i znów dzisiaj kwiaty

 

 

I znów te róże  dla Urszulki, która dzisiaj obchodzi święto swojego Imienia.
Co prawda wszędzie na zachodzie obchodzi się Dzień Urodzin, ale my Polacy jesteśmy inni, po co koniecznie mamy udostępniać swój wiek, to takie niewygodne, szczególnie dla kobiet w słusznym wieku.
Nie, żeby akurat było co ukrywać, ale zawsze kobieta lubi zasnuwać się mgłą tajemnicy, a wiek nie jest akurat tą sprawą, którą należy się chwalić, prawda?
Co ciekawe, gdy dziewczyna jest jeszcze bardzo młoda, jest jeszcze nastolatką, koniecznie dodaje sobie lat, aby dodać sobie powagi, żeby koniecznie zostać już osobą dorosłą, mogącą decydować o swoim życiu. Potem jakoś zapomina, że wiek jest takim ważnym życiowym atrybutem i zaczyna sobie tych lat ujmować i wcale nie jest zadowolona, że musi nie jeden raz stać przed trudnym dylematem, co wybrać, co będzie lepsze.
Takie właśnie dziwne są koleje młodzieńczego, powiedziałabym nawet, cielęcego wieku, z którego jednak szybko, ba, nawet za szybko się wyrasta.
Człowiek wymyka się spod piórek rodziców i nagle zauważa, że to życie wcale nie jest ani takie piękne, ani takie łatwe. Niestety, tego trzeba się dopiero nauczyć. Czasami nawet taki zimny prysznic jest potrzebny, aby rozsądnie o życiu pomyśleć.
No, ale wracajmy do naszej dzisiejszej Solenizantki i do życzeń dla Niej.
Czego Ci Uleczko, prócz zdrowia oczywiście, jeszcze życzyć można?
Tego, byś zawsze szczęśliwą była i aby spełniały się wszystkie Twoje marzenia i życzenia. Cieszę się, że masz duże grono swoich Przyjaciół, pośród których świetnie się czujesz i z którymi łączą Cie wspólne pasje. No więc życzę Ci, aby taki stan zawsze się utrzymywał i żebyś zawsze miała poczucie, że masz na kim polegać. Do tego dodam jeszcze miłość Twoich Najbliższych, Magdy, Jej dzieci i jej męża, oraz oczywiście na koniec dodam moją porcje przyjaźni, o której też pewnie nie zapominasz. A, byłabym zapomniała jeszcze o takiej małej Żabie –  Olci, która zawsze swoim małym ogonkiem wyraża swoją radość ze spotkania z Tobą, taka przyjaźń też w życiu jest bardzo potrzebna, wiem coś o tym, bo sama bardzo za naszą Pepą tęsknię.
Ale chwilowo przynajmniej nie mogę pozwolić sobie ani na pieska, ani na kotka, ani innego zwierzątka.
Wszystkiego najlepszego Uleczko, niech Ci się wiedzie i na co dzień i od święta, teraz, jutro, pojutrze, za rok i tak już zawsze 🙂

Na szczęście minął wczorajszy bardzo deszczowy dzień. Przynajmniej w Krakowie padało wczoraj równo, od rana aż do późnej nocy, potem już nie wiem, bo nawet dosyć wcześnie, zmęczona tym ciągłym  pluskaniem, poszłam spać.
Rano pierwsze co pobiegłam do okna, aby zobaczyć, czy nadal deszcz pada – na szczęście chwilowo nie, chociaż na piękną, słoneczną pogodę się na pewno nie zanosi.
A szkoda, o wiele przyjemniej jest wtedy i w Parku i na przykład w Modlnicy, ale przecież nie zawsze musi być bardzo przyjemnie. Wszakże rok składa się z dni pogodnych i dni niepogody.
Jak to śpiewają? Pogoda jest dla bogaczy, dla nie bogaczy są prognozy złe.
Jasne, znowu nic nie trafiłam w Lotka, oj Rockefellerem to już raczej w tym wcieleniu nie zostanę 😦
Od rana ratuję się dobrą kawką, ona zawsze na wszelaki frasunek i na ociężałą głowę pomaga. Na brak fortuny może nie koniecznie, ale nie jest aż tak źle, mogłoby być na przykład gorzej…..
Trzeba się cieszyć tym, co się ma!

A ponieważ dzisiaj mamy już piątek, czyli jeden z najprzyjemniejszych dni tygodnia, wstawiam dzisiaj dla Wszystkich piękny, romantyczny obrazek, aby chociaż troszkę można było pomarzyć o dobrych, ciepłych dniach, które przecież kiedyś w końcu powrócą.
Miłego weekendu, bez żadnych zawirowań rodzinnych, politycznych, bez kłopotów i bez łez i trosk życzę zatem.

Zapisz

wspominkowo

 

 

 

Dzisiaj mamy 20 października.
Tam gdzieś wysoko w niebie odbywa się więc podwójna uroczystość : imieniny mojej Mamusi – Ireny i urodziny mojej siostry –  Ani, która skończyłaby dzisiaj 73 lata.
To nie jest wcale dużo, śmiało mogłaby być razem z nami, ale widać inna była Boża decyzja, inne były Boże zamysły.
Ale Je Obie ogarniam dzisiaj swoimi myślami, swoją miłością, wszystkimi wspomnieniami, które mam dla  moich dwóch najbliższych memu sercu Osób, moją Mamę i moją Siostrę Anię i wciąż proszę Je o opiekę nade mną.
Nie będę się więcej rozklejać, w końcu to co czuję, jest we mnie, silne , niezniszczalne i tylko ja najwięcej to odczuwam.
I tak już zawsze pozostanie, do momentu, gdy wszystkie znów się kiedyś spotkamy. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Bo prawda jest taka, że po drugim ukochanym człowieku pozostają wspomnienia i dopóki się je ma, czuje się Jej bliskość. Pamięć może być zawodna, uczucie kierowane sercem – nigdy!

