witajcie w poniedziałek

I znów spędziłam przemiłą niedzielę u Magdy i u Jacka w Modlnicy.
E, fajnie było, nie za ciepło, nie za zimno, a w sam raz ( koteczku po coś tam wlazł??)
Oczywiście wypróbowałam nową leżankę – huśtawkę, mówię Wam, fajna sprawa.
Można na niej się nawet całkiem przyjemnie zdrzemnąć, bo to kołysanie uspokaja i usypia, szczególnie przy obłędnym cykaniu świetlików.
Szkoda tylko, że tej nocy nie było bardzo gorąco, pewnie przesiedziałabym na tarasie na tej leżance całą noc.
Ale wieczorem niestety zrobiło się już chłodno, trzeba było wracać do mieszkania.
Nawet na internet nie poświęcałam wczoraj zbyt dużo czasu, tylko od czasu do czasu zaglądałam na Face Booka i na Plemiona, gdzie „rozmawiam” na czacie  z moim kolegą. Grzesiu akurat wczoraj pracował, więc wspierałam go duchowo w tych mozolnych godzinach jego pracy krótkimi wpisami raz na jakiś czas.
Wieczorem oglądałam finałowy mecz Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Właściwie to był pierwszy ( i ostatni) mecz, który oglądałam, a i tak nie w całości, jego końcówkę sobie podarowałam, potem tylko w Onecie sprawdziłam, kto został Mistrzem Europy. Przyznam, że byłam trochę zawiedziona, że to właśnie Portugalia wygrała, chociaż z drugiej strony żal mi było Ronalda, który rawie na początku meczu musiał być zwieziony z boiska z powodu poważnego urazu kolana. Ten bardzo ambitny piłkarz, ostoja portugalskiej  drużyny, bardzo przeżywał swoją porażkę i nie krył łez, nie tylko z powodu bólu po urazie, ale także z powodu zawiedzionej ambicji. A te miał ogromne, te mistrzostwa miały być uwieńczeniem jego piłkarskiej kariery, niestety stało się inaczej.
Ale jego drużyna wynagrodziła mu to w znakomity sposób, wygrywając dla Portugalii złoto, a Ronaldo miał okazję kibicować swoim kolegom, jako, że na szczęście nie wymagał natychmiastowej hospitalizacji. Pewnie dopiero po powrocie do Portugalii zaczną jego rekonwalescencję i muszą się spieszyć, bo niebawem zaczną się eliminacje do piłkarskich mistrzostw świata.
Oczywiście, że sekundowałam po chichu Francuzom, ale cóż, piłka jest okrągła, a bramki są dwie….

Dzisiaj mamy już poniedziałek, po leżeniu na wygodnej kanapie – huśtawce pozostały tylko marzenia.
Mam przed sobą bardzo długi dzień – rano przyjechałam z Magdą na Żabiniec, ale zaraz idę do przychodni na Rusznikarską na masaż, a popołudniu znów muszę na Żabiniec powrócić, bo już o 14 mam rozpisanych pacjentów. Dopiero wieczorem dotrę do domku i pewnie padnę jak kawka, będę pewnie ogromnie zmęczona  bo na dzisiaj zapowiadają ponad 30 stopniowe upały. Spałam tej nocy niby dobrze, ale krótko, już o 5 rano na nogach byłam, nie wiem po co tak wcześnie, ale tak właśnie się obudziłam.
Ale znów tylko powiem (jak zawsze) „Kto Ci obiecał, że życie po różach będzie się toczyć”?
Tych zabiegów pozostało mi już niewiele, tylko będę je brała dzisiaj, jutro i pojutrze, więc jeszcze trochę wysiłku w bieganiu po Krakowie muszę włożyć.
Jutro muszę wziąć urlop w pracy, bo prócz masażu mam zaplanowaną wizytę u pani doktor I-szego kontaktu i tam na pewno stracę mnóstwo czasu na czekanie. Ale od czego mam „Rozrywkę” pod ręką? Siądę sobie cicho w kąciku, porozwiązuję trochę zadań i czas szybciutko mi zleci.
Tylko, żebym nie zapomniała poprosić panią doktór o skierowanie do sanatorium ( a jednak) i na gastroskopię. Niestety, muszę ją zrobić, by sprawdzić, czemu ten żołądek tak często mnie boli. Może coś tam po operacji się pozmieniało?, może jakiś szew puścił, albo jeszcze oś nie daj Boże gorszego się wydarzyło???
Ale to są dopiero nieco dalsze plany.
Dzisiaj wszystkim życzę miłego i cieplutkiego dnia i uśmiechów na cały długi tydzień

już jest po pierwszym zagrożeniu

Na szczęście szczyt NATO skończył się  bez żadnych perturbacji, mimo, ze teoretycznie takie zagrożenie było.
Bo  jaka lepsza sytuacja dla terrorystów może zaistnieć, niż tylu ważnych przywódców tego świata, skupionych w jednym miejscu?
Dlatego pewne obawy były, ale skoro sam prezydent Stanów Zjednoczonych pojawił się w Warszawie znaczyło, że zabezpieczenie przed ewentualnym atakiem terrorystycznym było w jeszcze większym stopniu opanowane do perfekcji, nikt nie odważyłby się tak ważną osobistość na wielką niewiadomą i wielkie niebezpieczeństwo narażać.
W każdym bądź razie prezydent Obama w Polsce był, powiedział, co miał powiedzieć, obiecał, co miał obiecać i z powrotem powrócił do Stanów, nawet nie kontynuując swojej wcześniej zaplanowanej wizyty w Hiszpanii, z Polski poleciał prosto do Dallas, gdzie rozegrała się straszna tragedia, znów wskutek zamachu  zginęło tam sporo ludzi. Dobrze, że jak na razie u nas nie ma takich morderczych  zapędów  i wszystko jak dotąd  odbywał się na zasadzie pyskówki, aczkolwiek niesłuszne oskarżenia, nienawiść drugiego człowieka, wyrażana nawet w słownej agresji, też może niejednego ranić.
Ciężkie teraz mamy czasy w Polsce i ciężkie czasy nadeszły też nad Europę i cały świat,  wciąż są  zagrożenia niewiadomymi atakami terrorystycznymi, przed którymi naprawdę trudno się obronić, albowiem są one świetnie przygotowane, uderzają niespodziewanie i przynoszą ogromne straty w ludziach.
Aż strach pomyśleć, że za krótki czas, już w tym miesiącu, znów Polska będzie „na widelcu” terrorystów podczas Światowego Dnia Młodzieży i możemy tylko modlić się, aby w te dni panował w Polsce spokój i ład. Już sam zjazd do Krakowa niesamowitej ilości pątników stanowi dla władz miasta nie lada kłopot, logistycznie przygotowanie takiej uroczystości, trwającej kilka dni, jest naprawdę wielkim wyzwaniem i mam nadzieję, że wszystko wspaniale się uda, a terroryści nie pozostawią  tym razem swojego krwawego śladu.
Również wisi nad nami i inne zagrożenie, tym razem ze wschodu, aż strach nawet pomyśleć, jakie tragiczne skutki taka wojenna zawierucha mogłaby przynieść. Trochę przypominają się czasy, gdy świat stał u progu wybuchu II wojny światowej, wtedy też niepohamowana żądza agresji zniszczyła wszystko, co ludzie budowali z takim wielkim mozołem przez wszystkie swoje lata, nie licząc oczywiście olbrzymich strat ludności, tyle osób niepotrzebnie musiało zginąć, bo jeden człowiek zaplanował sobie, że będzie rządził całym światem. Oby teraz historia się nie powtórzyła……

Wczorajsza sobota minęła mi całkiem przyjemnie, miałam gości, Darkę i Maćka. Przy kawie miło spędziliśmy czas na pogawędkach, niestety przy okazji uległa pęknięciu podstawa mojego ulubionego fotela na kółkach, ale od czego jest internet? Już zamówiłam nową podstawę, tym razem solidniejszą, żeliwną i pewnie około czwartku znów będzie mój fotel jak nowy. Maciek uaktualnił mi program mojego dekodera Polsatu, mam nadzieję, że tym razem obraz nie będzie już tak zanikał, jak dotąd i będę na razie mogła przesunąć w czasie ewentualny  zakup nowego telewizora. Może ta awaria powodowana była brakiem  właśnie tylko tej  aktualizacji?? Oby!!!
Wieczorem spotkał mnie całkiem niemiły incydent, nagle, mimo, że akurat polegiwałam na tapczanie, zrobiło mi się okropnie duszno, pot leciał mi po plecach i po głowie i zaczęłam się wewnątrz mnie strasznie trząść. Byłam tak słaba, że ledwie dowlokłam się do mojego glukomierza i okazało się, że gwałtownie spadł mi cukier, miał wartość poniżej 4. Troszkę spanikowałam, ale zatelefonowałam do Maćka, który polecił mi zjeść bułkę z miodem. Po 20 minutach cukier skoczył mi do 14, ale przynajmniej już się nie trzęsłam i  się przestałam pocić, ale przed samą nocą zmierzyłam cukier jeszcze raz i spadł mi do 8.
Dzisiejszy poranny pomiar przyniósł mi już normalny wynik – 5.2 Jednak muszę nadal bardzo uważać, bo ta moja cukrzyca wyczynia ze mną cuda, a taka trzęsawka  i to pocenie się jest niesamowicie nieprzyjemne. Pewnie jednak będę musiała mieć zmieniony Glucophas na jakiś inny preparat cukrzycowy.
Ale to pozostawiam w gestii lekarza pierwszego kontaktu, do którego wybiorę się  najprawdopodobniej w najbliższy wtorek, albowiem już są gotowe moje wyniki z krwi i teraz potrzebuję lekarskiej konsultacji no i  muszę uzupełnić mój zapas lekarstw na czas, gdy pani doktór będzie na urlopie.

