wspominkowo

 

 

 

Dzisiaj mamy 20 października.
Tam gdzieś wysoko w niebie odbywa się więc podwójna uroczystość : imieniny mojej Mamusi – Ireny i urodziny mojej siostry –  Ani, która skończyłaby dzisiaj 73 lata.
To nie jest wcale dużo, śmiało mogłaby być razem z nami, ale widać inna była Boża decyzja, inne były Boże zamysły.
Ale Je Obie ogarniam dzisiaj swoimi myślami, swoją miłością, wszystkimi wspomnieniami, które mam dla  moich dwóch najbliższych memu sercu Osób, moją Mamę i moją Siostrę Anię i wciąż proszę Je o opiekę nade mną.
Nie będę się więcej rozklejać, w końcu to co czuję, jest we mnie, silne , niezniszczalne i tylko ja najwięcej to odczuwam.
I tak już zawsze pozostanie, do momentu, gdy wszystkie znów się kiedyś spotkamy. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Bo prawda jest taka, że po drugim ukochanym człowieku pozostają wspomnienia i dopóki się je ma, czuje się Jej bliskość. Pamięć może być zawodna, uczucie kierowane sercem – nigdy!

Dzisiaj pożegnałam się już (chyba) z antybiotykiem. Całe szczęście, bo niezłą rewolucją zrobił mi on w moim brzuchu. Wczoraj nie dość, że mnie żołądek bolał, to jeszcze kręciło mi się w głowie i w dodatku nie miałam wcale ochoty na jedzenie. Jadłam tylko przez rozum, wiedziałam, że nie mogę pozostawić brzusia całkiem bez jedzenia. Dzisiaj jest już lepiej, przynajmniej z apetytem zjadłam lekkie śniadanie, bo poczułam coś na wzór głodu.
No tak, zawsze tak jest, że lekarstwo na jedno pomaga, na drugie szkodzi, ale przy moim tak bardzo kapryśnym brzuchu, niestety leczenie jest utrudnione, dlatego przez pierwsze dni starałam się nie zażywać żadnych medykamentów, niestety źle to dla mnie się skończyło, dochrapałam się zapalenia oskrzeli.
To może jednak błąd zrobiłam, że nie zaszczepiłam się przeciwko grypie we wrześniu? Zawsze miałabym większa odporność i szybciej bym te wirusy pokonała.
A teraz w domku już na szczęście mam cieplutko, oczywiście kilka razy dziennie wietrzę sobie kuchnię (ach te papierosy!!), ale nie na długo.
Zresztą bez przesady, za oknem znów jest całkiem przyzwoita temperatura i co najważniejsze nie ma deszczu, no, przynajmniej na razie go nie ma.
Mam nadzieję, że nie będę musiała dzisiaj idąc do pracy otwierać mojej parasolki.
Tak więc marznięcie jak na razie mi nie grozi, oby tak pozostało jak najdłużej.
No i wreszcie przestanę kuleć zdrowotnie, kaszel już mam prawie opanowany, trochę pozostało katarku i kawałek głuchego ucha, czyżby groziła mi wizyta u pana doktora laryngologa i sławetna „Karolka”????
Czy ja ciągle o moich dolegliwościach muszę pisać?? – nudna już z tym jestem.
Ale o czym mam pisać? Żaden książę na białym koniu pod moje okno nie zajechał i co najważniejsze, na pewno już nie zajedzie.
Dni są coraz krótsze i coraz bardziej smutne, z każdym opadającym listkiem robi mi się coraz bardziej przykro, że coś jednak ucieka, nie można go  dogonić.
I znów będę pisała, podobnie jak poprzedniej jesieni i zimy , byle do wiosny. Tak, to jest zdecydowanie najprzyjemniejsza pora roku, chociaż właśnie na wiosnę przybywa mi jeden rok w kalendarzu. Ale pocieszam się, że nie tylko mi. Nie należy tym aż tak bardzo się przejmować, bo to, jakie jest to życie, jakie są w nim dni, radosne, czy smutne, zależy tylko od Ciebie samego.
Za dwa tygodnie (z małym okładem) będziemy odwiedzać wszystkich swoich najbliższych na cmentarzach i wspominać minione lata spędzone z Byłymi Ukochanymi. No a potem króciutki miesiąc listopad (najmniej przeze mnie lubiany) i już znów święta na nas czekają. Potem minie zima i już mamy wiosnę.
Optymistycznie to brzmi, prawda?
Ale póki co, wciąż mamy jeszcze październik, więc życzę wszystkim miłego jesiennego dnia, bez opadów i bez jesiennych wiatrów.