Dzisiaj pożegnałam się już (chyba) z antybiotykiem. Całe szczęście, bo niezłą rewolucją zrobił mi on w moim brzuchu. Wczoraj nie dość, że mnie żołądek bolał, to jeszcze kręciło mi się w głowie i w dodatku nie miałam wcale ochoty na jedzenie. Jadłam tylko przez rozum, wiedziałam, że nie mogę pozostawić brzusia całkiem bez jedzenia. Dzisiaj jest już lepiej, przynajmniej z apetytem zjadłam lekkie śniadanie, bo poczułam coś na wzór głodu.
No tak, zawsze tak jest, że lekarstwo na jedno pomaga, na drugie szkodzi, ale przy moim tak bardzo kapryśnym brzuchu, niestety leczenie jest utrudnione, dlatego przez pierwsze dni starałam się nie zażywać żadnych medykamentów, niestety źle to dla mnie się skończyło, dochrapałam się zapalenia oskrzeli.
To może jednak błąd zrobiłam, że nie zaszczepiłam się przeciwko grypie we wrześniu? Zawsze miałabym większa odporność i szybciej bym te wirusy pokonała.
A teraz w domku już na szczęście mam cieplutko, oczywiście kilka razy dziennie wietrzę sobie kuchnię (ach te papierosy!!), ale nie na długo.
Zresztą bez przesady, za oknem znów jest całkiem przyzwoita temperatura i co najważniejsze nie ma deszczu, no, przynajmniej na razie go nie ma.
Mam nadzieję, że nie będę musiała dzisiaj idąc do pracy otwierać mojej parasolki.
Tak więc marznięcie jak na razie mi nie grozi, oby tak pozostało jak najdłużej.
No i wreszcie przestanę kuleć zdrowotnie, kaszel już mam prawie opanowany, trochę pozostało katarku i kawałek głuchego ucha, czyżby groziła mi wizyta u pana doktora laryngologa i sławetna „Karolka”????
Czy ja ciągle o moich dolegliwościach muszę pisać?? – nudna już z tym jestem.
Ale o czym mam pisać? Żaden książę na białym koniu pod moje okno nie zajechał i co najważniejsze, na pewno już nie zajedzie.
Dni są coraz krótsze i coraz bardziej smutne, z każdym opadającym listkiem robi mi się coraz bardziej przykro, że coś jednak ucieka, nie można go  dogonić.
I znów będę pisała, podobnie jak poprzedniej jesieni i zimy , byle do wiosny. Tak, to jest zdecydowanie najprzyjemniejsza pora roku, chociaż właśnie na wiosnę przybywa mi jeden rok w kalendarzu. Ale pocieszam się, że nie tylko mi. Nie należy tym aż tak bardzo się przejmować, bo to, jakie jest to życie, jakie są w nim dni, radosne, czy smutne, zależy tylko od Ciebie samego.
Za dwa tygodnie (z małym okładem) będziemy odwiedzać wszystkich swoich najbliższych na cmentarzach i wspominać minione lata spędzone z Byłymi Ukochanymi. No a potem króciutki miesiąc listopad (najmniej przeze mnie lubiany) i już znów święta na nas czekają. Potem minie zima i już mamy wiosnę.
Optymistycznie to brzmi, prawda?
Ale póki co, wciąż mamy jeszcze październik, więc życzę wszystkim miłego jesiennego dnia, bez opadów i bez jesiennych wiatrów.

Róża i tłuczek

 

 

Oczywiście, że róża jest środowa dla Ulki. Bo jakby ten dzień mógł inaczej niż bez tego pięknego kwiatka w moim blogu minąć? No jak??
A więc najpierw będzie róża.
Jak zwykle urocza, wabiąca, ciekawa……
Bo każdy kwiat tej królowej kwiatów jest inny, mimo, że pozornie mógłby się wydawać podobny do innego . Pewnie, jet wiele gatunków, wiele kolorów, ale również i tutaj są niuanse, które te kwiaty od siebie rozróżniają.
Ale najważniejsze jednak jest to, że są to ulubione kwiaty Ulki i moje, właśnie róża szczególnie nas połączyła.
No to tradycyjnie Uleczku przesyłam Ci miliony całusków z całkiem jesiennego Krakowa. Cóż, taką porę roku właśnie mamy i musimy z tym się godzić. Potem znów będzie biało, ale przyjdzie pora, gdy wszystko zacznie się zielenić, już sobie wyobrażam, jak pięknie wtedy mój park będzie wyglądał we wiosennym słoneczku. Na razie listki coraz bardziej brązowieją, ale wciąż jeszcze są na drzewach, potem, gdy drzewa będą już gołe, nie będzie tak przyjemnie. Wszystkiego najlepszego Ulu na wszystkie jesienne i zimowe dni, bo na wiosnę, mam nadzieję, może nareszcie się spotkamy?

A co do tego wszystkiego ma tłuczek do mięsa?
Ano ma, hurra, wreszcie udało mi się go wczoraj kupić i kotlety jednak będą na obiad, chociaż pewnie jest innych parę sposobów, żeby je utłuc.
Ostatnio używałam do tego twardej, metalowej chochelki, ale przyznam, że okropnie się nią namachałam, a i tak nie do końca porządnie były te kotlety rozbite. Teraz to co innego, rozbijanie schabu będzie samą przyjemnością. No to zapraszam na kotlety schabowe!!! 🙂 🙂 🙂
Wczoraj byłam na kontrolnej wizycie u pani doktor. Okazało się, że jednak całkowicie ten stan zapalny z moich oskrzeli nie wyszedł do końca i jeszcze muszę powtórzyć antybiotykoterapię. Wczoraj zażyłam pierwszy z nowej trójki antybiotyku, dzisiaj zażyje jeden i pozostanie mi tylko porcja na jutro.
No tym razem wirusy na pewno już na dobre opuszczą moje płuca.
Po wizycie zaglądnęłam do osiedlowego sklepu sieci Tesco ( niektórzy uważają, że jest to najlepsza sieć handlowa w Krakowie). Nie jest on co prawda tak rozległy, jak ten główny magazyn w Krakowie, ale i tak zakupy niezłe można było w nich zrobić.
Ja oczywiście nastawiłam się na kupno  tego tłuczka do mięsa i wyszłam triumfalnie z nim ze sklepu, podobnie  co najmniej, jak ongiś, gdy z wielkim trudem za czasów wiadomych zdobyłam kawałek szynki na święta. Teraz też byłam w pełni usatysfakcjonowana.
Widać, że pogoda się zmienia, bo wczoraj wyjątkowo okropnie mi nogi dokuczały, są takie dni, że chodzenie dla mnie są prawdziwą męką. Musiałam szybko zażyć mój Nimesil, aby trochę im ulżyć, czy to oznacza, że już się od tego Nimesilu uzależniłam?
Widać, że młodzież akademicka powróciła już do swoich uczelni, bo autobusy są teraz okropnie przeładowane, czasami nawet nie da się do niego wsiąść.
Tak było właśnie wczoraj, mogłam co prawda użyć swojego świeżo zakupionego atrybutu, ale potem prasa podawała by, że po Krakowie jeździ autobusami jakaś szalona baba, która z tłuczkiem na mięso poluje na Bogu winną uczącą się  młodzież. Ale żarty na bok, byłam z tego, że nie mogłam wejść do autobusu  bardzo niezadowolona, bo nie dość, że źle się czułam, bolały mnie i nogi i głowa, to jeszcze nie miałam nawet tyle siły, by wpychać się  na siłę do wypełnionego po brzegi autobusu, musiałam czekać następny kwadrans na następny autobus – ten już nie był na szczęście tak strasznie przepełniony i nawet udało mi się zająć siedzące miejsce.
Pamiętam taką piosenkę z czasów studenckich ” Pieniądze kto ma, to jedzie autobusem, a kto pieniążków nie ma, za autobusem kłusem”
A dalej jeszcze  był refren ; ” a nam jest wszystko jedno, my mamy cały świat, bo student bez pieniędzy jest więcej wart”
Widać studiujący dzisiaj nie muszą oszczędzać na autobusach, ba, wielu z nich posiada nawet własne samochody, stąd właśnie od października robi się prawdziwy zamęt i w komunikacji miejskiej i na drogach.
No, ale student też człowiek, jakoś na uczelnię dojechać musi, zawsze jednak ma daleko albo od prywatnej kwatery, albo nawet z akademików, umieszczonych poza centrum. Trzeba być dla nich więc wyrozumiałym i nie myśleć o używaniu  tłuczka, albo innego wrogiego atrybutu.
Tylko żeby i oni też pozostawali wyrozumieli dla starszych osób i szanowali fakt, że nie zawsze łatwo się takiej osobie wepchać na siłę do autobusu, czy potem nawet jechać nim w pozycji półwiszącej na uchwycie autobusowym, albo na czyichś plecach……..
A może jednak trochę przesadzam???
Całe szczęście, że jak na razie październik jest całkiem łaskawy dla nas ze swoimi temperaturami, po kilku naprawdę chłodnych, nawet można powiedzieć  zimnych dniach, zrobiło się całkiem przyjemnie. Tylko niestety od czasu do czasu straszą nas, że gdzieś tam znowu ten nieznośny deszcz zakłóci nam październikową sielankę.
Ale u mnie jak widzę nawet słonko ma ochotę na chwilkę chociaz wyskoczyć spoza chmurki. I bardzo dobrze, będę mogła rozsyłać moje słoneczne  promienie po wszystkich miastach i wsiach, oczywiście o Poznaniu nie zapomnę na pewno.
Miłej środy 🙂