Na dzisiaj zapowiadają śliczną, słoneczną  i bezwietrzną pogodę, więc najprawdopodobniej pojadę sobie do Modlnicy i posiedzę na… tak, nie tylko na tarasie, ale i na wspaniałej huśtawce, która Jacek kupił Magdzie w prezencie urodzinowym – on to chyba jednak rzeczywiście bardzo tę swoją Magdę kocha!!!!! Na razie huśtawkę widziałam tylko na Face Time, jest to po prostu wisząca, miękka kanapa z baldachimem (no proszę, Magda jak ta królowa pod baldachimem sobie siedzi), full wypas, jak twierdzi Magda. No to może właśnie dzisiaj o tym się przekonam? Tylko żeby słoneczko nam dzisiaj dopisywało, bo wcześnie rano owszem, nawet zaświeciło, a teraz jakoś tak niebezpiecznie chmury wzeszły na niebie i słonko nam przesłoniły…..
Ale jestem dobrej myśli, wszak pohuśtać się można nawet wtedy, gdy słonka brak, byleby deszcz nie chciał sobie popadać.

No to życzę wszystkim milej i słonecznej pogody i fajnego odpoczynku na łonie natury. Kto może niech z domu wyruszy, bo szkoda w murach siedzieć, gdy za oknem piękne lato rozpościera swoje uroki.

prztyczek w nos

 

Nie tęgą miał wczoraj minę PAD, gdy Prezydent Obama głośno i dobitnie najpierw jemu, a potem powtórzył te same słowa na konferencji prasowej, wyrażał swoje zaniepokojenie nieprawidłowościami i niebezpiecznym majstrowaniem przy Trybunale Konstytucyjnym przez obecny rząd no i równocześnie przez Andrzeja Dudę, który jako prezydent ma stać na straży bezpieczeństwa Konstytucji, a nie ją zwalczać.
Przykre to były dla Polski słowa, gdy Obama wyraźnie tłumaczył Dudzie, że Demokracja nie polega tylko na wygraniu wyborów i na pisaniu od nowa ustaw, przede wszystkim określa ona praworządność, przestrzeganie prawa do wolności słowa, do niezależności. To akurat czego Duda jako strażnik Konstytucji w ogóle nie rozumie, a może udaje, że rozumie, tylko ma na tyle związane ręce, jest na tyle spętany (czym?), że musi służyć tylko i wyłącznie rozkazom nad – prezesa, a ten z kolei demokracją w takim zakresie wcale się nie przejmuje.
Można powiedzieć, że Duda wczoraj odniósł wręcz przeciwny skutek, niż przewidywał, myślał o sukcesie, tym czasem wczorajszy dzień okazał się blamażem nie tylko rządu, ale przede wszystkim jego osoby, jako prezydenta. Wstyd na cały świat, bo wszystkie światowe agencje prasowe natychmiast zareagowały na wczorajsze wystąpienie prezydenta Obamy i oczywiście odpowiednio je skomentowano.
Właściwie powinnam powiedzieć, że prawie wszystkie agencje prasowe, bo Wiadomości TVP, opanowane jak wiemy przez jedną słuszną partię, dokładnie wymiksowały z przemówienia Obamy słowa dla nich niewygodne, usiłowali sprzedać swoim słuchaczom tylko pochlebne słowa, które wyrwane z kontekstu wypowiedzi całkowicie zmieniły sens. Wspominali więc o pochwałach, które padły z ust amerykańskiego prezydenta, zapewnienia o przyjaźnie i o pomocy w obronności Polski, ale ani słowa nie zająknęli się o obawach Obamy w sprawach naszego Trybunału i jego krytyce,
Dopiero krytyka takiego stanowiska tuby rządowej – TVP przez liczne inne środki przekazu i przez opinię społeczną kazały w sposób bardzo light-owy całą wypowiedź tego męża stanu ujawnić, tzn wspomnieli tylko, że Obama wyraził swoje zaniepokojenie istotą sprawy Trybunału.
Ale jak wiemy, Pis uwielbia zmieniać nie tylko przytaczane czyjeś słowa, ale i fakty zaistniałe w historii, dlatego na Wystawie upamiętniającą drogę Polski do NATO, kluczowe role były przypisane Lechowi Kaczyńskiemu, Janowi Olszewskiemu czy Andrzejowi Dudzie. Zostały  całkowicie pominięte osoby, które odegrały niezaprzeczalnie największą  rolę w naszym wejściu do NATO, np pominięto Geremka, prezydenta Kwaśniewskiego, prof Bartoszewskiego, prof Skubiszewskiego, to oni głównie przyczynili się, że nasz akces został przyjęty i przeprowadzony do końca i teraz jesteśmy prawnymi członkami tej organizacji.
Fakt, to była bardzo długa i trudna droga do przejścia, ale nazwanie tych czołowych i najbardziej zasłużonych osób, które przyczyniły się do tego sukcesu niuansami, a tak nazwał to rzecznik rządu PIS Rafał Bochenek, to już po prostu czysta bezczelność!!!!!!!
Tak jak i podobnie szczytem bezczelności, a nawet powiedziałabym politycznego chamstwa było umieszczenie wbrew woli dowódców NATO wystawy dotyczącej Katastrofy Smoleńskiej. Ewa Stankiewicz, miernej miary pseudo prawicowa dziennikarka, znana dotąd z wielu plugastw dopuściła się jeszcze i tego jednego incydentu, który pozostawił wielki niesmak wśród dziennikarzy całego świata, mianowicie wystawa pokazywała rozbity samolot w Smoleńsku, z podpisami, kto i dlaczego w niej zginął (oczywiście, że zginęli tam najwięksi patrioci! i to na stanowisku pracy!!), ale równocześnie Solidarni 2010 rozdawali ulotki, na których wprost napisano, że prezydent Kaczynski został zamordowany przez Putina, przy zgodzie i pomocy naszego byłego premiera Tuska.
Trzeba dodać, że teraz, gdy Tusk pełni tak odpowiedzialną funkcję Prezydenta Europy w Unii, takie sianie złej propagandy niestety bardzo negatywnie rzutuje na obraz naszego państwa. I tak Polska jest na językach całego świata i tak wszyscy ze zgrozą i zdumieniem oglądają to, jak Polska w przeciągu niecałego roku potrafiła się z lidera przeistoczyć w trzecio, a może i czwartorzędowe państewko.
Niestety nie wróży to Polsce nic dobrego.
Nie ma się czym zachwycać, że w Polsce (bo nie tylko w Polsce, ale i w krajach ościennych byłego układu socjalistycznego) zostały rozmieszczone rakiety i wojska NATO. Po prostu taka była konieczność zapewnienia całej Europie bezpieczeństwa, my z racji swojego bliskiego sąsiedztwa z Rosją stanowimy tylko pewnego rodzaju bramkę zabezpieczającą, nie byłoby takich zabezpieczeń, gdyby zaistniała inna sytuacja polityczna. Nie jest to więc żadna zasługa ani PIS-u, ani Dudy, tym bardziej, że o to spotkanie na szczycie w Warszawie zabiegał poprzedni prezydent, Bronisław Komorowski. Dzięki mądrej polityce zagranicznej i ekonomicznej doznaliśmy wtedy zaszczytu pełnego zaufania i dlatego właśnie obecnie mógł się on w Warszawie odbywać.
Ale to jest tak, jak w tym powiedzeniu : „Kowal kuje, a żaba łapy wyciąga” PIS z Dudą na czele wyciągają łapy po nie swój sukces i sobie go przypisują, dlatego taki prztyczek w nos całkowicie się Dudzie wczoraj należał. Inna sprawa, że wszystkie krytyczne uwagi spływają po nich jak woda po kaczce.
Właśnie, świetnie powiedziane, jak po kaczce.
Ale dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie oberwie.
Co prawda CBOS nadal podaje wspaniałe wyniki PIS-u w sondażach, ale wiadomo, że jest to  następna propagandowa tuba rządu, są przez rząd opłacani, więc nie mogą podawać niekorzystnych dla nich wyników. Ale czytałam już w innych portalach, że poparcie PIS-u spada na łeb i na szyję, już mają poniżej 30 procent poparcia, a niech no tylko skończą się pieniądze na ten program 500 plus, zaraz będzie poparcie spadać im coraz więcej.
Co prawda rząd szuka gdzie może, skąd wziąć pieniądze na ten kolosalnie niedorzeczny pomysł, nawet Morawiecki zaczął coś kombinować z OFE, bo tam są jeszcze jakieś pieniądze odkładane przez ich członków, ale nie ciemny, a potem i ciemny lud wreszcie się zdenerwuje, gdy zobaczą, w jaki bezczelny sposób są okradani z własnych pieniędzy.
Bo prawda jest jedna, to nie PIS daje 500 plus dzieciom, tylko my sami co miesiąc składamy się na różnych również  i nieudaczników, pijaków, którzy biorą pieniądze i je przepijają, albo trwonią, a dzieci niewiele na tym korzystają. Nie mówię, że tak jest wszędzie, są dzieci naprawdę biedne, które pomocy potrzebują, ale ta pomoc powinna być dawana im w rozumny sposób i nie koniecznie zmuszając do płacenia na nich wszystkich podatników.
Raz jeszcze z całą mocą podkreślam: To nie Pis daje im pieniądze, to daję im je ja, ty i wszyscy inni i pracujący i emeryci, a to się nazywa po prostu
p o p u l i z m !!!!!!!
Ten rząd nie jest dobrym rządem, skoro pozwala na to, żeby nas ośmieszano w całej Europie, na całym świecie. Bo może i troszkę troski o nasz kraj też występuje, ale głównie niestety jesteśmy pośmiewiskiem dla innych, już nie mówiąc, że dla niektórych, na przykład dla Putina jesteśmy pożytecznymi idiotami, przyczyniającymi się tylko do jego sukcesu w politycznej ekspansji.
Zastanawiałam się kiedyś, że może jestem zbyt stronnicza, ale skoro wszyscy ci mówią, nie rób tak, to jest niepoprawne, trzeba nad tym się zastanowić, a nie twierdzić, że oni racji nie mają, są głupi, a ja Jarosław wszystko wiem najlepiej.
Niebawem Szczyt NATO się kończy, do Polski na Światowy Dzień Młodzieży przyjedzie Ojciec św Franciszek i też pewnie przestrzegał będzie naszych księży przed tym, co wyczyniają, będzie ich uczył, na czym polega prawdziwy Katolicyzm, a nasi pyszałkowaci duchowni pewno też będą naukami papieża zniesmaczonymi i też pewno będą twierdzić, że Franciszek wcale na Bożych przykazaniach się nie zna, a może nawet i co gorsze nazwą go Antychrystem?
Kto wie, nasi duchowni przyzwyczajeni do zbytków i bogactwa, bo na tym głównie się oni skupiają, żadnej krytyki też przyjąć nie będą chcieli.
Zaiste, dobrze kiedyś śpiewał Czesław Niemen „Dziwny jest ten świat”, bo teraz staje się on niestety coraz dziwniejszy, mniej zrozumiały dla ogółu, popierający tylko swoich, chociaż sami nie tak dawno jeszcze taką postawę krytykowali. Byt określa świadomość. Teraz posłom PIS-u lepiej się powodzi to i świadomość mają niestety bardzo ograniczoną. Niestety……

