wiernych i życzliwych.
POWODZENIA W DOROSŁYM ŻYCIU OLIWKO!!!!!!!

Szukając zdjęć Oliwki z okresu dzieciństwa przeszukałam dość zasobny swój zasób swojego fotograficznego archiwum na Picasso i przy okazji pooglądałam i swoje zdjęcia sprzed lat, ja, potężna Ewa, ale zawsze pogodna, uśmiechnięta.
I doszłam do jednego wniosku: mimo, że tak wiele schudłam nadal cierpię na syndrom osoby otyłej, ta moja tusza nadal tkwi głęboko gdzieś w moim umyśle i trudno mi się tego obrazu z mojej głowy pozbyć. I chociaż przechodząc przez przedpokój spoglądam w lustro i widzę tę dużą różnice, ciągle nie dowierzam, że to jestem jednak ja. No cóż, skoro przez ponad 60 lat żyło się z syndromem osoby grubej, ba, nawet bardzo grubej, trudno teraz przyzwyczaić się do normalności. Na to też potrzebuję troszkę czasu……..
Ostatnio będąc na wystawie spotkałam koleżankę ze Związku Kynologicznego, która stwierdziła? Ewa to Ty? trudno Cię było poznać. No tak, odpowiedziałam, troszkę jednak schudłam. Troszkę?????? No troszkę, tylko 60 kilogramów.
Przecież to sporo, to jest waga jednej normalnej osoby, tak, jakbym na plecy wzięła kogoś z tą wagą i kazała ją nosić, czy dałabym radę?
Teraz pewnie już nie, ale kiedyś musiałam. Jak to dobrze, że jednak te złe chwile minęły, szkoda jednak, że tak późno, bo jednak pewne niedomagania , chociażby zmiany deformacyjne nóg, pozostały i już się nie poprawią na lepsze. Ale ogólnie mówiąc jest nieźle i chociaż nieraz zbuntowane  kiszeczki dokuczają, ale wiem, że równocześnie stają one na straży mojego zdrowia, na zasadzie: nie jedz już więcej, bo możemy Ci zaszkodzić.
No i dobrze, zawsze trzeba mieć nad sobą jakiegoś strażnika.

Podobno w przyszłym tygodniu czeka nas niezła, ponad trzydziestostopniowa kanikuła. Jak na razie pogoda dzisiaj jest umiarkowana, słoneczna, ale z lekkimi zachmurzeniami i delikatnym wiaterkiem, czyli to, co ja akurat najwięcej lubię.
Nie mniej życzę wszystkim przemiłej i spokojnej niedzieli, bez żadnych burzowych anomalii, które ostatnio są tak zdziwaczała, że potrafią przynosić duże straty.

Wspaniałego niedzielnego odpoczynku.

P.S. I znów nie zostałam milionerką, niestety ta wygrana poszła do kogoś innego 😦

mój zaczarowany świat


Za oknem piękna słoneczna sobota, więc pozwólcie, że zaproszę Was dzisiaj w mój wyimaginowany, spokojny, zaczarowany świat marzeń.
Nie będą to marzenia o wielkich pieniądzach (chociaż przypominam, że dzisiaj jest spora kumulacja Lotka), o wielkiej polityce, czy o zagranicznych wojażach.
Mamy przecież w Polsce tyle przepięknych zakątków, wręcz oazę spokoju, wystarczy przejść się wiosenną łąką, zachwycić kolorami maków, chabrów, czy bławatków, powdychać zapach trawy, posłuchać ptasich treli i bzyczenie os i pszczół.
Słyszycie to wszystko?
Zamykam oczy i znów mam 6- 7, a potem i nieco więcej  lat, jestem w Zawoi, tam właśnie jeździłam za czasów mojego dzieciństwa często z Rodzicami.
Idę przez piękną kwietną łąkę nad zimny, zawojski potok, gdzie rwąca i zimna bardzo woda z hukiem spada po  śliskich kamieniach. Trudno nawet zamoczyć stopy w tej wartkiej wodzie, stopy ślizgają się niebezpiecznie, a lodowata wprost woda parzy w stopy. Ale przecież to jest orzeźwienie dla ogrzanego gorącem ciała. Gdy cała zamoczę się w tym górskim strumyku najpierw gęsia skórka ogarnia całe moje ciało, ale po chwili już jest bardzo przyjemnie.
Górski strumyk ma to do siebie, że jest raczej płytki, pełen wystających graniastych, dużych kamyków, ale my znaleźliśmy miejsce, gdzie tworzy on niewielki wodospad, tam można się zamoczyć aż po uszy, a spadająca z górki woda tworzy wspaniały, acz lodowaty prysznic. Ale dla dziecka wcale ne jest to żadną przeszkodą, ono lubi przecież taką letnią swawolę.
A potem po kąpieli idę leśną dróżką wzdłuż płynącego strumyka na polanę, gdzie  nad drugą częścią strumyka rosną wspaniałe, olbrzymie łopiany, można nimi przykryć zbyt nasłonecznione części ciała. Z oddala słychać rechot żabek, a z wody dochodzi plusk przepływających rybek.
W takich górskich, zimnych strumykach pstrąg bardzo chętnie znajduje swoje miejsce, ale są i mniejsze, różnokolorowe rybki, przeskakujące ponad rozbarwioną tęczowymi kolorami kroplami wody.
No a potem te szalone zabawy z koleżankami i kolegami w podchody. W lasku tyle jest wspaniałych zakamarków, pełnych paproci, krzewów i liści, znakomicie za nimi można się kryć przed szukającą nas grupką dzieci.
A gdy zabawa się ta nudzi, idziemy na polankę, gdzie gramy w siatkówkę, czy zbijanego i tak zabawa trwa do późnych wiecznych godzin. Trudno nas zagonić potem do domu, nie ma czasu nawet pomyśleć o obiedzie, czy o podwieczorku, a biały wiejski ser, nie, nie ten  ze sklepu, ale „prosto od baby”, do tego zimne prawdziwe, nierozwodnione mleko, surowe, lub to zsiadłe, które stało w glinianym garnku w zimnej piwnicy, to już szczyt rozkoszy podniebienia.
Trzeba znów iść spać, by rano nie marnotrawić czasu, bo znów czeka nas czas zabaw, czas radości, a takim nawet może być pomoc tutejszym, zawojskim dzieciom w pasieniu krów, niech i one chociaz na chwilę oderwą się od swoich obowiązków i wesoło sobie pohasają. Hej Malina, Krasula, nie idź w szkodę!!!!! wołasz wesoło i pociągając za łańcuch sprowadzasz je znów na miejsce, gdzie mogą się paść.
Ech, te dobre, dziecinne czasy, te wspaniałe letnie przygody, często spędzane właśnie w Zawoi, a potem z Rodzicami wspólny wyjazd nad morze, do Jastarni, czasami do Sopotu,, czy do Międzyzdroi.
To już niestety się nie wróci w realu, to na zawsze pozostanie w mojej pamięci……

