a może można żyć bez powietrza….
Ale nie bez kataru, bo ten wczoraj znowu mnie zaatakował. Nagle zrobiło mi się bardzo zimno, mimo, że piece miałam całkiem ciepłe.
No to ubrałam sobie cieplutki sweterek, wlazłam pod kocyk i…… przespałam prawie całe popołudnie.
No i tak spędziłam tę piękną i słoneczną sobotę, zamiast w parku, to pogrzałam się troszkę w łóżeczku, przekimałam zresztą też 🙂
Obudziłam się przed dziesiątą wieczór, z głową jeszcze bardziej napompowaną od kataru….. ech, czyżbym miała zrobić psikusa i…umrzeć na katar????
To byłby chyba jakiś ewenement w życiu, bo do tej pory z powodu takiej przypadłości jeszcze nie pożegnał się z tym światem.
Ale na serio, już mnie zaczął ten katar w nosie i w lewym uchu mierzić, no bo ile można? Jutro zaczynam już czwarty tydzień w tym wątpliwym towarzystwie, co akurat wcale mi się nie podoba. No, ale w sumie nie zawsze można mieć koło siebie tylko doborowe towarzystwo, prawda?
Zaciekawił mnie wczoraj jeden komentarz do mojego wpisu. Otóż Koleżanka napisała w nim, że u nich w sklepach mięsnych i to w dodatku w prawie każdym, rozbijają przy zakupie kotlety, jeżeli o to oczywiście poprosisz. Pierwszy raz z czymś takim się spotkałam, a właściwie to nie spotkałam, pierwszy raz o tym słyszę, musiałabym się o to w mięsnym popytać. Może rzeczywiście kiedyś, gdy szło się po mięso nie do sklepu mięsnego a do rzeźnika (ale fajnie, tak po staremu to brzmi), rzeczywiście można było taką usługę zamówić, ale obecnie ??????.
Różne w życiu były etapy kupowania mięsa. Dawniej szło się do jatki, gdzie pan rzeźnik, słusznego wzrostu i słusznej wagi, ubrany w biały chałat (czasami niestety poplamiony krwią) i w czepku na głowie, odcinał płat mięsa z kawałka, który sobie sam kupujący wybierał, zawsze pan był usłużny i nad wyraz uprzejmy, szczególnie dla młodych panien służących, które ten sklep odwiedzały.
Potem przyszła era braku czegokolwiek w sklepach, a mięsa toi już przede wszystkim zwyczajowo brakowało. Już skoro świt formowały się wtedy długie kolejki przed sklepem, wszyscy potulnie czekali, aż „rzucą” towar. Mam nadzieję, że to nie z tego okresu wyrosło powiedzenie „rzucać mięsem”, co ma wyraźnie inne, pejoratywne znaczenie. A więc czekali potulnie wtedy wszyscy, już nie było panien służących, były za to gosposie domowe, czyli kobiety, które porzucały swoją zawodową pracę, aby poddać się domowym obowiązkom i wykarmić całą wygłodniała rodzinę, zwłaszcza pana domu, który zazwyczaj uważał, że obiad bez mięsa nie jest obiadem, tylko zwyczajną przekąską. Niejednokrotnie wybuchały z tego powodu awantury. Ale cóż taka biedna kobiecina miała zrobić, gdy mięsa w sklepie akurat zabrakło, a na targu ceny były wprost niebotyczne. owszem, od czasu do czasu można było kupić gdzieś na lewo, „cielęcinkę”, szczególnie, gdy się miało w domu małe dziecko, które jarzynowa zupką na mięsku trzeba było nakarmić. Teraz ten problem już jest rozwiązany, bo istnieją różne słoiki Gerberów czy Bio – vitów z gotowymi zupkami, zresztą dzieci podobnie jak ongiś domowymi, teraz plują zupkami ze słoika. Wcale się nie dziwię, bo rok temu, w związku z moją operacją, byłam przez jakiś czas na takiej „słoikowej” kuracji i do tej pory, gdy przechodzę w sklepie obok półek z tym towarem, z obrzydzeniem odwracam od nich wzrok.
No to stało się wtedy potulnie w tych kolejkach, potem można było dostać mięsny i nie mięsny towar tylko na kartki, a mimo tego i tak zawsze go brakowało. Jeżeli ktoś miał szczęście, mógł trafić na tak zwane resztki po kurze, które bywały bez kartek, ale i to należało do rzadkości.
Świetnie za to funkcjonował wtedy handel wymienny, ja ci załatwię receptę lekarską, wizytę u lekarza, talon na samochód, czy inne jakieś trudne do zdobycia przedmioty codziennego użytku, a ty za to sprzedasz mi spod lady kawałek jakiegoś lepszego ochłapa. I jakoś z tym się żyło, no bo rzeczywistość nas do tego zmuszała. Na pewno każdy z nieco starszego pokolenia pamięta te puste haki, na którym od czasu do czasu królowała tylko słonina, albo ciemny salceson, zwany wtedy zresztą cwaniaczkiem, bo to była jedna, jedyna wędlina, która nie dawała się wywieźć z kraju do naszych wschodnich sąsiadów, których mieliśmy obowiązek wtedy dokarmiać. Ale to były wtedy czasy…..