Dzisiaj mamy sobotę Nie zapowiada się na śliczny dzień, rano przechodziła burza, teraz pokazuje się co prawda , ale trudno na razie określić, co sie z tego wykluje.
Na pewno wysokich temperatur nie ma co dzisiaj oczekiwać.
Ale i tak dobrego odpoczynku i miłego dnia dzisiaj życzę

 

satyr…………a

Cyniczna gęba Kaczyńskiego na wczorajszych obradach Sejmu RP to wyraz absolutnej pogardy, arogancji i nienawiści do ludzi .
Twarz bezzębnego Satyra, który  cieszy się z tego, że ludziom czyni zło.
Oby historia szybko z nim i jemu podobnymi się rozliczyła.
Mam nadzieję, że doczekam tych czasów…..satysfakcja będzie wielka.
Tylko ciągle jeszcze nie rozumiem tych, którzy nie widzą tego, co Kaczyński wyrabia, nie widza tej jego buty i arogancji, są w niego zapatrzeni jak w obraz. A przecież wyraźnie widać, że on nam wszystkim śmieje się prosto w twarz. I tym, którzy są mu przeciwni, ale i zdaje się mówić i do tych, którzy go popierają: głupki jesteście, skoro mi wierzycie!!!!
Wystarczy przeczytać niektóre tylko komentarze np w Polityce, ręce mi opadają, gdy czytam te bzdety, napadające na poprzednia ekipę (no, całkiem bez grzechu też nie byli, ale w porównaniu  z tym, co teraz wyrabia ekipa PIS-u, to były same aniołki) i  zupełnie bezkrytycznie popierające wyczyny dzisiejszego rządu.
Cóż, dobrze napisał któryś z dziennikarzy Polityki, widać 40 procent Polaków uwielbia być  oszukiwanych.

Ale przynajmniej ta cyniczna mina Kaczyńskiego chociaż w małym stopniu powinna na nich zadziałać odrażająco, jednak widać odwrotny całkiem skutek przynosi.
Niestety nadal będziemy się taplać w tym błocie nienawiści i  arogancji, bo coraz mniej jest nadziei na jakąś pozytywna zmianę.
Chociaż……
Dzisiaj rozpoczyna się w Warszawie szczyt NATO. Może znajdzie się ktoś, kto tym pyszałkom nosa utrze?
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że Kaczyński jest tylko zwyczajnym posłem – pionkiem, nie piastuje żadnego urzędu, nie będzie mógł być w przyszłości pociągnięty do odpowiedzialności politycznej, a jednak to on sam jeden, niepodzielnie rządzi, koło siebie ma tylko miernoty, które ulegają jego pomysłom, a te są coraz bardziej szalone, bezczelne, nieprzewidywalne……
Zaiste, dziwnym jest krajem Polska, której udało się  wyzwolić  ze szponów komunizmu, aby znów wpaść w następną paszczę lwa, coraz bardziej zachłannego, pazernego, mściwego.
Tylko teraz  niestety nie mamy nikogo na miarę ówczesnego Wałęsy, niby opozycja walczy sama ze sobą, zamiast z rzeczywistym wrogiem!!!!!

Wczoraj wieczorem jakieś okropne trudności były z siecią Orange, trudno było się dodzwonić, przeważnie można było usłyszeć sygnał zajętości, tak, jakby osoba, do której się dzwoniło była poza zasięgiem. Nawet SMS-y czasami były blokowane.
Za to można było w miarę łatwo dodzwonić się na miejskie numery,. Nawet myślałam, że te kłopoty mogą mieć jakieś powiązanie z rozpoczynającym się szczytem NATO, ale po pewnym czasie wszystko powróciło do normy.Chociaż kto wie, co nas jeszcze przez te kilka dni czeka?
Być może znów trudno będzie się do kogoś z Orange dodzwonić, a może i inne linie też będą albo zablokowane, albo wręcz wyłączane?
Chociaż wieczorem Onet już podawał, że Orange miało wczoraj chwilowe kłopoty z połączeniami i że awaria stopniowo była usuwana.
No proszę, chyba największa sieć w Polsce, a takie ma kłopoty, czyżby hegemonia Orange też musiała być przełamana?

Dzisiaj już nieodwołalnie idę na te badania krwi, chociaż moje kiszeczki znów są w etapie buntu, widać raz na jakiś czas muszą pokazać, kto tu rządzi.
Mam tylko nadzieję, że tym razem Maciek nie zadzwoni do mnie z wiadomością, że znów muszę się pakować do szpitala.
Nie, zdecydowanie nie chcę takiego obrotu sprawy, przecież tak dzielnie zażywam te lekarstwa na anemię………
No i oczywiście po pobraniu krwi idę na masaż kręgosłupa. Teraz już muszę pilnować dokładnie tych zabiegów, bo już dwa masaże mi przepadły, jeden w zeszły czwartek, gdy miałam nieco wcześniej pacjentów rozpisanych, a oni też pracowali na popołudniu i nie zdążyłabym na czas do pracy, no i drugi, kilka dni temu, gdy złożyła mnie biegunka. Jeden z tych zabiegów uda mi się odrobić w ten tzw awaryjny dodatkowy ich dzień, drugi niestety przepadnie, a szkoda, bo widać zdecydowanie, że mi masaże pomagają, szczególne ten na kręgosłup szyjny, nie mam już tego nieznośnego drętwienia palców u rąk.
Jednak trzeba będzie pomyśleć o jakiejś bardziej skutecznej, kompleksowej metodzie leczenia………np. sanatorium.
Tylko, że ja wciąż na ten temat tylko gadam i gadam, a nic w tym kierunku nie robię.