Następny tydzień będzie już uwieńczony zakończeniem roku szkolnego, znów dzieciaczki wyjadą nad morze, nad jeziora, czy na wieś, nie będzie obowiązywał ten nieszczęsny poranny budzik i nudne siedzenie w klasie.
Niech się cieszą więc tym radosnym czasem wakacji, później, jako starsze już osoby też będą wspominać, też jakaś tam Ewusia zasiądzie przed komputerem i w swoim blogu rozmarzy się o dawnych, przeszłych i beztroskich już latach.
A i wiele osób dorosłych też pomału zaczyna snuć wakacyjne plany, przyda się bowiem trochę czasu na oddech od codziennych obowiązków i trosk, trzeba trochę znów naładować swoje akumulatory, aby potem nabrać siły na następny trudny rok życia.
Ale o tym teraz nie myślmy. Cieszmy się wakacyjną wręcz pogodą, ciepłem i długimi dniami, które  już za niedługo znów zaczną być coraz krótsze , niestety.
Alei teraz właśnie przychodzi ten najprzyjemniejszy czas. Za kilka dni w Krakowie będziemy obchodzić dni naszego miasta, pod Wawelem znów zamieszkają smoki, a różnokolorowe sztuczne ognie rozjaśnią granat nieba . Młode dziewczyny spotkają się na brzegu Wisły i będą wrzucały uwite wcześniej przez siebie wianki, bacznie obserwując, której wianek pierwszy dopłynie do celu, ta pierwsza za mąż wyjdzie………..
Będą zapalone sobótki, wspaniałe iskry z ogniska pofruną prosto do nieba, a  oddali słychać będzie śpiew: Ej sobótka, sobótka, dzień jest długi, noc krótka……
Rozmarzyłam się dzisiaj trochę, nieprawdaż? Ale dlatego dzisiejszy blog zatytułowałam mój: Zaczarowany świat
Bo mimo, że już siwy włos na głowie, mimo, że tam i ówdzie „coś” strzyka, marzenia zawsze pozostają  jako słodkie we wspomnieniach z dobrych, przeszłych już lat.
Wspaniałej, cudownej soboty wszystkim życzę, pełnej słońca, radości i miłości wzajemnej do siebie.

wystawa

Byłam dzisiaj na Krajowej Wystawie Psów Rasowych w Krakowie.
Oczywiście jako opieka nad psem Polą i Miją Na szczęście to Pola wystawiała Pepę.
Nie poszło rewelacyjnie, bo był ogromny upał i Pepa była okrutnie zmęczona, charczała z gorąca i wydawało się, że zaraz nam padnie, chociaz, pojona była woda i nią nawet polewana, oczywiście wcale nie chciała po ringu biegać, wcale jej się nie dziwię, ja też na jej miejscu bym nie biegała, dlatego oddała palmę pierszeństwa  swojej rywalce. I trudno i tak mniej kochana przez to nie będzie.
A ja sobie przypominałam dobre, dawne, oj nawet bardzo dawne czasy, gdy na wystawy jeździłam z moją Tiną i to nawet daleko, do Poznania, do Wrocławia, czy do Warszawy, a raz nawet byłam z nią na wystawie w Gorzowie Wielkopolskim.
Ale kiedy to było, oj już nawet nie pamiętam, ale na pewno miałam o wiele lepszą kondycję niż obecnie. No i byłam pewnie o te 30 lat młodsza.
Oj, wystawy nie są już dobre dla pań w moim wieku……
Dzisiaj wróciłam do domu całkowicie klapnięta, dlatego mój blog będzie miał mini wpis, tylko wspomnę, że tam byłam.
Do jutra odpocznę, wtedy może coś więcej napiszę.
Zamieszczam tylko jeszcze zdjęcie różyczki, którą po drodze udało mi się sfotografować, taka naprawdę słodziutka.
Miłego popołudnia wszystkim życzę 🙂

nie będę, nie będę, nie będę i już

 

Nawet gdyby mnie ktoś kroił i solił nie wspomnę dzisiaj ani słowa o polityce  i już, tak postanowiłam.
Zresztą pewnie nie prędko do tego tematu wrócę, chyba, żeby mnie jakiś diabeł skusił 🙂
Ale to na pewno mu się nie uda, przynajmniej dzisiaj.

To jeszcze słowo do Ulki : dziękuję z góry za morską bryzę, ale umieść ją najlepiej w jakiejś butelce, dobrze zakorkowanej, by po drodze mi gdzieś nie uciekła:-)
No bo potem szukaj wiatru w polu……….
Jeszcze raz Uleńko wszystkiego dobrego na Twój wyjazd Ci życzę, wspaniałego odpoczynku, fajnego towarzystwa i samych milutkich chwil.
I na wakacyjne  pożegnanie jeszcze jedną różyczkę dla Ciebie zamieszczam:-) Tę możesz sobie na pamiątkę zasuszyć 🙂