Bardzo krótki wpis

 

 

 

Dzisiaj wstałam w środku nocy, czyli o 5.15. Dlaczego tak wcześnie?
Ano przed godziną ósmą muszę być już w przychodni, bo o ósmej rano mam rozpisaną  kontrolną wizytę lekarską.
Mam nadzieję, że pani doktor pozytywnie się na mój temat wypowie, bo lekarstwa zażywałam bardzo regularnie i dokładnie według instrukcji.
Po prostu teraz są jakieś wyraźnie złośliwe wirusy, które same nie chcą opuścić człowieka i pokazują swoją złośliwą naturę.
Mam wyrzuty sumienia, bo w poprzednią środę była u mnie Renia i…okazuje się, że właśnie od czasu wizyty u mnie zachorowała.
Po prostu „sprzedałam” jej jakiegoś wirusa. Teraz ma te same kłopoty, co ja miałam, to znaczy, katar, drapanie w gardle, kaszel….
Pewnie też bez antybiotyku się  nie obejdzie. Tak już jest, zmutowało się to jakoś potwornie złośliwie i wrednie … no właśnie i daje do wiwatu.
Przecież ja jestem chora już 3 tygodnie, tzn jeszcze (troszkę) kaszlę, jeszcze katar gości w moim nosie i co gorsze w moim uchu. A mówili, że katar trwa 7 dni? Nieprawda, to taki banał, prawda jest bardziej niestety dotkliwa. Katar trwa tak długo, aż się całkowicie go pozbędziesz i już. A jak to długo trwa? To zależy od oporności organizmu. mój jakoś słabo widać jest odporny.
Biedna Renia, będzie miała za swoje, a przyszła przecież w dobrej wierze, pomóc mi posprzątać. I chociaż obchodziłam ją z daleka, jednak to nie zapobiegło jej chorobie.
Dobrze, ze przynajmniej pacjentów nie pozarażałam, dopiero by było, przyszli się leczyć i…złapali choróbsko.

Okropnie wcześnie robi się już szarówka, a potem szybko zapada ciemność. Nie lubię właśnie przez to tej pory roku, ale zdaję sobie sprawę z tego, że wkrótce te dni będą jeszcze krótsze, niestety.
Ale już teraz, gdy wychodzę z popołudniowej zmiany czuć, że wieczór nadpływa, a gdy się jeszcze gdzieś po drodze zawieruszę, na jakieś małe zakupy na przykład, murowane jest, że będę w ciemnościach potem brodziła, a wiadomo, tym bardziej się boję, gdy jest ciemno na tyle, że nie widzę dokładnie chodnika i każde w nim  dziury, czy wyboju. Ciągle się boję, żebym znów nie była „upadłą kobietą”, a ja tak łatwo o wszystko się potykam, niestety.
Na szczęście na mojej ulicy dopiero co jest chodnik wyremontowany, aż miło się po nim chodzi. Na razie żadnych nierówności nie widać. Ale w drodze do pracy muszę przechodzić przez kawałek skwerku, gdzie płyty są popękane, wystają jeszcze z nich korzenie i o wypadek nie trudno. Okropnie nie lubię tamtędy chodzić i czasami wolę sobie nawet naddać troszkę drogi, by te przeszkody ominąć.
Wczoraj właśnie się tak „zawieruszyłam”  w drodze z pracy do domu i wstąpiłam do Lewiatana. Oczywiście to, po co wstąpiłam, czyli specjalnych, firmowych  zapalniczek nie kupiłam,  (fajne są, długo się palą i nie gasną na wietrze), bo pani obsługiwała nie przy kasie, a przy stoisku monopolowym, a tam ich nie widziałam. Nie wiem. może personel też  zdziesiątkowała grypa? Widać tak, bo trzy kasy były puste i tylko była ta jedna pani kasjerka, właśnie na stanowisku z alkoholami. Nie, nie skusiłam się w związku z tym na pół litra, ale za to kupiłam sobie  tłuczek do ziemniaków i talerzyki deserowe. Nic specjalnego, zwyczajne, szklane, ale te deserowe, które mam, są stanowczo za małe, z trudem 2 małe kanapeczki na nich się mieszczą.
Za to nie znalazłam tłuczka do mięsa, chociaż stosowna kartka poinformowała mnie, że taki powinien na półce leżeć. Co prawda pytałam o takowy tłuczek panią, ale mnie zbyła stwierdzeniem, że widocznie jego nie ma, bo „wyszedł”, a tylko kartka po nim pozostała. No cóż, nie nalegałam, żeby poszła jednak sprawdzić do magazynu, chociaż powinnam, ale skoro ona jedna jedyna ten wielki sklep obsługiwała….. dałam jej spokój. Kupię ten tłuczek do mięsa kiedy indziej, w jakimś dogodnym miejscu. Tylko mam jakoś do niego pecha, bo zamawiałam go już nawet przez internet w Tesco, gdy przywozili mi płyny do prania i wodę mineralną (nie musiałam tego przynajmniej dźwigać, przynieśli mi do domu), ale  mimo, że zamówiłam ten nieszczęsny tłuczek, jakoś mi go  nie dowieźli. Prosiłam też i Magdę, żeby robiąc zakupy w Auchanie pamiętała o tym moim  ważnym przecież  domowym atrybucie, niestety, nawet i ona zapomniała…..
Widać nie są mi pisane kotlety schabowe 🙂
Właśnie a propos Tesco. Nie lubię robić internetowych zakupów w tym sklepie, ale niestety, z wielkim żalem muszę stwierdzić, że moja ukochana Alma całkowicie już upadła, właśnie rozpoczął się proces upadłościowy tej firmy i już więcej nie będę mogła robić tam zakupów. Wielka szkoda, bardzo lubiłam te delikatesy i przyzwyczaiłam się do zakupów w nich. Jest co prawda szansa, że po restrukturyzacji Alma jeszcze się podniesie, ale niestety nigdy nie powróci już do swojej renomy.
Więc raz jeszcze przekażę swoje wyrazy ubolewania, bo mija chyba około 6 lub 8 lat, gdy zaczęłam tam robić zakupy.