Dobrego piątku życzę, wszak na ten dzień czeka się  cały tydzień. Jak to nasz Jaś mówi: piątek, piąteczek, piątunio…..
Chociaż pewnie dla niego teraz, gdy ma wakacje, ten dzień nie jest jakiś szczególny.
Dla mas pracujących ma,  więc życzę miłego piątku, weekendu początku

czary – mary

 

Zaczarowuję słoneczko, by nam dzisiaj jednak trochę zaświeciło, bo jednak trochę chmur po niebie goni….
Wczorajszy dzień nie zapowiadał się pogodowo wspaniały, niestety padał przejściowy, bo przejściowy, ale  deszcz, tak, że  mimo parasola zdążyłam też  nieco zmoknąć. Potem wyszło słonko, ale zerwał się ogromny wiatr, który nie pozwolił spokojnie maszerować.
Nawet się zastanawiałam, czy ja już taka jestem chuda jak ten Tadek Niejadek z bajki, którego wiatr porwał do góry i uniósł wysoko i dopiero strażacy strażacka pompą podawali mu ciasteczka i kakao, żeby zrobił się ciut cięższy i na ziemię opadł.
Co prawda mnie wiatr nie uniósł do góry, ale kilkakrotnie zmiatał mnie z chodnika, musiałam stawać i chwilkę odczekać, ale parę razy byłam wczoraj bliska upadku, na szczęście udało mi się to opanować.
Ale i tak pomna tej bajki, poszłam sobie wczoraj na lody miętowo – cytrynowe, czyli nieco zgrzeszyłam, co oczywiście dzisiaj mój glukomierz zameldował podniesioną liczbą i nawet wykrzyknikiem.
Ale w końcu tak rzadko teraz jem te lody, od czasu do czasu trzeba zboczyć z drogi cnoty, z tym, że wczoraj chyba lekko przesadziłam, bo było mi potem niedobrze. No proszę, jakiego mam wewnętrznego Anioła Stróża w sobie 🙂
Ale wczorajszy, dosyć spory wiatr przeszkadzał nie tylko mi, z kim wczoraj nie rozmawiałam, prawie każdy narzekał, że przez ten wiatr gorzej się czuje.
Nawet Ulce z Poznania też wiatr przeszkadzał w spacerkach, tylko, że dodatkowo u nich cały dzień pada deszcz, u nas tylko do południa.
Bardzo dziwne, wiatr ma w sobie tak coś dziwnego, że gdy wieje od razu siada psychika, człowiek ma gorsze samopoczucie, gorsze myśli.
Kiedyś nawet robili  badania, w których udowodnili, że najwięcej samobójstw jest w czasie olbrzymich wichur.
Oczywiście nie wspominam już o tym, jak wielkie spustoszenie takie wichury robią w gospodarstwach, porywając dachy, burząc to, co na ich drodze stanie, zresztą i  cała przyroda potrafi bardzo ucierpieć od  większych huraganów, wyrywane są wtedy drzewa, niszczone są pola uprawne,wylewają rzeki, jednym słowem wichury przynoszą olbrzymie straty. A ostatnio występujące w Polsce huragany robią się całkiem podobne do tych, które występują w USA, czy na przykład w Japonii. Coraz częściej czytamy komunikaty MPIGW komunikaty ostrzegawcze dla wielu rejonów w Polsce.
Niestety, jak widać i dzisiaj wiatr nie odpuścił i sobie dmie porządnie!!!!

Jutro rozpoczyna się w Warszawie bardzo ważne spotkanie przywódców krajów należących do NATO, w tym udział będzie brał również i prezydent USA Barack Obama.
W pierwszej kolejności spotka się on z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem i z Sekretarzem Generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem , a potem  także z Prezydentem RP Andrzejem Duda, z którym będą się koncentrować na stosunkach dwustronnych USA – Polska, na ważnych inwestycjach, które te państwa uczyniły w tym kierunku, ale pewnie i nie obędzie się też o pytania Obamy o sprawę Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, który, jak wiemy jest demokratycznie zagrożony, a właściwie już prawie zniwelowany. Bardzo ciekawe, co nasz A.Duda na ten temat będzie miał do powiedzenia, jak bardzo będzie się wił w swoich małych i większych kłamstewkach. Wiadomo, to co powie zależy od dyrektyw, jakie wcześniej od prezesa Polski dostanie, będzie się musiał do nich dostosować, a to się Obamie na pewno nie spodoba .
Konferencja NATO jest bardzo ważnym elementem strategicznym w obecnej zagmatwanej sytuacji politycznej w świecie.
– Widzimy chaos, przemoc i terror na południu, na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Ale widzimy też bardziej asertywną Rosję, która znacznie wzmacnia się militarnie i użyła siły, by zastraszyć sąsiadów, oraz dokonała nielegalnej aneksji Krymu. To wszystko fundamentalnie zmieniło sytuację bezpieczeństwa w naszym otoczeniu. To też powód, dla którego nasz szczyt w lipcu będzie tak ważny. Zapadną tam decyzje, jak mamy nadal dostosowywać się, jak reagować na tę nową sytuację – powiedział w niedawnym wywiadzie sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg.
I w tej chwili nie jest może aż tak ważne, w czyich rękach pozostają polskie rządy, bo to zawsze zmienić się przecież może, ale ważne jest to, by zapewnić przynajmniej minimum bezpieczeństwa dla naszego kraju, co wydaje się, że i dzisiejszy rząd  jednak pojmuje.

Znów się rozpisałam, jak  mi ktoś dzisiaj zapewne zarzuci ( jednak cenzor??), ale są to bardzo ważne problemy i na nie trzeba nas wszystkich uczulić.
Życzę przyjemnego i spokojnego czwartku, przedostatniego pracującego dnia w tym tygodniu. Oczywiście nie dla wszystkich przedostatniego, bo są tacy którzy niestety i w weekendy pracować muszą (ja tez kiedyś tak miałam), ale większość jutro popołudniu znów będzie wypoczywała.
DOBREGO DNIA.

Dużo róż

Bo dzisiaj są aż dwie różyczkowe okazje.
Pierwsza z nich, dla mnie bardzo, bardzo ważna to urodziny mojej Magdusi

 

Cóż, trzeba przyznać, że minęło troszkę czasu od chwili, gdy moja siostra przyniosła taki mały pakuneczek ze słodkim niemowlaczkiem – Magdą do domu.
Nie, to nie było wcale aż tak dawno, ale palców u rąk i u nóg na policzenie ich pewno by zabrakło.
Nie będę wszak okrutna w tym uroczystym dla Magdy dniu, aby Jej latka wyliczać.
Powiem tylko jedno: Bardzo Cię kocham Magda i chcę, żebyś zawsze była szczęśliwa i radosna. Niech wszystko rozwija się po Twojej myśli i w Rodzinie i w pracy. Pewno chciałabyś w tego Lotka trafić główną wygraną, niech i tak się stanie.
Wiem, że myślisz o swoich dzieciach, by i im się życie poukładało, Boże, jaka jesteś w tym podobna do swojej Mamy, ta sama troska, takie same nerwy, to samo tłumaczenie wszystkiego dzieciom, ale Jej się udało, czemu więc i Tobie nie miałoby się udać?
Masz kochane dziewczyny koło siebie, które już dorosły do samodzielnego życia i Jaśka,  który ciągle jeszcze na co dzień tej Twojej pomocy potrzebuje I bardzo dobrze, że go masz, bo teraz, gdy dziewczyny zaczęły żyć własnym, dorosłym życiem, Ty ciągle jesteś jeszcze młoda przy konieczności nieuniknionej  pomocy swojej najmłodszej latorośli.
Wiem, że martwisz się i Kamilą i Olcią, wiem, że zawsze służysz im swoją dobrą radą i pomocną dłonią, nie martw się, wszystko będzie dobrze!!!!!
Cieszę się, że masz koło siebie Jacka, który jest naprawdę bardzo opiekuńczy i w Tobie wciąż zakochany, to jest ta Twoja druga połówka jabłka.
Czasami w tym życiu trudno ją odnaleźć, Tobie się to na szczęście udało!!!!
100 Lat Magdusiu, niech wszystko Ci się pomyślnie dzieje, niech wszyscy Twoi najbliżsi obdarzają Cię na co dzień miłością na którą naprawdę zasługujesz.

Oczywiście, że nie mogłam dzisiaj zapomnieć również i o róży dla mojej Ulki.

Jest i dla Ciebie dzisiaj różyczka Ulu, chociaż wiadomo, że priorytet dzisiaj miały życzenia urodzinowe dla mojej Kochanej Magdusi.
A czego Tobie dzisiaj Ulu mam życzyć?
Miłej i pogodnej środy, abyś znów mogła sobie ze swoimi nieodłączonymi kijkami pogonić po obrzeżach Poznania, bo wiem, że takie spacery radość i zdrowie Ci przynoszą.
I życzę abyś dzisiaj i nie tylko dzisiaj spotkała na swojej drodze samych miłych i pogodnych ludzi, abyś w miłej atmosferze spędzała wszystkie najbliższe i najdalsze godziny.
GOOD LUCK !!!!         