A jak nie o polityce, to o czym będę pisała?
Oczywiście o pogodzie.
Wczoraj był bardzo cieplutki i słoneczny dzionek w Krakowie, podobno nie wszędzie był właśnie taki, ale późnym popołudniem zaczęło i u nas padać.
Jak to dobrze, że zdążyłam przed deszczem wrócić do domu, bo jak już się rozlało, to całkiem na poważnie i lalo chyba do północy. Nawet zastanawiałam się, jak to niby spełnić ma się dzisiejsza prognoza pogody, że niby ma to być taki piękny, gorący i słoneczny dzień, skoro tylko ciemne chmury po niebie wieczorem i w nocy ganiały, no i ten deszcz…..
Tym czasem rano niespodzianka: niebo nad Krakowem jest błękitne, bez najmniejszej chmurki i słonko od wczesnego ranka wesoło nam świeci.
A wiem to na pewno, bo dzisiaj wstałam już o 4 rano. Niestety przeciągi w domu spowodowały to, że mój kręgosłup szyjny zaczął okrutnie mi dokuczać, nawet godzinę wcześniej już mnie ból przebudził, ale udało mi się go wtedy oszukać. Niestety o 4 rano ból był już nie do wytrzymania, a ręce miałam ścierpnięte i omdlałe. Na całe szczęście przypomniałam sobie, że mam ten ręczny aparat do masażu i to z opcją rozgrzewania, szybciutko go sobie podłączyłam i porządnie cały kark i okolicę łopatek sobie wymasowałam, od razu lżej mi się zrobiło na ciele i duszy w związku z tym też.
Oznacza to jedno: ratuj się człowieku sam, bo na NFZ niestety nie za bardzo można liczyć. Najpierw musiałabym pewnie z miesiąc czekać w kolejce  do lekarza ortopedy ( o ile nie jest już na urlopie), który dałby mi skierowanie na masaże, a czas na ich oczekiwania pewnie też byłby około 2-3 miesiące.
O sanatorium już nawet nie wspomnę, bo już pisałam kiedyś, że najwcześniej mogę liczyć na przydział takiego leczenia za dwa lata. Tylko do tego czasu można się już całkowicie unieruchomić na amen. Pozostają jeszcze masaże prywatne, ale takich trzeba wziąć co najmniej 10, a każdy masaż kosztuje około 100 zł. ZGROZA!!!   A przypominam, że gdy zlikwidują NFZ, będzie jeszcze gorzej, gdyż finanse na nich będą czerpane z budżetu gminy, czy miasta, a  wtedy…. STOP, zaczynam wjeżdżać na niebezpieczny temat polityki, diabeł, a kysz, nie kuś!!!!
Na szczęście skierowanie do sanatorium może też wypisać lekarz pierwszego kontaktu, więc przy kolejnej wizycie nie omieszkam poprosić o takie skierowanie, potem go złożę tam gdzie trzeba  (ale nie wiem, gdzie najlepiej to zrobić, muszę się popytać) no i będę sobie cierpliwie czekała, aż przyjdzie na mnie kolej. Cierpliwość podobno wyrabia charakter 🙂

Kilka dni temu powróciłam do oglądania moich starych „zapasów” czyli filmów, które kiedyś ściągnęłam sobie na mój komputer.
Czasami są filmy, które chce się po prostu jeszcze raz, czy dwa oglądnąć.
Właśnie takim filmem jest Ojciec Panny Młodej z fantastycznymi aktorami : Dianą  Keaton i Stevie Martinem .
Ten film jest remakiem filmu z 1950 o tym samym tytule, z Joanne Bennett i Spencerem Tracy. Tamten film zresztą też kiedyś oglądałam.
Jest to taka wspaniała rodzinna opowieść o perypetiach ojca, który dowiaduje się nagle, że jego 22 leni ukochana córka wychodzi za mąż.
Dla niego Annie to wciąż jest jeszcze mała, nieporadna dziewczynka, którą trzeba się opiekować i nie wypuszczać z ramion, tymczasem ona wyrosła już na piękną, mądrą, młodą dziewczynę, która zakochana z wzajemnością w młodym, odpowiednim dla niej mężczyźnie, pragnie ułożyć swoje życie.
Film ten jest nakręcony w dwóch częściach, pierwsza opowiada o przygotowaniach do ślubu i psychicznym przeobrażeniu ojca, który wreszcie  rezygnuje ze swoich psychicznych  fanaberii i  godzi się na ten krok, a w części drugiej sprawa nieco się komplikuje, bowiem….. no nie, nie będę  o tym teraz tutaj pisała, pewno większość moich czytelników ten film już oglądała, albowiem wielokrotnie był powtarzany w TV i to przez różne stacje, a kto nie oglądał jeszcze, gorąco polecam.
Film jest bardzo sympatyczny, ciepły, rodzinny, no i oczywiście komediowy. Najlepszy na tę fantastyczną  porę roku.

I co mi jeszcze dzisiaj  pozostało?
Miłego czwartku życzyć. 🙂

No i dzisiaj mocno trzymamy kciuki za nasza drużynę, która na Euro 2016 dzisiaj gra z Niemcami.
Jak myślicie? Jak będzie?????????

Uleczko, dla Ciebie

To są ostatnie róże przed Twoim wyjazdem Ulu, będą się więc kąpać w wodzie, aby pozostały świeże aż do Twojego przyjazdu.
Za tydzień Ciebie tutaj nie będzie, bo będziesz już wojażowała po szerokim świecie, ale następna różyczka i tak będzie na Ciebie czekała, będę się nią opiekowała, żeby potem radośnie znów mogła Ciebie na moim blogu przywitać.
Dobrej podróży Ulu Ci życzę, przyjemnego czasu letniego odpoczynku w przemiłym towarzystwie. Bądź radosna i wesoła i szczęśliwie wracaj do Poznania, a potem i na mój blog.
Ja i moje róże będziemy na Ciebie tutaj cierpliwie  czekać!!! Tęsknić też będziemy !!!!

A co ciekawego słychać jeszcze w Polsce?
Pewnie nic radosnego, skoro przeczytałam dzisiaj na Interii, że poparcie PIS-u osiągnęło już 40 procent.
Brawo Polacy, trzymać tak dalej, a niedługo i Korea Północna z nas przykład będzie brała.
No dobrze, wiem, że Interia i CBOS są pro pisowscy, ale ten sondaż przeprowadził ostatnio TNS.
To może rzeczywiście niby plotka o tym, że są rozmowy z Watykanem o beatyfikacji Lecha Kaczyńskiego ma w sobie wiele prawdy?
Jarosław wszystko może, nawet papieża przekabacić na swoja stronę też, pewnie dlatego tak ochoczo go do Polski zaprasza, być bratem świętego to już coś znaczy, prawda????.
Niestety tylko z Unią Europejską i ostatnio z dyplomacją USA jakoś mu się nie udaje….
Biedny Franciszek, będzie miał za swoje, gdy tu do Polski przyjedzie i pisowcy go obsiądą….. nie zazdroszczę mu wcale.

