Oj dostało mi się wczoraj, dostało. Oberwałam dwa razy i to od kogo? Od Uleczki i od Magdy Italiana, a za co? za to, że zamiast wygrzewać się w łóżeczku, latam po ulicy niby ten ptaszek z piosenki, tylko, że ja nie zbieram garść pszenicy, a….Pokemony.
No dobra, żarty na bok, poszłam wczoraj do pracy, bo miałam zarejestrowanych pacjentów i nie chciałam ich odwoływać. Ale ubrałam się cieplutko, bo i na termometrze było tylko 6 stopni ciepła, czyli nie za wiele. Chyba jednak przeproszę się z zimową kurtką i z botkami, bo najważniejsze, żeby nogi nie marzły, inaczej od razu całemu człowiekowi jest zimno.
Co prawda pani doktor też zaleciła mi jako dodatkowe lekarstwo – łóżeczko (nawet chciała wypisywać mi L-4), ale czasami są tak zwane „siły wyższe”
Za to dzisiaj i jutro i pojutrze pozostanę w łóżeczku, no tylko malutkie zakupy jeszcze jutro uskutecznię, a może przez internet byłoby lepiej?
Bo jednak katarek nadal mnie kocha i opuści nie chce, najgorsze, że prócz nosa umieścił się w tym moim lewym uchu i ciągle jestem na to ucho przy głuchawa.
Czuję się jak w tym kawale, który już kiedyś chyba przytaczałam, ale znów o nim wspomnę” :
Zatonął statek, uratował się tylko nocnik i fortepian.
-Ale mieliśmy szczęście co? – woła fortepian. –
-Co?- pyta nocnik,
-no, mieliśmy szczęście- odpowiada fortepian,
-Co? znów pyta nocnik, mów głośniej, nic nie słyszę, bo mam ucho w wodzie.
Ha ha, moje ucho też jest tak głuche, jakby w wodzie było 🙂
Nic to, do wiosny na pewno mi wszystko minie. a na wszelki wypadek nic, a nic nie napiszę, niech tam, przynajmniej znów mnie nie ochrzanią 🙂
Wczoraj przeżyłam „chwilę zgrozy”, bo w trakcie podróży autobusem do domu przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, czy mam klucz od domu.
No i oczywiście, nie było go w kieszonce torebki. Okropnie się zdenerwowałam, ale przypomniałam sobie, że przecież po pierwsze mam nawyk chowania go od razu do torebki, a po drugie, zawsze zanim z domu wyjdę, na wszelki wypadek sprawdzam, czy mam w torebce klucz.
Więc raczej niemożliwe byłoby, żebym go pozostawiła na przykład na stole w kuchni.
Poszłam nadać sobie Lotka, a ponieważ tam było stosunkowo jasno ( niestety już zrobiła się w międzyczasie najpierw szarówka, a potem prawie noc, teraz przecież dosyć wcześnie jest ciemno), no i była tam spora lada, na którą wyłożyłam całą zawartość mojej torebki, żeby dokładnie ją przeszukać.
Rzeczywiście, w torebce baby tylko baby z kozą nie ma, za to jest sporo innych rupieci, na przykład co najmniej 5 długopisów, które zawsze i tak szukam, gdy je potrzebuję i na żadnego natrafić nie mogę, zapalniczki,parasolka, chusteczki do nosa, portfel i jeszcze kilka innych rzeczy, wszystko to było, oprócz oczywiście poszukiwanego klucza.
Moje nerwy sięgnęły zenitu i wtedy zauważyłam, że w podszewce kieszonki torebki jest dziurka. Całkiem wydawałoby się nie duża, ale jednak klucz mógł tamtędy do wnętrza torebki się dostać. Uczynny pan z punktu Lotka pożyczył mi nożyczki, żebym tę dziurkę jeszcze powiększyła, sięgnęłam do wnętrza i wyjękiwałam kolejno następne dwa długopisy, szminkę do ust, 2 chusteczki i… jest, wreszcie się znalazł i klucz od mieszkania.
Musiałam raz jeszcze przepakować wszystkie swoje torebkowe skarby i spokojnie mogłam iść do domu, oczywiście na wszelki wypadek dzierżąc mocno klucz w ręce, żeby znów mi się nie zawieruszył. A już obawiałam się, że najbliższą noc spędzę na ławeczce w parku. No, wtedy zapalenie płuc byłoby już murowane.
Musze koniecznie wybrać się do ślusarza i co najmniej dorobić sobie 2-3 klucze, żebym miała jakieś zapasowe w torebce i na przykład u sąsiadki?
Oj Ewa, Ewa, zawsze z tobą są jakieś perturbacje.
Już nie mówiąc o tym, że muszę zacerować podszewkę w kieszonce torebki, żeby znów nie pochłonęła ona do swoich trzewi moich torebkowych skarbów, tylko…. no właśnie, jest problem, bo niestety pewnie znów nie nawlekę sobie igły, chociaż mam takie sprytne urządzenie do nawlekania, też nie zawsze jednak mi się to udaje. Najlepiej jednak byłoby przeszyć tą podszewkę maszyną do szycia, tylko kto mi to zrobi?
I muszę koniecznie jakąś sprytną skrytkę na klucze znaleźć, żebym zawsze miała je pod ręką i bez zbędnego bebeszenia torebki mogła zawsze je odszukać.
Dzisiaj rano przeczytałam dokładnie ulotkę zażywanego antybiotyku, najwięcej informacji dotyczy oczywiście przeciwwskazań używania tego leku, oraz bardzo dokładnie wyróżnione komplikacje, które mogą napotkać potencjalnego pacjenta zażywającego ten lek. Zresztą tego typu ostrzeżenia są na wszelakich ulotkach, które należy dokładnie przestudiować, zanim zacznie się nimi człowiek leczyć . Jak to VIP sprytnie nazywa, są to tak zwane „dupochrony”, jak będziesz po nich mieć jakieś dolegliwości od razu powiedzą ci, a nie przestrzegaliśmy?
Właściwie tych przeciwwskazań i tych zastrzeżeń jest tak wiele, że w sumie człowiek zastanawia się, czy lepiej jest zażywać, czy nie zażywać tych leków? Na jedno niby pomoże, na inne na pewno zaszkodzi…..
Na szczęście pozostała mi tylko jedna kapsułka antybiotyku, więcej mój brzusio by nie wytrzymał i tak już się zaczął buntować, mimo, że dostaje ochronną tabletkę na jelita. Ale mój brzusio górą, nic na to nie poradzę.
A propos Lotka, to chyba nie muszę dodawać, że noc znów nie wygrałam. Kto nie ma szczęścia w miłości….. et cetera.
Dzisiaj wstał dosyć pogodny i słoneczny dzień, nawet temperaturka podniosła się o kilka stopni, czego nie sprawdziłam jeszcze na sobie, bo raczej będę się w domku dogrzewała, nigdzie nie będę wychodziła.
Ale życzę wszystkim miłego jesiennego popołudnia, bo ono jest już tuż, tuż za progiem, tak jakoś mi ten poranek dzisiaj niespostrzeżenie szybko minął……