Przez zwyczajowe już moje perturbacje  brzuszne, moje wczorajsze plany musiały ulec zmianie, a więc ani nie zrobiłam sobie wczoraj badań krwi ani,  nawet nie poszłam na masaże.
Ale co się odwlecze, to nie uciecze, badania (już nieodwołalnie, żeby nie wiem co) zrobię w piątek, a dzisiaj przed pracą zdążę się jeszcze wymasować .
Przecież nie mogę teraz tych zabiegów ot tak sobie przerwać.
Wczoraj okrutnie obraziłam się na naszą Pepę, z którą wyszłam na spacer, a ona już pod pierwszym drzewkiem na chodniku pod domem zrobiła siusiu i już prowadziła mnie z powrotem do domu. Zarówno i ona i ja byłyśmy uparte, ja z siłą przeciągnęłam ją przez ulice na plantki, ona ile sił  miała w nogach zapierała się, że nigdzie dalej nie pójdzie i już. Musiałam ustąpić oczywiście, bo przez ten cały czas czułam, że wyprowadziłam na spacer nie psa, a upartego osiołka. Nie rozumiem, czemu ona tak nie lubi ze mną spacerować, nawet pogoda była całkiem na spacery przyzwoita, ot, taka była jej wola i na swoim postawiła.
A może ja już się nie nadaję, żeby mieć psa?
Chociaż z drugiej strony Pepa bardzo lubi przebywać w moim towarzystwie i ze mną się bawić. Oczywiście wczoraj za karę nie wpuszczałam jej do mojego pokoju, chociaż nie jestem pewna, czy ona w ogóle to zrozumiała.

Pogoda dzisiaj nie będzie szczególna, na zmianę i troszkę słonka i troszkę deszczu, ale przynajmniej temperatura będzie odpowiednia do normalnego bytowania.
Trochę wytchnienia się przyda, ważne, żeby w weekend było ślicznie i słonecznie.
Wczoraj trochę rozpisałam się w swoim blogu, może nawet zbyt filozoficznie wczorajszy wpis potraktowałam, dzisiaj jakoś koncepcja mi do wczorajszej nie dorasta, może znów znajdę jakiś ciekawy temat jutro? Wszak tyle ciekawych bilbordów jest rozmieszczanych na ulicy.
W przeciwieństwie do niektórych, nie potrafię w autobusie ani czytać gazety, ani rozwiązywać krzyżówek, gdyż zaraz zaczyna mi się kręcić w głowie, gdy autobus podskakuje na większych, czy mniejszych wybojach, więc bacznie obserwuję to, co dzieje się na ulicy i czytam różne wywieszane tam informacje, niektóre jednak bardzo szybko z powrotem zapominam, niektóre pozostają mi w głowie i stają się kanwą następnego mojego wpisu w blogu.
O polityce znów ani słowa nie piszę, nie warto, czekam, aż wszystko szlag trafi i zaczniemy od nowa układać nasze życie w Polsce. A że tak będzie, jestem o tym głęboko przekonana.

Wczoraj wróciłam do klasyki filmowej i po raz kolejny, nie wiem już który, z przyjemnością oglądnęłam sobie „Love story”
Film, jak film, miłość, jak miłość, ale tak sobie pomyślałam, ile jest na świecie takich właśnie młodych osób, przed którymi wydawałoby się świat otworem staje, którzy mają tak wspaniałe plany na przyszłość i jeden podmuch wiatru zdmuchuje ich świeczkę życia. I nie ma już potem nic, wszystko w niwecz się obraca, tylko pozostający najbliżsi muszą na nowo swoje życie układać i udawać, że to co się stało ich nie dotyczy, chociaż zranione serce zawsze krwawi.
Ten film jest bają o miłości, ale jakże w swoim wyrazie nie jest wcale bajką życia, taka sytuacja mogła wydarzyć się na pewno i nie raz pewno w niejednej rodzinie się zdarzyła.
Jest ktoś bliski, kochany i nagle ……… znika już na zawsze, to może być żona, narzeczona, mama, siostra, ojciec, brat, wszystko jedno, zawsze ta pustka w sercu pozostaje……..

Na razie, życzę wszystkim przyjemnej i spokojnej środy, samych pomyślnych godzin nie tylko dla dzisiejszej Solenizantki

młodość to jest stan świadomości

a starość??……

Wczoraj, wracając autobusem do domu zwróciłam uwagę na taki billboard z takim właśnie przesłaniem : Młodość to jest stan świadomości.
Zastanowiłam się więc przez moment nad tym, czym właściwie jest w takim razie starość? Bo czasami zgorzkniałość starej osoby można znaleźć na twarzy całkiem młodej osoby, która bezsilnie poddając się trudnej sytuacji, nie potrafi sprostać przeciwnościom życia. Innym zaś razem widzimy osoby starsze, których może twarz nie jest już taka świeża, jak kiedyś, których ból czasami potrafi celnie dokuczyć, jednak nadal duchem pozostają młode, gotowe do nowych wyzwań, zawsze zadbane i uśmiechnięte, potrafiące mimo uciekających lat nadal cieszyć się życiem.
Do takich właśnie należy moja Ulka, pełna życiowego optymizmu,  pełna wielkiej radości z tego, co ją teraz otacza i umiejąca znaleźć swoje miejsce w całkiem nowej dla niej sytuacji, mimo, że ciągnie za sobą bagaż swoich doświadczeń i zdrowotnych i życiowych, bo w sumie nikogo życie dzisiaj nie rozpieszcza.
Marks uważał  iż „byt określa świadomość”, a zatem człowiek w swoim myśleniu nie jest wolny, lecz zdeterminowany przez otaczające go warunki …
A czy młody w takim razie zastanawia się nad tym stanem,  w którym akurat tkwi?
Nie, on przyjmuje ten stan całkiem bezkrytycznie, jako coś, co dane mu jest z góry, a co trwać będzie wiecznie.
Otóż nic bardziej mylnego, młodość przemija o wiele szybciej, niż by tego człowiek chciał, niż by się tego spodziewał i dochodzi do momentu, gdy ta granica już bezpowrotnie zostaje przekroczona.
Czy zatem  stan świadomości jest rodzajem ułudy, której łatwo ulec?, czy  można porównać ją do złudy zamieszczonego powyżej zdjęcia? Raz widzisz profil młodej ślicznej dziewczyny, zwróconej do nas troszkę plecami, drugi raz jest to obraz starej, pomarszczonej  babci z długim nosem. Wszystko zależy od tego w jaki sposób na to zdjęcie spoglądasz i co chciałbyś na nim zobaczyć.
Nasze życie też tak właśnie się przedstawia, to jak ono przechodzi w bardzo dużej mierze zależy od nas, od naszych poglądów, od naszego nastawienia, czasami i od naszego samopoczucia.
Ale ważne jest, by potrafić przeciwstawić się wszystkim trudom, które niestety są nieuchronne i zawsze o jakieś stopnie potykać się musimy.
Są osoby bardzo doświadczone przez życie, a potrafiące sobie z tym dawać radę. Już kiedyś wspominałam tutaj o młodej, dwudziestoletniej Marcie z Jastarni, która na skutek choroby porusza się na wózku inwalidzkim  Ale to ona właśnie pokazuje, że nawet będąc osobą cierpiącą, niepełnosprawną, można z życia czerpać  wiele radości. Można znaleźć i te pozytywne wartości z życia  i je rozwijać. Marta jako osoba niepełnosprawna pewnie więcej widzi trudów życia, niż te osoby, dla których przejście przez ruchliwe  ulice, czy wspinanie się po skałkach wymagają może i pewnego wysiłku, ale nie są dla nich wielką przeszkodą.
Właśnie tak jak dla  mojego bratanka Łukasza, dla którego wspinaczka wysokogórska, czy udział w biegach maratońskich  jest wielką przyjemnością, dla Marty pływanie wraz ze  swoim wózkiem na pontonie, czy taniec wykonany na tym swoim pojeździe, albo podróżowanie  też przynosi wielką satysfakcję.
Do tego dochodzi u Marty radość w przebywaniu z przyjaciółmi, dla których nie jest ona żadnym dziwadłem, a zwyczajną, uśmiechniętą młodą dziewczyną, pewnie nawet nie zwracają uwagi na kalectwo, bo ciągły uśmiech na jej twarzy jest świadectwem, że czuje się osobą szczęśliwą, spełnioną.
I mimo, że nie wszystko w życiu jest dla niej osiągalne, z czego na pewno zdaje sobie sprawę, prowokuje ją do tego, żeby ciągle walczyć, zdobywać, na miarę swoich sił. Jestem pełna uznania dla Marty za to, co robi dla osób niepełnosprawnych, jako osoba najbardziej czująca potrzeby normalnego życia dla takich osób włączyła się w projekt 440 km po zmianę :
 Idąc 440 km brzegiem Bałtyku – spełniamy marzenia, inspirujemy do zmiany i wspieramy kobiety
z niepełnosprawnością, aby w pełni uczestniczyły w życiu. We współpracy z samorządami nadmorskimi i osobami zamieszkującymi Wybrzeże pracujemy nad modernizacją polskich plaż tak aby były one dostępne dla wszystkich.