Pogoda jakoś ostatnimi czasy dopisuje i chociaż czasami, tak jak wczoraj  burzą straszy, ale to są tylko strachy na lachy, chwilę się zachmurzy, trzy, cztery razy poburczy i znów słonko pięknie nam świeci. Ja się akurat tym cieszę, bo  bardzo nie lubię, gdy z braku ciepłej pogody i  z powodu deszczu dokuczają mi wszystkie kosteczki.
Za to martwię się, bo ostatnio mój brzuch znów figle swoje ze mną płata, fakt, może nie przestrzegam zbyt restrykcyjnie mojej diety, stąd takie kłopoty i z kiszkami i niestety z cukrem, który znów podskoczył bardzo do góry, mimo, że zażywam Glucopash.
Oj koniecznie w przyszłym tygodniu muszę wybrać się na te badania krwi, a potem na wizytę do pani doktor pierwszego kontaktu, a ja tak bardzo tego nie lubię. Przeraza mnie to czekanie w poczekalni i nie daj Boże jeszcze wysłuchiwanie od innych pacjentów historii ich choroby.
Chyba będę musiała wtedy  kupić sobie nową Rozrywkę, którą w oczekiwaniu będę rozwiązywała, tak, to jest wspaniały pomysł.
Dzieciaczki radują się wielce, bo o już ostatnie dni mordęgi w szkole i biedaczki tą ciągłą nauką są okropnie zmęczone, ciekawe co powiedzą w tym dorosłym życiu, gdy pracować będą musiały prawie przez cały rok, z małą,  niecało miesięczną przerwą na urlop, żadnych ferii po drodze nie będzie…….
Właściwie to jeszcze mają tylko 3 dni nauki, potem, aż do zakończenia roku traktowane będą lajtowo, wycieczki, spacery, kino – żyć, nie umierać.
Nawet Uniwersytet III Wieku dzisiaj kończy swoje konsultacje naukowe, co obwieszcza wszystkim ostatnim sympozjum i oczywiście uroczystym śpiewaniem.
Trzymam dzisiaj kciuki za wszystkich dzielnych chórzystów, a zwłaszcza za tego Jednego, chyba wiecie kogo mam na myśli?
I to tyle chyba na środowy wpis. Muszę pośpiesznie zamieścić go już w swoim blogu, by Ulka nie czekała niecierpliwie, tak jak ostatnio, zanim mój wpis się pokaże.
Wszystkiego dobrego na dzisiaj Ulu, wszystkiego dobrego na dzisiaj moi wierni Blogowicze, trzymajcie się cieplutko.

nadzieja umiera ostatnia

 

 

 