GDZIE JESTEŚ MOJA ALMO GDZIE, ODESZŁAŚ Z MEJ KSIĄŻECZKI KART………

Aha i przeprosiłam się wczoraj z botkami. Rano było bardzo chłodno, co prawda nieco potem się ociepliło, ale zwłaszcza wtedy, gdy człowiek jest chory, powinien dbać o to, żeby było mu w nogi ciepło, ciepłe nogi to podstawa zdrowia przecież.
Zobaczymy, jak będzie dzisiaj, bo zapowiadają , jak jeszcze nie dzisiaj, to już jutro na pewno  deszczową pogodę, a ja nie zamierzam dłużej już chorować.
Tego kotka w deszczu zamieściłam dzisiaj troszkę na wyrost, bo deszcz na szczęście jeszcze nie pada, ale kotek bardzo mi się spodobał.
Co prawda ja preferuję zdecydowanie psy, ale ten puchaty kot przypadł mi do gustu.
No i z krótkiego wpisu, zrobił mi się wpis o całkiem poprawnej długości.
Tak to zawsze jest, że zawsze w trakcie pisania blogu się rozkręcam i nowe myśli przychodzą mi do głowy, które koniecznie muszę na papier przelać.

Pozdrawiam serdecznie moją Imienniczkę Ewę i dziękuję za miły komentarz.
Pozdrawiam serdecznie Wszystkich moich wiernych Czytelników i życzę im naprawdę wspaniałego wtorku.
A ja uciekam już do lekarza, autobus już na mnie czeka……

zapraszam na herbatkę

 

 

 

I ja też bardzo lubię swój blog. Może jest to próżność, ale zawsze wiem, ze Ktoś mnie czyta, Ktoś aprobuje, lub nie moje wpisy, nie każdy przecież z moimi poglądami musi się liczyć. Ale jednak zawsze mnie moi Kochani Czytelnicy odwiedzają, czasami, tak jak na przykład przeczytam, że Ktoś lubi mój blog – dziękuję za miłe słowa.
No to nalewam teraz z dzbanka herbatkę, albo kawusi,ę według smaków i zapraszam na miłe gawędzenie.
A o czym dzisiaj chcę napisać?
O Czterdziestolatku, kultowym już serialu, który wyświetlany był  od 16 maja 1975 do 19 lutego 1978, Dwadzieścia lat później dokręcana była druga część tego serialu, może już nie taka lotna, ale również i wesoła.
Mój Boże, gdy dowiedziałam się o śmierci odtwórcy Czterdziestolatka – Andrzeja Kopiczyńskiego, zrobiło mi się bardzo smutno.
Odeszła część jakiś miłych wspomnień, cząstka mojego życia, zawarta w tak miłym i odległym już dla mnie okresie życia.
Gdy zaczęli wyświetlać ten seria, miałam dopiero 25 lat, z podziwem patrzyłam, jak spostrzega się świat przez starsze, już bogate w różne doświadczenia osoby. Czterdzieści lat – Boże, jaki on już jest stary, pewnie sobie pomyślałam, bo przecież zupełnie inaczej wtedy  wiek człowieka się ocenia, gdy samemu się jest młodym. A Czterdziestolatek wcale nie był stary, był w kwiecie swojego życia, można powiedzieć w rozkwicie swojej kariery zawodowej, z problemami ówczesnych nieco dziwnych czasów (do których niestety zaczynamy całkiem realnie powracać), gdy absurdy każdego dnia przekładane były na rodzinne i zawodowe kłopoty. Pozostało dużo kultowych powiedzeń z tamtego okresu, chociażby ten, który zawsze wspominam z uśmiechem, gdy żona Czterdziestolatka, Magda, pracownica Zakładów Oczyszczania Wody (???), tłumaczy swojemu mężowi: Czego Ty chcesz, Twoje dzieci dobrze się uczą, tak, Marek ma tylko dwie dwóje na półrocze….. Z uśmiechem wspominam tamtą pyzatą buzię Marka  – rozrabiaki i wiecznie obrażonej na cały dorosły świat nastolatki Jagody, to takie typowe i dla dzisiejszych nastolatek, świat niby się zmienił, konflikt pokoleń zawsze pozostaje przecież taki sam.
To już było, niestety nieodwracalnie już nadszedł koniec. Pomimo, że ten serial jest i pewnie będzie powtarzany, chociażby jak teraz w Telewizji Seriale  w związku z odejściem od nas głównego bohatera, Andrzeja Kopiczyńskiego można odłożyć już ten serial do Lamusa. Nie ma już z nami Czterdziestolatka, już od paru lat nie ma innej, wspaniale odtwarzającej rolę Kobiety Pracującej, Ireny Kwiatkowskiej, coś już się bezpowrotnie skończyło, a mnie jest tak zwyczajnie, po ludzku żal. Zawsze przykro, gdy odchodzą wspaniali, wielcy aktorzy, ale w tym przypadku odczułam Jego odejście, jako śmierć kogoś bliskiego z Rodziny, bo wszyscy w jakiś sposób tworzyliśmy Rodzinę Karwowskich, przeżywaliśmy ich kłopoty, zmartwienia i radości tak, jakbyśmy też w nich brali udział.
Żegnaj Czterdziestolatku, byłeś naprawdę bardzo bliski mojemu sercu, zawsze, mimo, że akurat w tej chwili  nie gościłeś na moim ekranie, miałam poczucie, że gdzieś tam jesteś, nadal grasz historię swojego życia….teraz to już odeszło, a wraz z Tobą odeszła część mojego życia, moja młodość, moje wspomnienia…….
I moje czterdzieści lat też już odeszło w zapomnienie, im człowiek starszy, tym częściej wraca właśnie do tych minionych lat, które teraz, no może z małymi wyjątkami, zdawają się dniami radosnymi, może to i lepiej, że człowiek potrafi z siebie wyrzucać te złe wspomnienia, chociaz nie jest to wcale prosta sprawa, zależy to tylko od Ciebie, w jaki sposób potrafisz zgasić w sobie zapiekłe żale i zrozumiesz, że życie takie po prostu jest, raz jest dobrze, raz gorzej.
A ja nadal, dzięki wspominkowym odcinku serial,u mogę powrócić na ulicę Pańską i raz jeszcze powracać tym samym do starych moich dni, może wydaje się nieco weselszych, niż obecnych, bo młodość to jednak wspaniała sprawa, nic nie dolega i człowiek jakoś mniej się przejmuje…

Bardzo utrudniony mam dzisiaj ten wpis, bo co rusz wypada mi error we wpisie i komputer wyrzuca to, co już napisałam wcześniej, muszę po prawie każdym napisanym zdaniu zatwierdzić, aby ślad po wpisie jednak pozostał. Dlatego ten blok pisze już od półtora godziny, a już nawet nie wspomnę, ile razy już mi wpis całkowicie zanikł. Co się dzieje z tym Bloxem do jasnej, ciasnej??
A może już jestem „na cenzurze”?? Kto wie, wszystko teraz jest możliwe, wczoraj przeczytałam gdzieś tam na necie, że PIS myśli już o blokowaniu Face Booka. Wiadomo, zbyt dużo prawdy tam wypływa, rządzącym może się to nie podobać, zresztą jak i inne uwagi, dotyczące ich rządów, chociażby w moim blogu na przykład zawarte.
Chociaż staram się pisać o różnych sprawach codziennego życia, nie poświęcam go tylko polityce, ale muszę też przyznać, że zbyt często mnie korci, żeby chociaż niewielki polityczny wkręt zamieścić, ot takie mam nastawienie do życia i do wszystkich jego dziedzin.

