….. ani serce nie zapikało…….
Wczoraj byłam po raz pierwszy po dwóch miesiącach w swoim starym mieszkaniu na Smoleńsk i…….
Właściwie wcale nie planowałam tej wizyty, ale byłam w tej okolicy więc…..
Najpierw odwiedziłam panią Elę – pedicurzystkę i panią Krysie – fryzjerkę, w zakładzie na ulicy Jagiellońskiej.
Nareszcie zrobiłam sobie sobie porządek i z nogami i co najważniejsze z włosami. Okropnie mam niesforne te włosy, bardzo szybko mi rosną i są wtedy nie do opanowania, nawet, jeżeli staram się je jakoś na żelu, czy na lakierze ułożyć. Szczególnie moja grzywka, fruwająca w każda możliwą stronę, nie daje się ujarzmić, wszystko przez to, ze robi mi się taka dziwna falka na grzywce i już wtedy niestety nic z nią nie da się zrobić, najwyżej tylko można ją podciąć.
Ale skoro podcinam grzywkę, trzeba i podciąć całą fryzurkę, zrobić jakiś możliwy kolor na włosach, żeby do człowieka się upodobnić.
Bo gdy już sama na siebie w lustrze spojrzeć nie mogę, to oznacza, ze najwyższa pora o siebie zadbać.
Tak więc wczoraj właśnie zdecydowałam się na te dwie arcy ważne dla mnie wizyty.
Potem poszłam na malutki obiadek w Restauracji Cechowa ( jakoś nie szczególnie mi smakował) i pospacerowałam sobie plantami na ulicę Zwierzyniecką do Banku PKO, najwyższa pora było dowiedzieć się, jak moje konto się przedstawia. Oczywiście po drodze połowiłam sobie troszkę moich potworków – Pokemonków, nie mogłam sobie przecież tej przyjemności odmówić, zawsze troszkę punktów podłapałam i troszkę kilometrów do wyklucia następnego jajeczka też.
No, ale skoro byłam już w tych moich starych okolicach, podjęłam nagle nieplanowaną decyzję o odwiedzinach swojego starego mieszkania. Na szczęście Pola była w domu, więc miał mi ktoś otworzyć drzwi. Przywitała mnie oczywiście Pepa, jednak nie zapomniała całkowicie o Ciotce Ewie, nawet siedziała koło mnie i po swojemu wymruczała mi całą swoją opowiastkę o tym, co się działo, gdy mnie tu nie było, a na koniec nawet przyniosła mi swoją ulubioną zabaweczkę – splątany sznurek.
Muszę Wam przyznać, że jakoś wcale nie wzruszyłam się oglądając stare kąty. Owszem, byłam w pokoju, w którym kiedyś mieszkałam. Teraz już inaczej, nowoczesnymi meblami obłożony, wydawał mi się jakiś taki większy. Ale już nie było w nim czuć było ducha Ewy, to już było całkiem obce mieszkanie, które odwiedziłam. Ot tak, zwyczajnie, wpadłam z wizytą do Rodziny. Wypiłam kawusię, chwilkę porozmawiałam, oczywiście potuliłam się z Pepą i……. bez żadnych szczególnych uczuć żalu, bez natrętnych wspomnień, poszłam do siebie, do swojego mieszkania. Nawet powiedziałabym, że gdy już dotarłam do swojego mieszkania, odczułam ulgę i nawet poczucie bezpieczeństwa, wreszcie poczułam się, że jestem we własnym domu.
Nawet nie przypuszczałam, że tak odczuję tę pierwszą wizytę, której, co tu mówić trochę się bałam. Bałam się wspomnień, wzruszeń, ale tych wcale nie było. Po prostu w tamtym mieszkaniu już Ewa nie mieszka. I koniec, ten rozdział mojej historii już definitywnie został zamknięty, raz na zawsze!!!
A może to właśnie bardzo dobrze tak się stało, że potrafię podejść w ten właśnie sposób do sprawy?
A może ja już zostałam wyzuta z jakichkolwiek uczuć, wspomnień, wzruszeń…….
Ale te wszystkie przeżycia już za mną. Dzisiaj mamy kolejną sobotę, zapowiada się nawet ciepła i słoneczna, może znów uda mi się chociaż chwilkę na ławeczce w Parku posiedzieć?
Chociaż sami zobaczcie, jak tam już pusto w baseniku i na wysepce kaczuszek
A jeszcze nie tak dawno tam się się tyle działo……..
Spokojnie, powróci z czasem…. tylko cierpliwości.
Życzę wszystkim miłej i udanej soboty i wspaniałego odpoczynku


