bardzo napięty program dnia

Dzisiaj mam bardzo napięty program dnia.
Rano, już o 8-smej mam masaż, potem chcę zrobić badania krwi no i iniekcję z Witaminy B12.
Miała mi tę iniekcję zrobić Tereska, ale niestety teraz przez 3 tygodnie będzie działać w innej placówce.
Miałam ją zrobić już dwa tygodnie temu, ale gdzieś „posiałam” te zastrzyki, dopiero 2 dni temu Maciek uświadomił mnie, że najprawdopodobniej wsadziłam je do lodówki, bo one mają być przechowywane w zimnie.
Poszłam wiec do lodówki, a tu w jej drzwiach, na samym wierzchu leży pudełko z Witaminą B12, A przecież do lodówki  zaglądam co najmniej  2-3 razy dziennie, tylko akurat nie na tę półkę, na której lekarstwo grzecznie sobie czekało.
Ot, skleroza, na drugi raz muszę sobie zapisywać chyba, co gdzie chowam, tylko tej karteczki z zapiskami też nie mogę ukryć w tajemnym miejscu, bo też jej nie znajdę 🙂
No cóż, pesel mówi sam za siebie, teraz prócz innych dolegliwości, doszła skleroza. A może nie teraz akurat doszła, może ją mam już od pewnego czasu, tylko o tym nie pamiętam, ha ha.
Gdy wszystko załatwię już w przychodni i być może nawet poczęstują mnie kawą (przecież do badań muszę być na czczo, mogę, a nawet powinnam wypić tylko wodę mineralną, by się nawodnić, wtedy nie ma problemów z pobraniem krwi), będę musiała spieszyć się do pracy, bo o 11-stej mam umówioną pacjentkę do dalszej części wczorajszego badania – pasażu jelitowego, które niestety nie zostało dokończone, gdyż jej jelita były leniwe i nie chciały do końca się wypełniać.
W dodatku jest to moja koleżanka „po fachu”, razem kończyłyśmy elektro-radiologię na  tak zwanej Koletańskiej Uczelni.
Zawsze tak jest, że gdy jest robione badanie u znajomej osoby, coś musi się pokisić, wczoraj najpierw wieszał mi się program do odczytu kaset, ale tę przeszkodę udało mi się na szczęście pokonać, no a potem to długie badanie. Wyszłyśmy z przychodni prawie o wpół do siódmej wieczorem, nie było sensu dłużej czekać, lepiej będzie, gdy dzisiaj spokojnie to badanie dokończymy, mam nadzieję, że już bez żadnych przeszkód.
Z jednej strony to byłam okrutnie wczoraj zmęczona tym bardzo gorącym dniem, do pracy szłam na popołudnie, więc akurat musiałam człapać w największy skwar i to w dodatku ulicami bez śladu cienia. Wcześniej jeszcze zdążyłam pójść na pocztę, aby wysłać troszeczkę zbyt małe zakupione spodnie (już zamówiłam numer większy) no i koniecznie musiałam nadać Lotka , bo spora kumulacja znów mnie kusiła.
Do pracy dotarłam całkowicie „roztopiona”, całe szczęście, że włączona była klima, mogłam z 15 minut spokojnie sobie posiedzieć w poczekalni i ochłonąć.
Topiąc się w tym skwarze wyobrażałam sobie, że znajdzie się ktoś, kto opracuje patent na bluzeczkę z wiatraczkiem, w okolicy karku można zamontować wiatrak pobudzany na przykład bateriami, dobry pomysł co?
Ten upał strasznie wszystkim wczoraj dokuczał, w autobusie, który też był klimatyzowany jechała mama z maleńkim dzidziusiem w wózku, dziecko całą drogę okropnie marudziło, mimo, że mama dodatkowo go wachlowała, biedny maluch nie mógł znieść  tego zmęczenia.
No właśnie, ale gdy już z Ireną pod wieczór wracałyśmy do domu, co prawda jeszcze słonko trochę świeciło, ale niebo było nieco zachmurzone i zerwał się lekki wiaterek, jakoś, mimo zmęczenia całym gorącym dniem do przystanku autobusowego dotarłam, ba, nawet po drodze zrobiłam kilka zdjęć z mijanych ogródków, jedno z nich zamieściłam w dzisiejszym mim blogu. Nawet wieczorem był moment, że zanosiło się na porządną burzę, ale ta przeszła gdzieś bokiem. I dobrze, bo nie cierpię moknąć, nie mówiąc, że boję się piorunów, zwłaszcza, gdy jetem poza domem.
No, a wieczorem były emocje całkiem innego rodzaju, oczywiście mówię o meczu Polska- Portugalia.
Na wszelki wypadek go nie oglądałam, tylko nadstawiałam ucha na głosy  Zojki i jej koleżanek i kolegów, którzy mecz oglądali.
Pierwsze minuty były ekscytujące, z drugiego pokoju dochodziły takie piski, że od razu wiedziałam, że strzeliliśmy gola.
Potem „niechcący” zaglądnęłam do ich pokoju i w tym samym momencie Portugalczycy strzelili nam wyrównującego gola. Więcej do pokoju na wszelki wypadek nie zaglądałam, po co kusić los? wyraźnie moje bezpośrednie kibicowanie przynosi pecha, wolałam  więc kibicować na odległość, czyli byłam na meczu duchem, a nie ciałem 🙂
Ale jednak  mecz skończył się niestety dla nas źle, co prawda nasza drużyna grała bardzo dzielnie, ale ani 90 minut  meczu, ani późniejsza dogrywka nie przyniosła rezultatu, nadal był remis 1:1, dopiero rzuty karne zadecydowały, że do dalszych eliminacji przeszła drużyna Portugalii, nasze Biało – Czerwone chłopaki niestety odpadły z Mistrzostw Europy. Szkoda, bo była to bardzo zgrana drużyna i śmiało mogliśmy powalczyć o więcej, zasługiwaliśmy na to, ale los niestety nie był dla nas łaskawy.
Jak widać, ostatnio w żadnej sprawie los dla Polaków nie jest  przychylny.
Może przyjdzie pora, że to się kiedyś zmieni??

No dobra, dzisiaj też skwarna  pogoda będzie nieco dokuczać, ale przypominam, że znów mamy piąteczek, czyli popołudniu rozpoczynamy weekend.
Co prawd nie długi weekend, ale zawsze te dwa i pół dnia odpoczynku jest przed nami. Trzeba z tego się cieszyć, ja już się cieszę i do Was uśmiecham
Miłego piątku i dobrego odpoczynku w weekend życzę