Wszystko zresztą było na kartki, również i słodycze dla dzieci, alkohole, papierosy, czy nawet masło czy cukier. Przecież ówczesna władza wiedziała najlepiej, jak reglamentować towary, ile komu do szczęścia jest potrzebne, ( mam dziwne skojarzenia, może teraz nie będzie aż tak strasznie?)
No chyba, że dysponowałeś czymś takim jak dolary, które wraz z ich namiastką, czyli bonami towarowymi Pewexu były w tak zwanym drugim obiegu, mogłaś wtedy odwiedzać te lepsze sklepy, jak właśnie Pewex, czy Baltonę i tam kupować przeróżne pyszne wiktuały wędliniarskie i nie tylko, można tez było zdobyć tam i dobre kosmetyki, alkohole, słodycze dla dzieci w dowolnych ilościach, ba, nawet colę, czy piwo w puszkach, czy też to, co było marzeniem ówczesnej młodzieży – spodnie z teksasu. Ile dzieciaków o takich spodniach wtedy marzyło… prawie tyle samo co o prawdziwej czekoladzie, a nie o produktach czekolado podobnych, które prócz tego, że były przeraźliwie słodkie, nie miały po prostu odpowiedniego smaku. A te prawdziwe czekolady, czekoladki, czy cukierki były oczywiście też reglamentowane.
A potem te czasy minęły, kartki wycofano, można było zacząć kupować w normalnych delikatesach (wtedy właśnie w Krakowie powstała Krakchemia, wielki market, który z czasem przerodził się w upadająca niestety teraz Almę), no aż w końcu zagraniczne firmy zaczęły otwierać swoje wielkie markety, w którym można kupować wszystko, od żywności po ubrania włącznie.
Tylko niestety smaki chociażby wędlin wydatnie zmieniły się na niekorzyść. Pamiętam, jak mój Tata kupował ongiś (jeszcze za dobrych czasów) prawdziwą szynkę z nogą, na której potem gotował wspaniały bigos, oczywiście wcześniej oddzielając smakowite płaty mięsa do jedzenia.
Teraz te wszystkie szynki i kiełbasy prócz nazwy, niczym się nie różnią. Mają ciągle ten sam smak, daleko odbiegający od tego prawdziwego sprzed lat.
Zresztą wystarczy popatrzeć też teraz na pieczywo, te chleby, zwłaszcza z marketów, teraz są wspomagane jakimiś rozpulchniaczami i wspomagane jakimiś innymi dziwnymi substancjami i nie przypominają tych prawdziwych, pachnących chlebów sprzed lat. Pamiętam taką piekarnię w Krakowie na ul Zwierzynieckiej, u pana Magiery, tam już chleb wypiekano w środku nocy, by rano, pachnący lśniący i przede wszystkim chrupiący trafiał na półki sklepowe. Teraz odwiedzałam już przeróżne piekarnie i rzadko można trafić w nich na wspaniały prawdziwy chleb, już o bułkach nie wspominając, bo teraz są tą głównie „buchty” napompowane powietrzem, kruszące się i właściwie po kilku godzinach już nie jadalne.
Pamiętam, że kiedy wracałam przed wielu laty z USA i podano w samolocie prawdziwy, polski, nienapompowany chleb, z wielu ust pasażerów wyrywał się pomruk radości : nareszcie, nasz polski, najsmaczniejszy na świecie chlebuś. Teraz niestety technologia wypieków poszła na przód i zbyt dużo dodają do pieczywa „wspaniałości”, które w sumie niweczą jego prawdziwy smak.
No jedno na plus trzeba dodać, że niektóre lepsze cukiernie jak na przykład Buczka, czy Awitexu pieką całkiem niezłe ciasta, szczególnie odpowiada mi ostatnio szarlotka, o której już zresztą wspominałam. Ale taka prawdziwa szarlotka, z pysznymi, roztartymi jabłkami i oczywiście koniecznie z cynamonem.
Ale się dzisiaj rozpisałam, a wszystko to przez wczorajszy komentarz dotyczący używania tłuczka do mięsa.
A właśnie dzisiaj będę go po raz pierwszy używała, bo planuję co prawda nie schabowe, ale kotlety z piersi z kurczaka, je też trzeba odpowiednio przygotować.
Aha, jeszcze a propos schabowych, dowiedziałam się niedawno od pani Ani z przychodni, żeby kotlety schabowe były bardziej chrupiące, należy je podwójnie panierować, to znaczy najpierw mąka, jajko, bułka tarta i znów mąka, jajko i bułka tarta i dopiero tak przygotowane wrzucać na gorący tłuszcz. Wtedy, tak przygotowane, są grubsze, ale smaczniejsze.
No to nie zawracam już dłużej Wam głowy, bo wiem, że są ludzie, którzy nie lubią moich przydługich wpisów, a czasami tak wypada, że jest więcej czy mniej o czym pisać.
No nie, nawet ja dzisiaj stwierdzam, że ten wpis jest dzisiaj stanowczo za długi……. przepraszam…..
Życzę Wszystkim miłej niedzieli bez lub z „schabowymi” z kapustą obowiązkowo.
Do jutra 🙂