Właściwie to nic złego, ani nic specjalnego tego trzynastego dnia miesiąca się nie zdarzyło. Ot, był to sobie taki zwyczajny poniedziałek, jak każdy inny.
Może tylko tyle, że był przyjemny, bo słonko pięknie świeciło, ale nie paliło, delikatny wiaterek nas owiewał, tak, to był całkiem przyjemny dzień.
Wieczorem Mia wraz koleżanką Olą po raz pierwszy same smażyły naleśniki. Oczywiście zaopatrzone były w przepis z internetu i wszystko bardzo skrupulatnie według instrukcji wymierzały. Naleśniki były bardzo pyszne i owszem, no może jedno malutkie moje zastrzeżenie było takie, że mogłyby być ciut cieńsze, wtedy byłyby jeszcze bardziej pyszne. Posmarowały je w środku masą czekoladową, a  wierzch naleśnika  przybrały pokrojonymi truskawkami.
No i takie danie na moje niestety pokuszenie mi przyniosły do pokoju, nie mogłam, ba, nawet nie chciałam takiej pokusie się oprzeć i zjadłam aż dwa niewielkie, ale przepyszne takie naleśniki.
Na wszelki wypadek nie mierzyłam rano cukru, po co się dodatkowo stresować.
Ale jak to kiedyś śpiewał Sthur ; „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”, nie można było nie spróbować.
Co prawda te słowa Sthura nie były wcale o naleśnikach, tylko o śpiewaniu, ale na siłę wszystko można pod te słowa podciągnąć, więc i naleśniki też 🙂
Zjadłam i koniec gadki, już tej decyzji nie cofnę, chociaż nie jestem taka wcale pewna, czy gdybym raz jeszcze miała je podsunięte pod nos, potrafiłabym zdecydowanie powiedzieć NIE!!!!
Po prostu sobie wczoraj zgrzeszyłam, a co, nie wolno mi od  czasu do czasu?????
Czy jeszcze coś godnego uwagi się wczoraj zdarzyło?
Raczej na politykę nie patrzę, a jeżeli już, to z wielkim obrzydzeniem, od lewej do prawej robi się coraz bardziej brutalnie, coraz bardziej różnorakie rozgrywki polityczne biorą górę nad zdrowym rozsądkiem.
PO jest w coraz większej rozsypce, co zresztą było do przewidzenia, niestety brakuje tam prawdziwego lidera, bo na pewno nie można liderem nazwać Grzegorza Schetynę. Zupełnie nie rozumiem tych czystek w tej partii, pozbyli się z niej około 700 członków, nie wiadomo właściwie dlaczego, tym samym coraz bardziej upodabniając się tymi zagraniami do PIS-u. Różnica jest tylko taka, że PIS nadal cieszy się sporym poparciem, prawda, że na populistycznych zagraniach   wykreowanym, ale poparcie PO leci na łeb na szyję i na pewno już się z tego nie wykaraskają, już można śmiało powiedzieć, że jest po PO.
Pierwotnie można było sądzić, że to  Petru dojdzie jednak do głosu i potrafi w jakiś sposób wykreować się na przywódcę wartego zaufania, niestety okazuje się, że jest bardzo słabym graczem. Lewica ciągle jeszcze nie może pozbierać się ze swojej porażki, zresztą i ona podzieliła się na dwa obozy, jeden pro Millerowski, który po cichu popiera PIS i drugi, bardziej pro demokratyczny, cóż z tego, skoro jest taki blady, bez żadnego przekazu.
Jedną osobą starającą się cokolwiek zmienić wiele nie zwojują.
Wniosek? Nadal będziemy tkwić w tym marazmie, aż wszyscy powoli się przyzwyczają, że tak musi być, jak jest, dalej ‚wodzem” będzie Kaczyński i on będzie wszystkich za nos wodził.
No chyba, żeby się stał jakiś cud, ale na tamten cud czekaliśmy wiele, wiele lat, teraz znów będziemy czekać Bóg jeden raczy wiedzie jak długo.
Co z tego, że rządy pisowskie są butne, aroganckie, niezgodne z jakimikolwiek zasadami demokratycznego życia, widocznie Polacy potrzebują bicza nad swoją głową, wtedy dopiero są, lub udają, że są szczęśliwi.
Smutne to, ale jakie prawdziwe.
Sam KOD nie wiele zdziała, nie jest to partia i nie ma nawet ambicji być partią, ba, nawet nie są opozycją, chociaż o słuszne sprawy zabiegają, ale ciągle i tak nie udaje im się oprowadzić do jakiegokolwiek consensusu pomiędzy partiami opozycyjnymi, bo w nich  każdy chce ciągnąć przysłowiową kołdrę w swoją stronę, niestety nic z tego dobrego nie wyjdzie. Przynajmniej dopóty, póki  nie pokaże się jakiś prawdziwy i mądry lider, który weźmie stery w swoje ręce i uporządkuje sytuację w Polsce. Ale jak na razie nie pokazał się jeszcze taki na politycznym horyzoncie, a sytuacja polityczna Polski na świecie ulega coraz większej degradacji, teraz Europa ma z nami tylko kłopot, za niedługo całkowicie się od nas odwróci, czy tylko wtedy będziemy mogli liczyć na PIS i na Kaczyńskiego?
Ja i wielu innych mądrych i myślących ludzi w Polsce wie, że nie, ale ciągle istnieje te nieszczęsne 30 procent „ociemniałych” i zapatrzonych w jeden punkt, który nazywa się Jarosław Kaczyński, a właściwie to można powiedzieć, że nazywa się 500 plus i mieszkania plus.
Oni  muszą przekonać się na własnej skórze, że jest to tylko blef, ale niestety ten proces będzie wydłużony w czasie i przez to reszta Polaków też ucierpi.
Tak jak pisałam powyżej : tylko cud może nas uratować. I to nie ten kościelny, bo niestety na kościół nie ma co raczej liczyć, skoro czerpie zyski z zarządzania PIS-u, nigdy przeciwko nim się nie obróci.
Dawno dawno temu, gdy w Polsce był wprowadzony stan wojenny, a wozy z armatkami wodnymi szalały po ulicach, siedziałam kiedyś w jakiejś bramie, ukrywając się przed szalejącą żarzą ZOMO i wymyśliłam wtedy piosenkę z refrenem „Teraz rządzi świata marność, lecz zwycięży Solidarność, zapanuje praworządność spokój ład” Czy wierzyłam wtedy w te słowa, które sama ułożyłam? Może nie do końca, ale miałam nadzieję i ta nadzieja się spełniła.
Teraz też mam nadzieję, że przyjdzie lepszy czas  i wszystko się zmieni, a partia PIS nie będzie już nic miała do powiedzenia.
Tylko niestety do tego musimy dojrzeć i znaleźć odpowiedniego człowieka, który te zmiany przeprowadzi. Może wtedy te niecałe 30 procent popierających dzisiejsze rządy jeszcze się wykruszy na tyle, że nie będą miały siły przebicia w porównaniu z  innymi, którzy na nowe rządy przystaną, je poprą i razem staną do walki o przywrócenie demokratycznego ładu w Polsce, a może i uda się nadrobić straty i znów Polska zacznie liczyć się, jak za swoich dobrych lat w świecie?
I oby to była wtedy naprawdę dobra zmiana. Nie z nazwy, ale z działania i ich skutków.

Nadzieja umiera ostatnia

Wierzycie w takie zmiany? Ja chce wierzyć!!!!

A dzisiaj na szczęście  mamy już czternasty  dzień miesiąca, więc żadne perturbacje nas raczej nie czekają.
Może jedynie co, to pogodowe, bo burze w czerwcu są całkowicie normalnym zjawiskiem.
Oby tylko nie była znów to burza taka, jaka ostatnio była w Modlnicy, która całkiem poważnie uszkodziła przekaźnik internetowy i mieszkańcy przez blisko dwa tygodnie byli pozbawieni dostępu do netu, już o innych szkodach typu spalony komputer, czy spalony ruter, albo palące się żywym płomieniem gniazdko elektryczne  nie wspomnę. A może gdzieś były jeszcze nawet bardziej tragiczne skutki tego burzowego zawirowania?
Od takich złych zdarzeń zachowaj nas Panie.

Na samym początku mojego dzisiejszego wpisu wkleiłam śliczny gif z życzeniami miłego dnia.
I teraz na zakończenie mojego postu raz jeszcze życzę wszystkim miłego, spokojnego i pogodnego  wtorku

niemożlwe jest czasami możliwe

 

Niemożliwe, ale w naszym pierwszym meczu na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej we Francji odnieśliśmy zwycięstwo, wygraliśmy z Irlandia Północną 1:0.
Co prawda nie oglądałam tego meczu, pewnie i innych meczy tez oglądać nie będę, jakoś mnie nie ekscytują, ale nie mniej ten fakt zwycięstwa odnotować musiałam, chociażby dlatego, że w moim założeniu zawsze w moim blogu zamieszczam informacje istotne dla naszego kraju, a takie właśnie zwycięstwo jest jednak sporym i radosnym wydarzeniem dla wszystkich Polaków.
Wyobrażam sobie, ile szampanów wczoraj z hukiem zostało otwartych, ile hektolitrów piwa się polało, a ile wrzasków i okrzyków, najczęściej tych nieparlamentarnych wczoraj padło…….
Brawo Arkadiusz Milik, zdobywca tej naszej pierwszej bramki na Mistrzostwach Europy, brawo Bartosz Kapustka, wywodzący się z rodzimej Cracovi, który na wczorajszym meczu dał popis prawdziwej gry, brawo wszystkie nasze biało – czerwone chłopaki. Tak trzymać nadal !!!!!!
Oby tylko tego zapału starczyło do końca Euro !!!!!!!!
Podczas tego Euro organizatorzy postanowili, że po każdym rozegranym meczu Wieża Eiffla będzie podświetlana w kolorze flagi zwycięskiej drużyny.
Wczoraj Wieża Eiffla była biało – czerwona. Hurra !!!!!!!!