Jakie to jest piękne, gdy zostaje się ambasadorką tak ważnego dla innych przedsięwzięcia i każdego dnia można udowadniać innym, że warto brać udział w takiej walce, która może przynieść sukces i radość zarazem nie tylko tym, dla których ten projekt jest wdrażany, ale również i dla tych, którzy obserwując swoje zwycięstwo, czują triumf ze swoich osiągnięć. Na ilu plażach teraz będą rozbrzmiewać wesołe głosy tych, dla których dotąd wjazd na nie był utrudniony, albo wręcz niemożliwy, a teraz przez wybudowane pomosty i inne urządzenia ułatwiające osobom niepełnosprawnym dostęp do samego morza nie będzie to żadnym problemem, też będą mogli poddać się urokowi morskich krajobrazów.
BRAWO MARTA!!!!!

Celowo tutaj przeciwstawiłam radość z osiągnięć trzech osób osadzonych w różnych życiowych  realiach, Łukasza, człowieka  zdrowego, jeszcze wciąż młodego, ale zbliżającego się do wieku granicznego pomiędzy młodością, a wiekiem określanym już jako zbliżonym do wieku słusznego, który musi jednakowoż sporo z siebie dać wysiłku, aby osiągnąć wyżyny swoich zamierzeń, co świetnie mu się udaje, Marty, dla której wysiłek  życiowy mierzony jest całkiem innymi kategoriami, ale też potrafi z nich się cieszyć i stara się, aby jej małe zwycięstwa przekładały się w jedno olbrzymie, skumulowane zwycięstwo, przynoszące jej satysfakcję, a innym pomoc, a także Uli, zbliżonej wiekiem metrykalnym do mojego, ale jakże ciągle młodej duchem.

A dlaczego dzisiaj tutaj tak rozlegle o tym piszę? Bo ten dzisiaj dostrzeżony prze zemnie billboard sprowokował mnie do rozmyślań nad tym, czym tak dokładnie  jest sens życia, jak należy go rozumieć?
Człowiek tak długo czuje się młody, dopóki ma w sobie tę iskierkę radości z życia, z chęci walki, aby jeszcze coś osiągnąć i z chęci pomagania innym.
Można resztkę swojego życia przeleżeć na tapczanie, gapiąc się bezmyślnie w telewizor, to przecie nie wymaga żadnego trudu można przyznać, że nie trzeba zbyt wiele z siebie dać innym. Tylko takie osoby są właśnie zgorzkniałe, wiecznie narzekające, zapatrzone tylko w siebie i rozpamiętujące wszystkie swoje życiowe i zdrowotne niepowodzenia.
Ale można na każdym etapie życia cieszyć się z tego, co się ma, ale nie materialnie, ale w sferze psychicznej i starać się, aby tego nie stracić, a raczej pomnażać ten swój życiowy dorobek.
A jaka ja jestem?
Pewnie coś pomiędzy jednym, a drugim określonym tu przeze mnie wzorcem. Czasami się poddaję i wtedy zanurzam się we wszystkie moje małe  i większe bóle, ale znów potrafię się jednak zmobilizować i coś jeszcze z życia czerpać, tę radość z pięknego dnia, z rozmowy z kimś, kto jest koło mnie, z uśmiechu dawanego lub odbieranego nawet przez kogoś nieznajomego. To takie łatwe, można kogoś na ulicy, czy w autobusie obdarować uśmiechem, czy miłym słowem i już życie wydaje się wtedy weselsze i łatwiejsze.
Więc jednak zgadzam się z tym billboardowym napisem, że młodość jest stanem duszy. Ważne tylko jest to jak długo potrafimy te mądre słowa w sobie pielęgnować i wdrażać w nasze codzienne życie.
Warto się jednak nad tym zastanowić i próbować jeszcze coś zmienić w życiu, póki  ta iskierka radości i młodości jeszcze w nas się  ciągle tli, a to nie koniecznie musi być kompatybilne z naszą metryką.

Teraz moje życie wypełnione jest nie tylko pracą i odpoczynkiem po niej, ale także zabiegami – masażami, na które muszę dojechać, a po nich przemieszczać się do pracy.
Tak będzie i dzisiaj , rano po badaniu krwi (no mam nadzieję, że dzisiaj wreszcie uda mi si te badania bez przeszkód wykonać) idę do pani Marii na masaż kręgosłupa ( to już będzie czwarty zabieg), a potem pospieszę na Żabiniec do pracy.
Tylko nie dość, że ta obie przychodnie są trochę na uboczu i trzeba do nich kawałek od przystanku dojść (nowe buty jednak nie zdały egzaminu!!!), to w dodatku zamknęli nam od pierwszego lipca  kawałek łatwego przejścia od parkingu na osiedlową drogę Żabińca, niby z powodu remontu, ale ponieważ ta droga prowadzi przez prywatny teren sąsiadującego z nami Szpitala Narutowicza podejrzewam, że już tak pozostanie na zawsze i będziemy teraz musieli nadkładać kawał  drogi.
Nie mogę powiedzieć, że jestem z tego powodu szczęśliwa, ale pewnie i inne osoby, niekoniecznie tylko z przychodni, ale i z naszego osiedla, korzystający dotąd  z tego skrótu, raczej nie są z tego powodu zadowolone. Czyli zamiast ułatwień, wprowadzili niepokojące utrudnienia w wygodnym przemieszczaniu się, a przecież nie każdy korzystać może z jazdy samochodem. Zresztą i samochodowy ruch też nie jest raczej ułatwiony, chociaż ostatnio zrobili dodatkowy wyjazd z osiedla, tylko i on nie jest wcale prosty, trzeba nieźle nakręcić się kierownicą, żeby wyjechać na główną drogę.
Po prostu deweloperzy co raz budują nowe budynki mieszkalne (ostatnio już nawet będące dotąd nieużytkami tereny są pod budownictwo zagospodarowywane), wcale nie dbając o dobry dojazd do tych wybudowanych przez siebie domów.
Pewnie, po co tracić cenne połacie ziemi na budowanie dróg dojazdowych, skoro na tym miejscu można postawić jeszcze jeden blok, na którym się przecież pieniądze zarobi? A dojazd? Przecież to nie jest problem dewelopera, on tam mieszkać nie będzie, wystarczy zrobić malutką dróżkę dojazdową do bloków, a nie zawracać sobie głowy jakimiś dojazdami z zewnątrz i na zewnątrz osiedla. Komunikacji miejskiej też raczej na osiedlu nie da się wprowadzić, bo przecież te  wszystkie uliczki nie dość, że są bardzo wąskie, to jeszcze są zapchane przez stojące tam samochody, bo o parkingach też nikt nie pomyślał.
Niby na naszej ulicy są miejsca wyznaczone na parking, ale ponieważ te miejsca należą do kilku  właścicieli działek, na których postawione są własnościowe bloki, nie potrafią on ustalić oni jakiś możliwie niedrogich cen za używanie parkingów (chociaz te parkingi powinny być w gestii spółdzielni mieszkaniowej obsługującej to osiedle), skutek jest taki, że miejsca parkingowe stoją puste i zabezpieczone są tzw koziołkami, a ulica na całej swojej długości oblepiona jest z dwóch stron parkującymi tam samochodami, tak że poruszać się pojazdami po tej ulicy jest szalenie utrudnione.
Strach pomyśleć co by się działo, gdyby wynikła tam jakaś panika z powodu pożaru, czy innego kataklizmu, bo wtedy naprawdę mogłoby dojść  do jakiegoś gigantycznego wypadku…. obym ne była złym prorokiem.
Reasumując, osoby korzystające z miejskich środków lokomocji, jak tramwaj, czy autobus, mają teraz tylko jeszcze bardziej utrudniony dostęp do i tak sporo oddalonego od przystanków osiedla i najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt z osób kompetentnych  takim stanem rzeczy się nie przejmuje. Przykre, ale prawdziwe.
A może niektórzy uznali,  taki sposób jest dobry na poprawę kondycji mieszkańców?  Wszak spacery są wskazane i dla młodych i dla starszych, gorzej tylko jest wtedy, gdy pada deszcz.
Ale do wszystkiego przecież można się przyzwyczaić, nieprawdaż?

Pogoda od rana jak marzenie i słonecznie i ciepło i śliczne niebo…. to będzie na pewno przepiękny dzień, czego z całego serca Wam życzę.

radosny poniedziałek

 

Radosny bo wbrew prognozom świeci słonko i jest ciepło, ale nie będzie kanikuły.
Radosny, bo mam nowe, lekkie obuwie, wygląda, że wygodne, a jakie będzie, to się dopiero okaże  ” w praniu”
Radosny bo….humor dopisuje, chociaż obudziłam się nieco „zaczadzona”, właściwie nie wiem dlaczego, bo przecież poszłam bardzo szybko wczoraj spać, już po 21 leżałam grzecznie w łóżeczku. Pewno, że po trzeciej w nocy się obudziłam, ale wcale nawet nie urzędowałam za długo, zjadłam tylko jakąś chrupkę i dalej położyłam się spać.
Ale wystarczyło tylko rano  napić się kawy, nawet dokładnie to dwa kubki  kawy i wszystko do normy powróciło.
Spanie to ja ostatnio mam bardzo dobre, tylko to przymusowe wstawanie w nocy na siusiu mnie denerwuje.
Ale co robić. Dawniej panie stawiały sobie koło łóżka bardzo wytworne, fajansowe  nawet nocniki. To było nawet w modzie i nikt temu się nie dziwił, że pod łóżkiem królował ten nocny atrybut.