Wczoraj nie najlepszy miałam dzień, jakieś depresyjne myśli nachodziły na moją głowę, pewno związane to było z deszczową pogodą. I chociaż nie musiałam nigdzie wczoraj wychodzić, ale to bębnienie deszczu o parapet wprowadzało mnie w niedobry nastrój, a wtedy najlepszym lekarstwem jest…sen.
Dlatego sporą część wczorajszego popołudnia sobie przespałam.
Dzisiaj jest już lepiej, co prawda jest chłodno, ale przynajmniej deszcz nie dudni, no i spokojnie do pracy będę sobie mogła suchą nóżką dojść.
A co z moim katarkiem? co z moim kaszlem? Ano mają się świetnie i postanowiły, że jeszcze tak szybko mnie nie opuszczą.
Poczekam do jutra, do kontrolnej wizyty u pani doktor, już ona sobie z nimi na pewno poradzi.
Życzę przyjemnego poniedziałku i wspaniałego całego tygodnia.

niedziela, niedziela….


 

Dzisiaj nie będzie w moim blogu wiewiórek, żołędzi, czy kasztanów, dzisiaj będzie moje zdjęcie, które onegdaj zrobiłam.
Wczoraj poszłam sobie na jesienny spacer przez park. Sporo jest jeszcze zielonych listków na drzewach, ale już korony drzew zaczynają się barwić w żółci i w brązie, a na trawnikach zaczynają się ścielić dywany zeschłych listków, coraz bardziej obficie spadających już z drzew.
I nie wiem tylko, dlaczego zawsze gdy na te spadające listki spoglądam, jest mi po prostu żal, mam uczucie, że znów coś odchodzi, coś się kończy……
Lubię, gdy jest ciepło i słonecznie, to też przysiadłam na momencik w słoneczku na ławeczce, aby odpocząć po trudach zakupów i popatrzeć, jak wygląda jesień w parku.
Nie tylko ja dałam się zwieść jesiennym urokom, na niektórych ławkach też siedzieli sobie, głownie starsi ludzie, też szczęśliwi, że jeszcze troszkę tych promyczków złapać można, szczególnie po tych ostatnich zupełnie zimnych i nieprzyjemnych dniach słoty i zimna.
A potem, już z każdym spadającym listkiem będzie coraz bardziej smutno, gołe już drzewa będą straszyły wystającymi patykami, na których jeszcze jakiś gołąb, czy gawron przysiądzie, a potem pokryją się one białą, puchową pierzynką, brrr, już mi jest zimno na samą myśl, że to kwestia kilku tygodni tylko…..

Dzisiaj w Rodzinie znów mamy święto, dzisiaj Jasiek, syn Magdy, obchodzi swoje 12-ste urodziny.
Zazwyczaj ten dzień spędzam w Modlnicy, w tym roku z powodu remontu tarasu no i z powodu jutrzejszego porannego wyjazdu Jaśka na zieloną, a właściwie na jesienną szkołę, uroczystość będzie ( lub nie będzie) przeniesiona na inny czas.
W każdym bądź razie życzę Ci Jasiu powodzenia nie tylko w szkole, ale i w Twoim przyjacielskim gronie, to takie ważne przecież wiedzieć, że ma się koło siebie osoby, które Cię rozumieją i nawet więcej niż tolerują, nawet bardzo lubią i chcą z Tobą wspólne przygody życia pokonywać.

Dzisiaj ostatni dzień tego tygodnia, można by nawet powiedzieć, że właściwie to pierwszy dzień nowego tygodnia, ale ponieważ dzisiaj jeszcze odpoczywamy nie myślimy o tym, co nas w następnym tygodniu czeka. Dzisiaj jeszcze na pełnym luzie, oby tylko ten dzień był taki przyjemny, jak wczorajszy.
Ale na wszelki wypadek jeszcze dzisiaj nigdzie nie wychodzę z domu, wczoraj co innego, musiałam zakupy zrobić, a dzisiejszy dzień poświęcam na dochodzenie do całkowitego zdrowia. Jeszcze katarek jeszcze mnie troszkę męczy, kręci w nosie i w uchu (jakie to niemiłe uczucie, gdy człowiek głuchy jest na jedno ucho), czasami jeszcze sobie po kaszlę……. Chociaż już nie zażywam nic na to przeziębienie, wygrzewać się powinnam, tym, bardziej, że we wtorek idę na kontrolną wizytę do pani doktor pierwszego kontaktu i nareszcie chcę usłyszeć, że wszystko już jest w porządku, już jestem zdrowa.
Gości też dzisiaj się nie spodziewam gości, chociaż czasami niespodzianki bywają całkiem miłe.
Życzę wszystkim cieplutkiej niedzieli, ze słonkiem i z uśmiechem Najbliższych, ja tylko mogę sobie wyobrażać, jak taki uśmiech wyglądać może.
Serdecznie pozdrawiam dwie moje Komentatorki z wczorajszego dnia.
Mogę tylko pozazdrościć wspaniałego towarzystwa lasu i przyrody, chociaż nie mogę przecież narzekać. Tylko jakoś jak dotąd ani jednej nawet wiewiórki  w parku nie spotkałam, może przeniosły się gdzie indziej?
Ale kiedyś, gdy byłam w Modlnicy, spotykałam nawet sarenki, które przychodziły do ogrodu Magdy, aby jabłuszkami i korami jabłoni się posilić.
Biedne są takie zwierzątka w jesieni i w zimie, gdy o jedzenie trudno.
Parkowe gołąbki i inne ptaszki też już są głodne i chętnie podchodzą do ławek, na których ktoś siedzi, czekając, że ktoś łaskawie jakiś okruch podrzuci.
Czasami rzucę jakiś kęsek wygłodniałym ptaszkom, ale już kiedyś naraziłam się jakiemuś gburowi, który zwyzywał mnie od głupich starych bab ,karmiących gołębie. Czy ty wiesz, co robisz, głupia babo, pytał, a ja zastanawiałam się, czy ten gbur wie co oznacza głód? Pewnie zjadł już i śniadanko i obiadek, widać, ze do brzusia jakiś alkohol też sobie już ponalewał, a biednemu ptaszkowi kruszynki żałował.
Ale cóż, niektórzy ludzie nieraz są naprawdę mało wrażliwi na otoczenie, grunt, że on sam ma świetne samopoczucie.
Dobra, gołębie (podobno) różne choroby roznoszą, ale głodne i przez to biedne to one są, same niestety nie pójdą do sklepu i nic sobie nie kupią.
O.K. już nie rozpisuj się więcej na ten temat, sporo jest i ludzi, którzy też są głodni i im też pomóc trzeba. Dziwnie ten świat jest urządzony…..
Raz jeszcze wszystkiego dobrego na niedzielę życzę

cieplutko pozdrawiam

 

 

