I znów spędziłam przemiłą niedzielę u Magdy i u Jacka w Modlnicy.
E, fajnie było, nie za ciepło, nie za zimno, a w sam raz ( koteczku po coś tam wlazł??)
Oczywiście wypróbowałam nową leżankę – huśtawkę, mówię Wam, fajna sprawa.
Można na niej się nawet całkiem przyjemnie zdrzemnąć, bo to kołysanie uspokaja i usypia, szczególnie przy obłędnym cykaniu świetlików.
Szkoda tylko, że tej nocy nie było bardzo gorąco, pewnie przesiedziałabym na tarasie na tej leżance całą noc.
Ale wieczorem niestety zrobiło się już chłodno, trzeba było wracać do mieszkania.
Nawet na internet nie poświęcałam wczoraj zbyt dużo czasu, tylko od czasu do czasu zaglądałam na Face Booka i na Plemiona, gdzie „rozmawiam” na czacie z moim kolegą. Grzesiu akurat wczoraj pracował, więc wspierałam go duchowo w tych mozolnych godzinach jego pracy krótkimi wpisami raz na jakiś czas.
Wieczorem oglądałam finałowy mecz Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Właściwie to był pierwszy ( i ostatni) mecz, który oglądałam, a i tak nie w całości, jego końcówkę sobie podarowałam, potem tylko w Onecie sprawdziłam, kto został Mistrzem Europy. Przyznam, że byłam trochę zawiedziona, że to właśnie Portugalia wygrała, chociaż z drugiej strony żal mi było Ronalda, który rawie na początku meczu musiał być zwieziony z boiska z powodu poważnego urazu kolana. Ten bardzo ambitny piłkarz, ostoja portugalskiej drużyny, bardzo przeżywał swoją porażkę i nie krył łez, nie tylko z powodu bólu po urazie, ale także z powodu zawiedzionej ambicji. A te miał ogromne, te mistrzostwa miały być uwieńczeniem jego piłkarskiej kariery, niestety stało się inaczej.
Ale jego drużyna wynagrodziła mu to w znakomity sposób, wygrywając dla Portugalii złoto, a Ronaldo miał okazję kibicować swoim kolegom, jako, że na szczęście nie wymagał natychmiastowej hospitalizacji. Pewnie dopiero po powrocie do Portugalii zaczną jego rekonwalescencję i muszą się spieszyć, bo niebawem zaczną się eliminacje do piłkarskich mistrzostw świata.
Oczywiście, że sekundowałam po chichu Francuzom, ale cóż, piłka jest okrągła, a bramki są dwie….
Dzisiaj mamy już poniedziałek, po leżeniu na wygodnej kanapie – huśtawce pozostały tylko marzenia.
Mam przed sobą bardzo długi dzień – rano przyjechałam z Magdą na Żabiniec, ale zaraz idę do przychodni na Rusznikarską na masaż, a popołudniu znów muszę na Żabiniec powrócić, bo już o 14 mam rozpisanych pacjentów. Dopiero wieczorem dotrę do domku i pewnie padnę jak kawka, będę pewnie ogromnie zmęczona bo na dzisiaj zapowiadają ponad 30 stopniowe upały. Spałam tej nocy niby dobrze, ale krótko, już o 5 rano na nogach byłam, nie wiem po co tak wcześnie, ale tak właśnie się obudziłam.
Ale znów tylko powiem (jak zawsze) „Kto Ci obiecał, że życie po różach będzie się toczyć”?
Tych zabiegów pozostało mi już niewiele, tylko będę je brała dzisiaj, jutro i pojutrze, więc jeszcze trochę wysiłku w bieganiu po Krakowie muszę włożyć.
Jutro muszę wziąć urlop w pracy, bo prócz masażu mam zaplanowaną wizytę u pani doktor I-szego kontaktu i tam na pewno stracę mnóstwo czasu na czekanie. Ale od czego mam „Rozrywkę” pod ręką? Siądę sobie cicho w kąciku, porozwiązuję trochę zadań i czas szybciutko mi zleci.
Tylko, żebym nie zapomniała poprosić panią doktór o skierowanie do sanatorium ( a jednak) i na gastroskopię. Niestety, muszę ją zrobić, by sprawdzić, czemu ten żołądek tak często mnie boli. Może coś tam po operacji się pozmieniało?, może jakiś szew puścił, albo jeszcze oś nie daj Boże gorszego się wydarzyło???
Ale to są dopiero nieco dalsze plany.
Dzisiaj wszystkim życzę miłego i cieplutkiego dnia i uśmiechów na cały długi tydzień