Dawniejsze damy, nawet te z bardzo wytwornego towarzystwa, wcale nie przejmowały się takim  szczegółem, fakt, nie czuły wstydu, zażenowania, bo  może wtedy nie każdy miał prawo do damskiego buduaru zaglądać, no chyba, że był to pan mąż, ale pewnie i on zdążył się przyzwyczaić do obecności tego nieraz naprawdę super eleganckiego, fajansowego nocnego naczynia. A zresztą, czy on na to zwracał w ogóle uwagę? Pewnie nie, tym bardziej, że i tak niedługo potem wracał do swojego łoża i dalej smacznie sobie spał.
Teraz panie w nocy do łazienki pędzą i nawet nie jest im w głowie, by mogło być inaczej. Nocniki, jeżeli już są używane, stoją tylko opodal dziecinnych łóżeczek i to też tylko do pewnego czasu, dzieci nieco już starsze, powyżej 1-2 lat, też z łazienki raczej korzystają.
Dzisiaj wytwornych dam już nie ma, no chyba jakieś matuzalemy, pozostałości z  początków poprzedniego wieku,. Nasze współczesne panie, tak kiedyś walczące o swoją niezależność i równouprawnienie mają już całkowicie inne spojrzenie na nasz świat i obecność nocnika koło łóżka byłoby pewnie faux pas nie do wytłumaczenia w swoim środowisku.
No,jaka to różnica między „kiedyś” a „dzisiaj”?
Tak się zastanawiam które czasy dla kobiet były lepsze? Niby niewiasty były czczone przez mężczyzn (czy aby na pewno?, wtedy też bywały brutale ) , siedziały całymi dniami i…nudziły się jak mopsy, bo te panie z tzw dobrego towarzystwa posiadały do pomocy niańki, gosposie, kucharki, ogrodników i całym ich zajęciem było tylko ich doglądanie no i ewentualnie zabawa z dzieciaczkami, ale też nie za długo, gdy się chociaż lekko nimi znudziły, już nianie latorośle pod własną opiekę brały.
A potem powracał do domu pan mąż, więc zasiadało się z nim do wspólnego obiadu, oczywiście przez kucharkę ugotowanego i potulnie słuchało się jego opowieści z pracy, albo znosiło się, że czyta gazetę przy, lub zaraz po obiedzie i zazdrościło, że ten ciekawy, wielki świat gdzieś obok nas umyka.
Sprzątanie ze stołu i mycie naczyń też nie należały do zadań gospodyni, więc miała wtedy mnóstwo dla siebie wolnego czasu.
Nie było wtedy telewizora, więc popołudniami i  wieczorami można było poczytać jakieś romansidło, marząc o tym, by kiedyś i nas coś takiego spotkało.
Taka prawdziwa i ckliwa miłość, królewicz na białym koniu z  bukietem czerwonych róż przyjeżdża i zabiera nas w świat daleki, pełen romantycznych widoków i romantycznych westchnień, tylko, że rzeczywistość jednak aż tak piękna nie jest.
Dzisiejsze nasze panie nie mają czasu na takie romantyczne nastroje. Owszem, też niektóre z nich Harlekiny czytają i łzami później  się zalewają, ale każda przeciętna pani musi dzieciaczki do przedszkola, czy szkoły odwieźć, potem spieszy do pracy, a z niej po drodze odbierając dzieci robi pośpieszne zakupy i pędzi do domu gotować obiadek. Nie ma w nim już ani niani, ani kucharki, nie ma kto pomóc przy gotowaniu, sprzątaniu, praniu…
Ale to życie ma też i dobre swoje strony, taka kobieta nie jest zamknięta w złotej klatce, ma większe możliwości w uczestnictwie w życiu i nie musi być wcale znudzona, ba, nawet można powiedzieć, że zawsze jej tego czasu brakuje.
No to powiedzcie teraz same drogie Panie, które życie wolicie, to z uprzedniej epoki, czy to bieżące, bardziej może aprobujące, ale o ile ciekawsze!!!
No i chyba , wbrew pozorom, nieco łatwiejsze do ukształtowania, zwłaszcza, gdy kobieta jest na tyle silna, że potrafi do domowych prac wdrożyć również i męża i własne dzieci.
Pewnie, że nie jest to łatwe, ale nie jest też to a wykonalne, to tylko zależy od tego, jak kobieta sobie swoich domowników wychowa!
Ale ciekawy temat sobie na dzisiejsze rozważania znalazłam. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od najzwyklejszego naczynia , nocnikiem zwanego.
Z tego wynika tylko, że każdy domowy atrybut miał, albo i ma znaczenie i to wcale nie niepozorne w naszej rzeczywistości.

No właśnie, a rzeczywistość za oknem coraz piękniejsza, bardzo cieszy mnie ten lekki chłodek, przynajmniej tak bardzo człowiek nie musi się męczyć.
Za niedługo wyruszam na swój masaż kręgosłupa, a potem do pracy, tak więc znów będę miała dosyć zajęty dzień. Nie będzie czasu na  żadną mulatką drzemkę, do której właściwie już się przyzwyczaiłam, za to na pewno znów będzie  podobnie jak wczoraj, gdy nie przespałam się trochę popołudniu z okazji wizyty mojego gościa V.I.P.- a i  udałam się bardzo wcześnie na nocny spoczynek.
 W końcu mojego miłego Gościa wreszcie mogłam uraczyć moim chłodnikiem, który znów okazał się wspaniały i nawet zostałam pochwalona, z czego bardzo się cieszę.

Dzisiaj rozpoczynamy nowy tydzień, więc na wszystkie ni tego bieżącego tygodnia no i oczywiście na dzisiejszy poniedziałkowy dzień życzę samych pięknych i szczęśliwych chwil.

lipiec……

No tak, wczoraj byłam w takiej zabieganej euforii, że całkowicie zapomniałam wspomnieć, że właśnie rozpoczął się już miesiąc lipiec.
Sama w to nie wierzę, już lipiec !!!!!!
I to w dodatku dzisiaj już drugi dzień lipca.

Ale teraz słowo o dniu wczorajszym, który okazał się dla mnie bardzo przyjemnym dniem.
Co prawda nie zdążyłam zrobić sobie badań krwi, odłożyłam ten pomysł na najbliższy wtorek, ale zdążyłam za to wziąć zastrzyk z witaminy B12.Jakbym kiedyś za miesiąc szukała witaminy B12, to proszę mi przypomnieć, że schowałam ją z powrotem do lodówki!!!!!!!
Na panią od masażu musiałam troszkę poczekać, bo coś jej tam wypadło i przyszła mocno spóźniona, ale zdążyłam być w pracy na czas i dokończyć badanie z poprzedniego dnia, tym razem wszystko odbyło się bez żadnych komplikacji.
No a potem, jak to baby, poszłyśmy z koleżanką na babskie ploty.
Siedziałyśmy w zacienionym ogródku, pod parasolem i chociaż wszędzie żar lał się z nieba, nam było bardzo przyjemnie,
Zamówiłyśmy sobie pizzę, tak, tak, pizzę, wiem, że nie powinnam, ale zjadłyśmy jedną na pół. Irenka ma bardzo podobne kłopoty jak ja ze swoimi kiszeczkami i też na pizzę, ale taką skromną, mało składnikową się skusiła.
Co prawda moje kiszeczki dzisiaj znów po wczorajszej konsumpcji nieco się zbuntowały, ale co tam, nie mogę im zawsze ulegać, inaczej musiałabym śmiercią głodową zemrzeć. Niech sobie troszkę poharcują, przynajmniej wiem, że mam swojego dobrego strażnika mojej wagi :-).
Oczywiście nie obyło się wczoraj  bez kawusi, jako, że bardzo wcześnie z domu wychodziłam i nie zdążyłam jej wypić przed wyjściem.
Teraz rozumiem ten okrzyk Ryszarda III ” królestwo za konia”, ja też do kelnerki, która do nas podeszła, pierwsze powiedziałam „królestwo za kawę”.
Kawa wyraźnie mnie ożywiła, więc mogłam spokojnie i długo z Irenką sobie pogaworzyć. Byłam w świetnym humorku, nic mnie nie bolało, nie kłuło, zresztą czy w dobrym towarzystwie jest czas na chorowanie i biadolenie? Co prawda Irenka lubi wspominać o swoich dolegliwościach, ale ja przezornie szybko zmieniałam wtedy temat na inny, bardziej komfortowy i lekki.
Tak więc miałam dwie przyjemności na raz, po pierwsze długo siedziałam sobie na świeżym powietrzu no i po drugie miałam bardzo miłe towarzystwo do rozmowy.
Czasami niektóre dziewczyny z Koletek raz na jakiś czas robią takie wspólne babskie spotkania, ja byłam raz na takim właśnie spotkaniu i też było miło, niestety to nie była pora letnia, więc siedzenie w knajpie, w środku, zbyt długo męczy, co innego, gdy siedzi się na świeżym powietrzu. Wczoraj było inaczej i naprawdę bardzo się zdziwiłam, że tak szybko te 2 i półgodziny nam zleciało.
Cóż było robić, Irenka spieszyła się już do domowych zajęć, a ja zrobiłam jeszcze weekendowe zakupy i też do domu powróciłam.
Oczywiście przyrzekłyśmy sobie, że znów niebawem się spotkamy, ale jak to zazwyczaj bywa, każdy zajmuje się swoimi sprawami i nie ma czasu na inne spotkania. Ale może jednak jakoś uda nam się to zorganizować, chociaż każda z moich koleżanek zajmuje się już teraz piastowaniem swoich wnuków.
Ja to mam szczęście, akurat mnie to nie dotyczy, a może jednak źle, że nie mam takich  właśnie zajęć ? może przez to mam zbyt dużo czasu na różne mądre i głupie przemyślenia??
Co prawda pomagałam przy małych dzieciach i mojej siostrze, czasami i bratowej, teraz te dzieci już wyrosły, mają już prawie dorosłe swoje dzieci……
No tak, właściwie to i byłam taką ciocią babcią najpierw dla Kamilki, która z nami mieszkała, potem dla Darki i Wiktorii, o czym już niedawno wspominałam, ale to nie była niestety funkcja prawdziwej babci, zawsze byłam tylko ciocią babcią. Może i kochaną, ale to jednak nie to samo.
Ech, znów się roztkliwiam nad sobą………
Ale patrzę za okno i z radością widzę słonko, które do mojego pokoju zagląda, mimo wczesnej stosunkowo pory. Pewnie znów będzie to dzień z tropiku, na szczęście na żaden dłuższy spacer się nie wybieram, puszczę sobie swój wiatraczek i będę szczęśliwa.