W ten jesienno słoneczny ranek serdecznie i cieplutko Wszystkich pozdrawiam.
Cieplutko, bo…
Był wczoraj u mnie wreszcie pan elektryk. Okazało się, że piec w kuchni ma uszkodzoną jedną fazę, którą trzeba było wyłączyć, bo to właśnie ten piec wywalał stopki.
Ale coś tam jeszcze pomajstrował i trzeba przyznać, że teraz oba piece i ten w pokoju i ten w kuchni grzeją jak należy, dzięki temu nareszcie jest całkiem ciepło, kto wie, czy nie cieplej nawet, niż w poprzednim domu przy kaloryferach.
Ale to się okaże, bo piece przecież nie grzeją przez cały czas, mają okres przestoju i wtedy się chłodzą, jednak nie na tyle, żeby były całkiem zimne.
Okres grzania pieców jest pomiędzy godziną 22 a 6 rano, a potem pomiędzy godziną 13 – 15 i to tyle na jeden dzień, reszta musi wystarczyć z tego, co piec  sam sobie zaoszczędzi ciepła. A w tych godzinach, o których wspominałam prąd jest po prostu tańszy.
No ale i tak nie wszystkie moje „elektryczne” kłopoty zostały rozwiązane.  Będę musiała raz jeszcze umówić się z tym, lub innym, zaufanym elektrykiem, który podejmie się jednak trudu rozdzielenia bezpieczników, nie może być obciążony wszystkimi domowymi urządzeniami tylko jeden bezpiecznik. Nie będzie to wcale łatwe, bo może to się łączyć z nieco większym remontem, ta skrzynka, która obecnie działa w moim przedpokoju, ma po prostu za mało miejsca, by umieścić w niej jeszcze jeden bezpiecznik. Ale nie może też i tak być, że nie mogę na przykład piekąc coś w piekarniku, czy piorąc, nie mogła równocześnie włączyć czajnika elektrycznego, by pyszną kawusię sobie zrobić. Toć mamy XXI wiek i wiadomo, więcej jest elektrycznych urządzeń, niż dawniej. Można co prawda używać je  przemiennie, ale to sprawia jednak pewien dyskomfort życia.
Szkoda tylko, że tego remontu nie zrobiłam wcześniej, zanim się tu wprowadziłam. Teraz może być z tym po prostu większy kłopot.

Dziękuję Irsila za komentarz, a nawet właściwie za dwa komentarze. Pytasz się, kto to czyta? A jednak sporo osób przychodzi na mój blog, czasami mam około 70, czasami mniej wejść (wiem to dokładnie, bo mam licznik wejść na mój blog). Ale piszę głównie dla siebie.
Masz rację, muszę się czasami wygadać, ale zapewniam Cie, że mimo, że jestem samotna i samotnie mieszkam, mam sporo osób, z którymi przeprowadzam rozmowy, bądź to osobiście, bądź to telefonicznie, czasami na Face Booku, czy na Skype, więc na brak towarzystwa i na nudę nie narzekam.
 Piszę mój blog już ponad 10 lat (z małą przerwą), więc jestem już przyzwyczajona, że muszę, albo inaczej, powinnam być tu codziennie. Zresztą brak mojego wpisu od razu wzbudza zaniepokojenie i pośród Rodziny i pośród Przyjaciół.
Ale każdy komentarz, każda uwaga jest przeze mnie wnikliwie  czytana i staram się do niej zawsze ustosunkować.
No może za wyjątkiem polityki, bo w tym temacie jestem stała i nikt mnie nie przekona, że czarne nie jest czarne, a białe nie jest białe.
I na tym pozostanę, bo zdecydowanie to, co ostatnio jedna partia rządząca robi z Polską, z Polakami, a ostatnio z kobietami jest dla mnie nie do przyjęcia.
Pomimo mojego słusznego wieku, nadal jestem kobietą i utożsamiam się z problemami, przed którymi staną wkrótce młode dziewczyny, które nie zgadzają się, żeby ktoś decydował o ich życiu. Też nie cierpię, gdy ktokolwiek za mnie stara się podejmować jakąkolwiek decyzję, z którą jestem w dodatku na bakier.
Tak już mam, zawsze byłam niepokorną dusza i taką aż do śmierci pozostanę.
Zdaję sobie sprawę z tego, że mogę czasami nie mieć racji i wtedy próbuję przynajmniej ustąpić, ale są tematy, które dla mnie są niemożliwe, by zmienić całkowicie o nich zdanie, do takich właśnie bieżąca polityka należy. Na szczęście okazuje się, że mój sposób spostrzegania dzisiejszej polityki nie jest wcale odosobniony, wiele osób spostrzega ten problem w ten sam sposób, więc dlaczego miałabym się przy tej swojej racji się nie upierać?

Wczoraj zażyłam ostatnią już tabletkę antybiotyku, więc teoretycznie jestem już osobą zdrowa.
A więc ubieram się teraz i idę sobie przez park poszukać jesieni ( jest taka piosenka jesień idzie przez park, więc muszę to dokładnie sprawdzić), ale de facto to idę sobie zrobić małe zakupy no i koniecznie muszę nadać Lotka, bo dzisiaj jest kumulacja , aż 10 milionów jest do wygrania, więc może tym razem………

Życzę Wszystkim miłej i spokojnej soboty, słonko nam dopisuje, od razu raźniej się robi na duszy i chce się chcieć……

Bura

 

 

Oj dostało mi się wczoraj, dostało. Oberwałam dwa razy i to od kogo? Od Uleczki i od Magdy Italiana, a za co? za to, że zamiast wygrzewać się w łóżeczku, latam po ulicy niby ten ptaszek z piosenki, tylko, że ja nie zbieram garść pszenicy, a….Pokemony.
No dobra, żarty na bok, poszłam wczoraj do pracy, bo miałam zarejestrowanych pacjentów i nie chciałam ich odwoływać. Ale ubrałam się cieplutko, bo i na termometrze było tylko 6 stopni ciepła, czyli nie za wiele. Chyba jednak przeproszę się z zimową kurtką i z botkami, bo najważniejsze, żeby nogi nie marzły, inaczej od razu całemu człowiekowi jest zimno.
Co prawda pani doktor też zaleciła mi jako dodatkowe lekarstwo – łóżeczko (nawet chciała wypisywać mi L-4), ale czasami są tak zwane „siły wyższe”
Za to dzisiaj i jutro i pojutrze pozostanę w łóżeczku, no tylko malutkie zakupy jeszcze jutro uskutecznię, a może przez internet byłoby lepiej?
Bo jednak katarek nadal mnie kocha i opuści nie chce, najgorsze, że prócz nosa umieścił się w tym moim lewym uchu i ciągle jestem na to ucho przy głuchawa.
Czuję się jak w tym kawale, który już kiedyś chyba przytaczałam, ale znów o nim wspomnę” :
Zatonął statek, uratował się tylko nocnik i fortepian.
-Ale mieliśmy szczęście co? – woła fortepian. –
-Co?- pyta nocnik,
-no, mieliśmy szczęście- odpowiada fortepian,
-Co? znów pyta nocnik, mów głośniej, nic nie słyszę, bo mam ucho w wodzie.
Ha ha, moje ucho też jest tak głuche, jakby w wodzie było 🙂
Nic to, do wiosny na pewno mi wszystko minie. a na wszelki wypadek nic, a nic nie napiszę, niech tam, przynajmniej znów mnie nie ochrzanią 🙂