A może i w ten czwartek, po rozegranym meczu z Niemcami  znów doczekamy się  kolorów naszej flagi na Wieży Eiffla? Oby!!!!!
Mielibyśmy wreszcie „odwet” za te nieszczęśliwie przegrane mecze z tą drużyną, która jednak, co tu mówić, jest bardzo silna.
Ale wierzę w Kapustkę, Milika  i resztę, oni jeszcze pokażą jak wielka jest Polska………
W każdym bądź razie ja nadal nie będę oglądała tych rozgrywek, bo uznałam, że moje oglądanie przynosi pecha naszej drużynie, zresztą szkoda moich i tak bardzo już starganych nerwów.
Co ma być, to będzie, przecież piłka jest okrągła, a bramki są dwie!!!!!

Dzisiaj zaczynamy tydzień od nowa. Co prawda rozpoczynamy go z pechową liczbą „trzynaście”, ale może to właśnie ona ma przynieść nam szczęście?
Oby tak było.
Nie mogę sobie jakoś znaleźć ostatnio fajnego filmu o oglądania na cda, po jakimś tam czasu film mnie zaczyna nudzić i go wyłączam.
Rozkapryszona coś ostatnimi czasy się zrobiłam.
Dzisiaj mam popołudniową zmianę, więc po powrocie do domu jednak  muszę sobie znaleźć jakiś ciekawy film, bo przecież nie mam  już swoich ukochanych seriali do oglądania, a Rodzinę Zastępczą znam już prawie na pamięć, zresztą ona teraz służy mi świetnie jako mój usypiacz. Chwilkę pooglądam i już smacznie śpię 🙂

Mogę jeszcze tylko na koniec powiedzieć, że znów moje brzuszysko zaczęło swój okres buntu, co robi się dla mnie znów uciążliwe.
Oj, gdy ja się zbuntuję to on sobie dopiero popamięta, za karę nic jeść nie dostanie i kto będzie wtedy górą???
Muszę koniecznie jutro na czczo się zważyć, bo taki okres buntu zawsze spadkiem wagi skutkuje. Z jednej strony to może i dobrze, bo jeszcze te 6 kilogramów chciałabym się pozbyć, z drugiej źle, bo jednak czuje się nieco osłabiona, no i teraz po każdym posiłku muszę na kwadrans przyjąć pozycję leżącą, wtedy dopiero kiszeczki się uspakajają i zaczynają  działać normalnie.
Masz babo, co chciałaś…….
Ale nadal popieram tych, którzy o takiej jak moja operacji myślą, przecież nie każdy po niej ma takie perturbacje jak ja, j jestem w tym niestety „wyróżniona”  🙂

Miłego tygodnia wszystkim życzę, z  pozytywnymi piłkarskimi  emocjami, bez kłótni, żalów i kłopotów.
A na dzisiaj słoneczka życzę.

pozdrawiam świątecznie, niedzielkowo

Maki już kwitną, znaczy się lato już za progiem….

Wczoraj Olcia   obchodziła „osiemnatkę”. Co prawda dzień Jej urodzin wypada dopiero za kilka dni, ale wtedy już nie będzie Jej w Krakowie, jedzie na zasłużone wakacje.
Mój Boże, to już mija osiemnaście lat? niemożliwe, jak ten czas zapycha do przodu.
Oczywiście impreza była zorganizowana dla młodzież, rodzina zaproszona będzie w późniejszym czasie, a jakże, obowiązkowo, prezenty przecież muszą być!!!!!
Ale podobnież było wczoraj bardzo miło, w sumie i pogoda dopisała, bo nie było za gorąco, deszcz też z malutkim wyjątkiem nie dokuczał, więc można powiedzieć, że wszystko udało się znakomicie.
Życzenia Oliwko będę składała Ci dopiero w dniu Twoich urodzin, dzisiaj tylko mogę życzyć Ci miłych i wesołych wakacji, żebyś z zapałem przystąpiła po nich do szkolnej nauki, wszak przez Tobą bardzo ważny rok, rok maturalny. Już trzymam za Ciebie mocno kciuki !!!!!!!!
Za miesiąc czeka nas w rodzinie następna „osiemnastka”, tym razem Wiktoria dobija do wieku dojrzałości.
Żegnaj dzieciństwo, witaj dorosłe, niestety nie zawsze już różowe życie.
Ale o tym dopiero obie się może  przekonają w przyszłości, może nie, ale każdemu, powtarzam każdemu wydaje się, że gdy się już osiągnie ten wiek osiemnastu lat to jest się już najmądrzejszym na świecie i doskonale wie, jak się w tym skomplikowanym życiu poruszać.
Niestety to złuda, jak kiedyś powiedział mi mój kochany Tatuś, jeszcze nie raz będzie się chciało wracać do czasów, gdy nie trzeba było samemu decydować o wielu sprawach.

A teraz coś z poradnictwa kulinarnego, jest to przepis mojego Taty, który bardzo lubił taki zgliwiały serek na kanapki robić.
Sprawa bardzo prosta, wystarczy biały ser, już nieco przygliwiały (mój Tata nawet nieraz specjalnie rozgniatał taki ser i trzymał 2 dni w kamionkowym garnku)
Na patelnię dać troszeczkę tłuszczu(oliwy) ale mało, żeby potrawa nie była zbyt tłusta, wsypać rozkruszony biały ser i smażyć go do całkowitego rozpuszczenia się. Dodać troszkę soli, przyprawy z czosnku (ja dodaję kostki czosnek Knorra 2-3 sztuki) wsypać sporo kminku, najlepiej tego w całości,wszystko wymieszać i na koniec dodać jedno całe jajko, a gdy ser go wchłonie raz jeszcze przemieszać i przełożyć taki serek do miseczki, żeby ostygł. Ja oczywiście bardzo lubię też jeść go na ciepło, też jest pyszny. Podawać najlepiej z grzanką. Mówię Wam, pychotka.
Zresztą mój Tata bardzo dobrze gotował, jego barszcz, czy bigos to było można  palce lizać, już nie wspomnę o krwawym befsztyku z polędwicy wołowej, takiej próżno było gdziekolwiek indziej szukać i Tata zawsze był rozczarowany, gdy zamawiał taką w restauracji i dostawał „podeszwę”
Ale fakt, kto jest smakoszem i dobrze gotuje.