I co by tu jeszcze dzisiaj napisać?
Nic z  okolic polityki dzisiaj nie wspominałam w blogu, wiec może przytoczę chociaż króciutki polityczny kawał??

 

Ha….ha…ha…. dobre co??????
O…K……wa!!!!

No to życzę wszystkim przyjemnej i cieplutkiej soboty, wiele ciekawych zajęć na łonie natury i na łonie rodziny i wspaniałego odpoczynku

 

 

bardzo napięty program dnia

Dzisiaj mam bardzo napięty program dnia.
Rano, już o 8-smej mam masaż, potem chcę zrobić badania krwi no i iniekcję z Witaminy B12.
Miała mi tę iniekcję zrobić Tereska, ale niestety teraz przez 3 tygodnie będzie działać w innej placówce.
Miałam ją zrobić już dwa tygodnie temu, ale gdzieś „posiałam” te zastrzyki, dopiero 2 dni temu Maciek uświadomił mnie, że najprawdopodobniej wsadziłam je do lodówki, bo one mają być przechowywane w zimnie.
Poszłam wiec do lodówki, a tu w jej drzwiach, na samym wierzchu leży pudełko z Witaminą B12, A przecież do lodówki  zaglądam co najmniej  2-3 razy dziennie, tylko akurat nie na tę półkę, na której lekarstwo grzecznie sobie czekało.
Ot, skleroza, na drugi raz muszę sobie zapisywać chyba, co gdzie chowam, tylko tej karteczki z zapiskami też nie mogę ukryć w tajemnym miejscu, bo też jej nie znajdę 🙂
No cóż, pesel mówi sam za siebie, teraz prócz innych dolegliwości, doszła skleroza. A może nie teraz akurat doszła, może ją mam już od pewnego czasu, tylko o tym nie pamiętam, ha ha.
Gdy wszystko załatwię już w przychodni i być może nawet poczęstują mnie kawą (przecież do badań muszę być na czczo, mogę, a nawet powinnam wypić tylko wodę mineralną, by się nawodnić, wtedy nie ma problemów z pobraniem krwi), będę musiała spieszyć się do pracy, bo o 11-stej mam umówioną pacjentkę do dalszej części wczorajszego badania – pasażu jelitowego, które niestety nie zostało dokończone, gdyż jej jelita były leniwe i nie chciały do końca się wypełniać.
W dodatku jest to moja koleżanka „po fachu”, razem kończyłyśmy elektro-radiologię na  tak zwanej Koletańskiej Uczelni.
Zawsze tak jest, że gdy jest robione badanie u znajomej osoby, coś musi się pokisić, wczoraj najpierw wieszał mi się program do odczytu kaset, ale tę przeszkodę udało mi się na szczęście pokonać, no a potem to długie badanie. Wyszłyśmy z przychodni prawie o wpół do siódmej wieczorem, nie było sensu dłużej czekać, lepiej będzie, gdy dzisiaj spokojnie to badanie dokończymy, mam nadzieję, że już bez żadnych przeszkód.
Z jednej strony to byłam okrutnie wczoraj zmęczona tym bardzo gorącym dniem, do pracy szłam na popołudnie, więc akurat musiałam człapać w największy skwar i to w dodatku ulicami bez śladu cienia. Wcześniej jeszcze zdążyłam pójść na pocztę, aby wysłać troszeczkę zbyt małe zakupione spodnie (już zamówiłam numer większy) no i koniecznie musiałam nadać Lotka , bo spora kumulacja znów mnie kusiła.
Do pracy dotarłam całkowicie „roztopiona”, całe szczęście, że włączona była klima, mogłam z 15 minut spokojnie sobie posiedzieć w poczekalni i ochłonąć.
Topiąc się w tym skwarze wyobrażałam sobie, że znajdzie się ktoś, kto opracuje patent na bluzeczkę z wiatraczkiem, w okolicy karku można zamontować wiatrak pobudzany na przykład bateriami, dobry pomysł co?
Ten upał strasznie wszystkim wczoraj dokuczał, w autobusie, który też był klimatyzowany jechała mama z maleńkim dzidziusiem w wózku, dziecko całą drogę okropnie marudziło, mimo, że mama dodatkowo go wachlowała, biedny maluch nie mógł znieść  tego zmęczenia.
No właśnie, ale gdy już z Ireną pod wieczór wracałyśmy do domu, co prawda jeszcze słonko trochę świeciło, ale niebo było nieco zachmurzone i zerwał się lekki wiaterek, jakoś, mimo zmęczenia całym gorącym dniem do przystanku autobusowego dotarłam, ba, nawet po drodze zrobiłam kilka zdjęć z mijanych ogródków, jedno z nich zamieściłam w dzisiejszym mim blogu. Nawet wieczorem był moment, że zanosiło się na porządną burzę, ale ta przeszła gdzieś bokiem. I dobrze, bo nie cierpię moknąć, nie mówiąc, że boję się piorunów, zwłaszcza, gdy jetem poza domem.
No, a wieczorem były emocje całkiem innego rodzaju, oczywiście mówię o meczu Polska- Portugalia.
Na wszelki wypadek go nie oglądałam, tylko nadstawiałam ucha na głosy  Zojki i jej koleżanek i kolegów, którzy mecz oglądali.
Pierwsze minuty były ekscytujące, z drugiego pokoju dochodziły takie piski, że od razu wiedziałam, że strzeliliśmy gola.
Potem „niechcący” zaglądnęłam do ich pokoju i w tym samym momencie Portugalczycy strzelili nam wyrównującego gola. Więcej do pokoju na wszelki wypadek nie zaglądałam, po co kusić los? wyraźnie moje bezpośrednie kibicowanie przynosi pecha, wolałam  więc kibicować na odległość, czyli byłam na meczu duchem, a nie ciałem 🙂
Ale jednak  mecz skończył się niestety dla nas źle, co prawda nasza drużyna grała bardzo dzielnie, ale ani 90 minut  meczu, ani późniejsza dogrywka nie przyniosła rezultatu, nadal był remis 1:1, dopiero rzuty karne zadecydowały, że do dalszych eliminacji przeszła drużyna Portugalii, nasze Biało – Czerwone chłopaki niestety odpadły z Mistrzostw Europy. Szkoda, bo była to bardzo zgrana drużyna i śmiało mogliśmy powalczyć o więcej, zasługiwaliśmy na to, ale los niestety nie był dla nas łaskawy.
Jak widać, ostatnio w żadnej sprawie los dla Polaków nie jest  przychylny.
Może przyjdzie pora, że to się kiedyś zmieni??

No dobra, dzisiaj też skwarna  pogoda będzie nieco dokuczać, ale przypominam, że znów mamy piąteczek, czyli popołudniu rozpoczynamy weekend.
Co prawd nie długi weekend, ale zawsze te dwa i pół dnia odpoczynku jest przed nami. Trzeba z tego się cieszyć, ja już się cieszę i do Was uśmiecham
Miłego piątku i dobrego odpoczynku w weekend życzę