Wczoraj przeżyłam „chwilę zgrozy”, bo w trakcie podróży autobusem do domu przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, czy mam klucz od domu.
No i oczywiście, nie było go w kieszonce torebki. Okropnie się zdenerwowałam, ale przypomniałam sobie, że przecież po pierwsze mam nawyk chowania go od razu do torebki, a po drugie, zawsze zanim z domu wyjdę, na wszelki wypadek sprawdzam, czy mam w torebce klucz.
Więc raczej niemożliwe byłoby, żebym go pozostawiła na przykład na stole w kuchni.
Poszłam nadać sobie Lotka, a ponieważ tam było stosunkowo jasno ( niestety już zrobiła się w międzyczasie  najpierw szarówka, a potem prawie noc, teraz przecież dosyć wcześnie jest ciemno), no i była tam spora lada, na którą wyłożyłam całą zawartość mojej torebki, żeby dokładnie ją przeszukać.
Rzeczywiście, w torebce baby tylko baby z kozą nie ma, za to jest sporo innych rupieci, na przykład co najmniej 5 długopisów, które zawsze i tak szukam, gdy je potrzebuję i na żadnego natrafić nie mogę, zapalniczki,parasolka, chusteczki do nosa, portfel i jeszcze kilka innych rzeczy, wszystko to było, oprócz oczywiście poszukiwanego klucza.
Moje nerwy sięgnęły zenitu i wtedy zauważyłam, że w podszewce kieszonki torebki jest dziurka. Całkiem wydawałoby się nie duża, ale jednak klucz mógł tamtędy do wnętrza torebki się dostać. Uczynny pan z punktu Lotka pożyczył mi nożyczki, żebym tę dziurkę jeszcze powiększyła, sięgnęłam do wnętrza i wyjękiwałam kolejno następne dwa długopisy, szminkę do ust, 2 chusteczki i… jest, wreszcie się znalazł i klucz od mieszkania.
Musiałam raz jeszcze przepakować wszystkie swoje torebkowe skarby i spokojnie mogłam iść do domu, oczywiście na wszelki wypadek dzierżąc mocno klucz w ręce, żeby znów mi się nie zawieruszył. A już obawiałam się, że najbliższą noc spędzę na ławeczce w parku. No, wtedy zapalenie płuc byłoby już murowane.
Musze koniecznie wybrać się do ślusarza i co najmniej dorobić sobie 2-3 klucze, żebym miała jakieś zapasowe w torebce i na przykład u sąsiadki?
Oj Ewa, Ewa, zawsze z tobą są jakieś perturbacje.
Już nie mówiąc o tym, że muszę zacerować podszewkę w kieszonce torebki, żeby znów nie pochłonęła ona do swoich trzewi moich torebkowych skarbów, tylko…. no właśnie, jest problem, bo niestety pewnie znów nie nawlekę sobie igły, chociaż mam takie sprytne urządzenie do nawlekania, też nie zawsze jednak mi się to udaje. Najlepiej jednak byłoby przeszyć tą podszewkę maszyną do szycia, tylko kto mi to zrobi?
I muszę koniecznie jakąś sprytną skrytkę na klucze znaleźć, żebym zawsze miała je pod ręką i bez zbędnego bebeszenia torebki mogła zawsze je odszukać.

Dzisiaj rano przeczytałam dokładnie ulotkę zażywanego antybiotyku, najwięcej informacji dotyczy oczywiście przeciwwskazań używania tego leku, oraz bardzo dokładnie wyróżnione komplikacje, które mogą napotkać potencjalnego pacjenta zażywającego ten lek. Zresztą tego typu ostrzeżenia są na wszelakich ulotkach, które należy dokładnie przestudiować, zanim zacznie się nimi człowiek leczyć  . Jak to VIP sprytnie nazywa, są to tak zwane „dupochrony”, jak będziesz po nich mieć jakieś dolegliwości od razu powiedzą ci, a nie przestrzegaliśmy?
Właściwie tych przeciwwskazań i tych zastrzeżeń jest tak wiele, że w sumie człowiek zastanawia się, czy lepiej jest zażywać, czy nie zażywać tych leków? Na jedno niby pomoże, na inne na pewno zaszkodzi…..
Na szczęście pozostała mi tylko jedna kapsułka antybiotyku, więcej mój brzusio by nie wytrzymał i tak już się zaczął buntować, mimo, że dostaje ochronną tabletkę na jelita. Ale mój  brzusio górą, nic na to nie poradzę.

A propos Lotka, to chyba nie muszę dodawać, że noc znów nie wygrałam. Kto nie ma szczęścia w miłości….. et cetera.

Dzisiaj wstał dosyć pogodny i słoneczny dzień, nawet temperaturka podniosła się o kilka stopni, czego nie sprawdziłam jeszcze na sobie, bo raczej będę się w domku dogrzewała, nigdzie nie będę wychodziła.
Ale życzę wszystkim miłego jesiennego popołudnia, bo ono jest już tuż, tuż za progiem, tak jakoś mi ten poranek dzisiaj niespostrzeżenie szybko minął……

na to się nie umiera

I całe szczęście. Po prostu mam zapalenie oskrzeli, więc dostałam taki trzy dniowy antybiotyk, który pomoże mi to zwalczyć.
Nie jest wiec tak źle, mogłoby być gorzej, gdyby było to na przykład zapalenie płuc. Wtedy niestety musiałabym na nieco dłużej położyć się do łóżeczka, a tak, zażywając grzecznie antybiotyk, mogę sobie dzisiaj iść nawet do pracy. Pewnie, że lepiej byłoby, żebym jeszcze parę dni się wyleżała i wypociła, ale mus, to mus.
Pogoda wczoraj była nieszczególna, nie dość, że wychodząc z przychodni dopadła mnie ulewa, w dodatku zerwała się wichura, która wyrywała mi parasolkę i jeszcze nią wywijała, tak, że była praktycznie nieużyteczna i tak i tak zmokłam jak ta kura. Czyli siła złego na jednego.
Ale jestem silna. dam rade, przetrwam to jakoś.