Wczoraj oglądałam jakiś bardzo dziwny film baśniowy Walta Disneya,  „Niezwykłe życie Timothyego Greena”  nie, nie rysunkowy,  występują tam całkiem nieźli aktorzy. Jest to film familijny z przesłaniem, co jest w życiu ważne, a co ma wartość jeszcze bardziej niezbędną.
Jest to historia rodziny, która nie może mieć własnego dziecka i wtedy w całkiem dziwny, wręcz tajemniczy sposób zjawia się w tej rodzinie 7-8 letni Timothy i zupełnie zmienia ich świat.

A jakie mam plany na dzisiaj? Właściwie nijakie. Może gdzieś się przejdę, może potem oglądnę znów jakiś film na cda…..
W każdym razie zupkę na obiad mam już ugotowaną, po to wstałam dzisiaj wcześnie rano.

Miłej niedzieli życzę wszystkim życzę, samych wspaniałych godzin spędzonych z Rodziną.

nadeszła już sobota……

 

Bardzo się cieszę, że tak licznie został wczoraj odwiedzony mój blog i serdecznie dziękuję za uważne jego przeczytanie.
Może ktoś powiedzieć, napisane z patosem, ale nie, ten wczorajszy mój wpis podyktowany był moim sercem, bo naprawdę bardzo tęsknię za moją Siostrą i często o Niej myślę, a wczoraj znów przeżywałam raz jeszcze ten tragiczny dla mnie dzień sprzed siedmiu lat.
Historia? Teraz już może dla niektórych tak, ale dla mnie to ciągle jest jeszcze teraźniejszość zawieszona w tamtym dniu, bo jak pisałam, wiele się od tego czasu dla mnie zmieniło. I chociaż staram się żyć normalnie, ale….. no tak ja nie będę latała po ulicy i wszystkich zanudzała, że dzisiaj wszyscy muszą się smucić, bo mamy 10 czerwca, moja rocznica jest tylko dla mnie i moich najbliższych, w odróżnieni od „bólu” niektórych, którzy akurat tę datę dziesiątego i to w dodatku każdego miesiąca wykorzystują do manifestacji swoich uczuć jest to według mnie  po prostu zwyczajnym nadużyciem pamięci o kochanej osobie.
Ja tylko wspominałam,  ból pozostawiając już w swoim sercu.
Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby moja siostra, czy nikt inny przy zdrowych zmysłach nie kazał sobie budować pomników chwały.
To tylko pycha i własne EGO może powodować w człowieku takie idiotyczne pomysły. Właściwie to można powiedzieć, że Jarosław sobie buduje te pomniki, ważąc, że przecież on jest odbiciem lustrzanym swojego brata, w takim razie i jego oblicze pozostanie na zawsze w krajobrazie Warszawy.
Lenin wiecznie żywy, Jarosław wiecznie żywy, cóż za podobieństwo !!!!
Co prawda jego brat leży pochowany na Wawelu, dla niego pewnie tam miejsca nie będzie, już więc sobie szykuje mauzoleum w miejscu, gdzie wszyscy kiedyś jego doczesne zabalsamowane zwłoki oglądać będą. Brrrr, koszmar………. Kto wie, czy tak sobie właśnie Jarosław tego nie umyślał? Lechu w Krakowie, a ja tu, na samym środku Placu Konstytucji. W chorej głowie różne chore pomysły dojrzewają.
Dwa pomniki panie K.?, a czemu nie cztery, pięć, dziesięć…… im więcej Kaczorów pod Pałacem Prezydenckim, tym lepiej, będzie potem przynajmniej co burzyć.
Wczoraj znów Kaczyński obchodził miesięcznicę, to taka nowa, polska tradycja, znów o konieczności postawienia pomników plótł, a jemu wierni przyklaskiwali.
Ciekawe jak długo ta szopka jeszcze będzie trwała?

Jak już wczoraj pisałam dla mnie był to normalny dzień pracy i innych zajęć, więc przyznam miałam mało czasu dla siebie do rozmyślań, ale i tak w sercu ten wczorajszy dzień pielęgnowałam.
Rano, przed pracą, odwiedziłam panią Elę i panią Krysię, to znaczy pani Krysia  obcięła mi włosy, położyła nowy kolorek, a pani Ela zrobiła porządek z moimi stópkami.
Od razu lepiej się poczułam, chociaż przyznam, że ten zabieg do najprzyjemniejszych nie należał. Zacisnęłam więc zęby i poddałam się zabiegowi, w niektórych tylko bardziej bolesnych momentach mocno wbijałam swoje paznokcie w ręce, albo w nogę, którą podtrzymywałam, by wygodnie pani Ela mogła przy niej manewrować, a ja nie mogłam uciec. To już opracowana przeze mnie metoda, gdy ktoś robi ci coś, co zaboli, trzeba wbić paznokcie w swoją oczywiście rękę, wtedy ból dzieli się na pół i jest łatwiejszy do przejścia.
Dobrze, że po pracy Koleżanka Ania podwiozła mnie na przystanek autobusowy, zaoszczędziłam trochę czasu i uciekłam dosłownie na kilka minut przed burzą. No może przed burzą to trochę za wiele powiedziane, było zaledwie kilka nie groźnych grzmotów i błyskawic, ale dosłownie jakieś 10 minut po moim przyjściu do domu zerwała się niezła ulewa, pewnie i parasol nie wiele by pomógł i byłabym przemoczona do suchej nitki.
Co prawda miałam w planach zrobić po drodze jeszcze zakupy, na szczęście odłożyłam te plany na dzisiejszy dzień i dzięki temu suchą nogą dotarłam na miejsce.
Dzisiejsza noc nie należała do udanych, nad ranem, około czwartej, obudził mnie niesamowity ból nóg i rąk, nawet palce u rąk mi wyłamywało, musiałam wstać, aby zażyć Nimesil, potem na szczęście jeszcze na trzy godziny udało mi  się zdrzemnąć.
Ale patrzę za okno i……. no chyba i tym razem moje kostki się nie pomyliły, barometr własny działa poprawnie i na pewno ten dzień pogodnie się nie skończy, no, przynajmniej w Krakowie. Jest nawet ciepło, ale pochmurnie i „coś” wisi w powietrzu.
Chyba jednak się nie mylę???
Ale i tak wszystkim życzę pogody ducha na dzisiejszy sobotni, wypoczynkowy dzień. Wszystkiego dobrego!!!

10 czerwca 2009 roku – tak było……

Dochodzi godzina 13-sta. Nagle nad Krakowem pojawił się mrok, rozpraszany tylko błyskawicami i potężnymi grzmotami.
Z nieba fontanny deszczu zaczęły obficie spadać  na ziemię.
Czuć było tę grozę chwili, mówiła ona, że coś niedobrego właśnie się dzieje.
I  chwilę potem Magda odebrała telefon ze szpitala, że właśnie o tej godzinie, odeszła od nas jej Mama, a moja ukochana Siostra Ania.
Straszna to była wiadomość, chociaż pomału byliśmy na nią przygotowywani.
Pierwszy uwierzył, że to prawda Maciek, wiedział, że jego Mama niestety już pomału zbliża się do granicy życia. Też nie mógł się z tym pogodzić, bo kto godzi się ze śmiercią najbliższej, ukochanej osoby?. Ale zrozumiał, że jest to niestety nieuchronne.
My z Magdą długo jeszcze nie dopuszczałyśmy takiej tragicznej myśli, ale przyszedł moment, że i Magda wiedziała, że niestety nadszedł kres życia jej  ukochanej Mamy.
Ja utrzymywałam się najdłużej w złudzeniach, nie chciałam uwierzyć, czekałam chyba na cud? Ale cud nie przyszedł……..
Właśnie 10 czerwca przyszła do Szpitala Narutowicza, na oddział Intensywnej Terapii zła kostucha z kosą i nam zabrała nasz Skarb.
Zostaliśmy sami……. niby razem, a jednak każdy osobno i  każdy z nas na swój własny sposób przeżywał ten ból rozstania.
Dla mnie był to szok, wiem, że tego dnia rano odwiedziła Mamę w szpitalu Magda, a chwilę potem Maciek z Elą też u niej byli. Jeszcze zdążyli zobaczyć Ją żywą, ja niestety już nie, Była trochę zamroczona, pewnie tak, jak i bywała kilka dni wcześniej, gdy kontakt z nią był bardzo utrudniony, ale nic nie wskazywało na to, że to właśnie dzisiaj ta smutna chwila  nastąpi. W ostatnich swoich dniach Ania nie mogła mówić, mówiły za nią jej oczy.,
Tyle nam wszystkim chciała nimi przekazać. Pamiętam, że gdy byłam u niej  dwa, może trzy dni  wcześniej w szpitalu bardzo intensywnie patrzyła w moje oczy, przekazywała swoje spostrzeżenia, rady. Do tej pory mam ciarki, gdy sobie tę rozmowę właśnie wspominam.
Kiedy jej dzieci były małe, pomagałam Ani nimi się opiekować i myślę, że wtedy, na łożu śmierci, chciała mi powiedzieć :”Ewa, ja już odchodzę, ale proszę Cie, zaopiekuj się nimi, nie pozwól, by im zrobiono krzywdę, bądźcie zawsze wszyscy razem” Bardzo wyraźnie czułam właśnie te słowa. Ania nie bała się już śmierci, bala się tylko o to, co po niej zostanie, ale nie tej materialnej części życia, chociaż starała się i materialnie zabezpieczyć swoje dzieci, ale głównie bała się o to, o co całe życie się starała, żebyśmy wszyscy nadal pozostali jedną rodziną.
Myślę, że gdy dzieci Ani przeczytają ten blog zrozumieją, dlaczego w niektórych przypadkach musiałam postępować tak, a nie inaczej, to było właśnie przesłanie dla mnie od Ani, musiałam go wykonać.

 

Aneczko moja Kochana! Dzisiaj mija siedem lat od tego czasu gdy Twoje oczy zamknęły się ostatni raz, gdy Twoje kochane serce przestało bić.
Przeżyłam już w życiu wiele śmierci, w tym moich najbliższych, czyli moich Rodziców, mojego Brata, a na końcu znów świat mój uległ ruinie właśnie 10 czerwca 2009roku. Zawsze podświadomie bardzo bałam się tego dnia, nie wyobrażałam sobie, jak moje życie bez Ciebie będzie wyglądało.
I przyznam Ci, że było mi bardzo, bardzo ciężko. Tęskniłam do naszych rozmów telefonicznych, do moich wizyt u Ciebie w Modlnicy, czy  wspólnych spotkań na Żabińcu, nie miał mi kto powiedzieć na koniec każdej rozmowy telefonicznej , jak Ty to robiłaś „no to idź spać”, nie miał mnie czasami kto obsztorcować…….
Ale musiałam pomału wracać do rzeczywistości, smutnej, bo już bez Ciebie, ale wszystko od tamtej pory było i jest już inne, takie puste, z wielkim brakiem ukochanej osoby.
A tyle jest rzeczy, które chciałabym Ci powiedzieć, lecz Ty pewnie świetnie o nich wiesz, bo obserwujesz nas przecież tam wysoko zza chmurek i cieszysz się każdym naszym powodzeniem i smucisz się, gdy dzieje się coś, co Ci się nie podoba.
Codziennie o Tobie myślę Aniu, często przemawiam do Twojego zdjęcia, które wisi nad moim łóżkiem, czasami jeszcze nawet płaczę……
Człowiek przemija, odchodzi do wieczności, ale myśl o nim, miłość do niego nigdy nie zgaśnie.
Dzisiaj pracuję popołudniu, więc nie będę mogła odwiedzić Cię w Modlnicy na Cmentarzu, zrobię to przy następnym moim tam pobycie, ale pozwól, że pozostawię Ci tutaj tę piękną, czerwoną różą, na znak mojej wielkiej miłości, którą Cię obdarzyłam, bo wiem, że i Ty również za swojego życia żywiłaś ją do mnie.

BARDZO CIĘ KOCHAM ANIU!!!!!!!!!!
ZAWSZE CIEBIE KOCHAŁAM I ZAWSZĘ BĘDĘ CIĘ KOCHAŁA!!!!!!