A teraz mój ulubiony temat: polityka ( a jednak)
Nie można tego przemilczeć.
Jak strasznie trzeba kochać władzę i jak strasznie trzeba nienawidzić ludzi, żeby zakiełkowała w głowie myśl o tym, że władza będzie dążyć do tego, aby rodziły się nawet najbardziej zdeformowane płody, które i tak zaraz po narodzinach umrą w męczarniach, tylko po to, by je ochrzcić i nadać im imię ((Jarosław ??)
Czy ten stary, stetryczały dziad, a nie dziadek, bo na słowo dziadek trzeba sobie zasłużyć, zdaje sobie sprawę, ile cierpienia dozna to biedne dziecię, a ile psychicznych cierpień dozna matka, która przez 9 miesięcy będzie zmuszona pod sercem swoim nosić dziecko, o którym wie, że i tak zaraz po porodzie umrze w strasznych cierpieniach.
Czy ten człowiek jest normalny?????? Raczej nie, bo żaden myślący człowiek nie zadał by sobie tyle trudu, by wymyślić tak straszną traumę dla innego człowieka. Kaczyński dla władzy gotowy jest własną duszę diabłu zaprzedać. I oby ten diabeł jak najszybciej po tę jego duszę się zgłosił. Nie życzę mu śmierci, bo tego nie można nikomu życzyć, ale życzę mu  o p a m i ę t a n i a !!!!!
Bo to, co on wymyśla, jest nieludzkie! Dobrze, ktoś powie, zabijanie też nie jest ludzkim odruchem. Ale to są szczególne przypadki, gdy wiadomo, że takie dziecko niestety przed swoją śmiercią skazane jest na okropne męczarnie. Już raz mieliśmy niedawno taki przykład, gdy doktor Chazan, który ongiś sam skrobał na potęgę, dorobił się wielkiego majątku i nagle doznał olśnienia, tak nie wolno robić, skazał dziecko, które urodziło się bez mózgu, okropnie zdeformowane, na kilkudniowe, niewyobrażalne cierpienia, zanim z tym światem się pożegnał.
Już kiedyś pisałam o tym, że Kaczyński stanął w rozkroku, naraził się kobietom i czarny marsz, który się w zeszły poniedziałek odbył w wielu polskich miastach uświadomił mu, że może swoją ukochaną władze stracić. Wtedy podjął decyzję o niegłosowaniu na tę ustawę, którą wcześniej sam promował, ale tym samym naraził się swojemu prawicowemu elektoratowi, któremu nie spodobała się decyzja Wodza i którzy jawnie przeciw niemu wystąpili. Następny krok Kaczyńskiego jest więc podszyty prawdziwym tchórzostwem, sam nie wie, w jaki sposób rozplątać węzeł, który sam sobie na szyi zawiązał.
Pojął więc decyzję o tym, że będzie nakaz urodzenia dzieci nawet potwornie zdeformowanych, aby potem księża mogli zarobić chrzcząc je. A co będzie, jeżeli takie dziecko urodzi się w rodzinie nie katolickiej?
Gdzie istnieje prawo o wolności wyznania?, Polska jest katolicka, ale pełno w niej i  ludzi prawosławnych, niewierzących, lub wyznawców innej wiary, na co zezwala im Konstytucja.
Pewnie ta jego decyzja znów zaowocuje następnym czarnym marszem, który będzie jeszcze bardziej liczny i bardziej zdeterminowany, bo i tym razem kobiety nie dopuszczą do tego, żeby jedna osoba decydowała o ich życiu, o życiu ich dzieci, ich rodziny.
Żadne środki finansowe, a na takie, znając sytuację finansową naszego państwa  i tak liczyć nie będzie można, nie są w stanie zrekompensować strasznej mordęgi przez długie lata rodziny, w której takie dziecko się urodziło. Wiem coś na ten temat, jako, że w mojej nieco dalszej rodzinie borykają się z podobnymi problemami dziecka niepełnosprawnego umysłowo. I chociaż rodzice bardzo kochają swojego synka, każdy dzień jest dla nich poligonem, na którym staczają bardzo wiele bitew codziennych kłopotów. Niestety, nie wszystkie te bitwy są zwycięskie, jest sporo porażek teraz, a co będzie w przyszłości, gdy zabraknie rodziców? Jak taki chłopak, a potem mężczyzna, będzie wiódł swoje kalekie życie, skazany na samotność i łaskę, lub niełaskę tych, w otoczeniu których będzie przebywał?
Myli się ktoś, kto pomyśli, że jestem za zabijaniem dzieci. Nieprawda, każdy ma prawo do  życia, ale każda matka, każdy ojciec marzy o tym, żeby ich dziecko było normalne i zdrowe.  Jeżeli jest inaczej, muszą pogodzić się z losem, który zrzuca na nich ten straszny krzyż i to oni muszą podjąć decyzję o dalszych losach swojego dziecka i o losach całej rodziny. Nikt inny nie ma moralnego prawa decydować za  rodziców. Jesteśmy ludźmi wolnymi, to my podejmujemy życiowe decyzje, za które kiedyś sami odpowiemy przed Bogiem. Wtedy nie będziemy już mieć adwokatów, którzy nam pomogą, którzy będą współoskarżać, czy będą nas  bronić. Bóg dał człowiekowi wolną wolę, niech więc inny człowiek tej wolnej woli nam nie odbiera. Nikt nikomu takiej władzy nad drugim człowiekiem nie daje i nigdy nie dawał. Taką władzę ma nad nami tylko i wyłącznie Bóg, ale i tak pozwala On sam samym podejmować decyzje, za które kiedyś przed nim będziemy rozliczeni.
A nie mówiłam, ze wybierając Kaczyńskiego i Pis robimy piramidalny błąd, który odbije się na wszystkich Polakach?
Mówiłam, ale w najśmielszych moich wyobrażeniach nie dopuszczałam myśli, że dojdzie do tak drastycznych momentów w naszej Ojczyźnie i że będziemy w sumie więźniami rządzących, którzy niestety rządzą według widzimisię jednego przywódcy, aby zaspokoić jego ego. To nie są rządy pełnione  dla dobra Polaków, to są rządy dla zaspokojenia wiecznie niezadowolonego z życia satrapy.
Najwyższa pora to zmienić, chociaz teoretycznie nie bardzo widzę jakichkolwiek dobrych następców, ale każdy kto przyjdzie po pisie, oczywiście wyłączając radykalnych prawicowych stronnictw, będzie dla Polski mniejszym zagrożeniem, niż obecna władza.
Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji geopolitycznej, kto wie, czy takie obrażanie potencjalnych naszych europejskich sojusznikiem nie jest elementem politycznej gry, rząd chce wyprowadzić nas z Europy, będziemy skazani tylko sami na siebie, na własne frustracje, które władza niecnie przeciwko nam wykorzysta. Tylko niech Kaczyński pamięta, że kij ma dwa końce, sam kiedy może oczekiwać pomocy, której niestety nie otrzyma. Będziemy wtedy sami, jak wtedy w 1939 roku, gdy nikt nie podał nam pomocnej dłoni, nikt za nami się nie ujął.
Wiem, Kaczynski bardzo liczy na bratnią pomoc USA, ale oni są daleko poza Europą, mają inny sposób myślenia, inaczej spostrzegają rzeczywistość, zajęci są bardziej sobą, niż innymi, tu Kaczyński bardzo może się zawieść, tym bardziej, że dla Amerykanów słowo demokracja znaczy całkiem coś innego niż dla niego, czy każdego podległego mu pisowca. Bo trudno powiedzieć, żeby którykolwiek pisowiec miał własne zdanie na ten, czy inny temat, oni i tak mówią tylko to, na co im Wódz pozwala.
Czy coś się więc zmieni? Czekamy na decyzję polskich kobiet, które teraz też na pewno nie pozwolą sobie na takie bezprawne rozporządzanie nimi, jak jakimiś kukłami. Poprzedni bunt kobiet przyniósł pomyślne rozwiązania, czemu miałoby być teraz inaczej?
Naprawdę my Polacy jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, a co najgorsze, że ciągle nadal paplamy się  w tym polskim piekiełku i czekamy, aż ktoś rozpali dla nas następny gorący kocioł ze smołą następnego pisowskiego absurdu.

Rano wstałam całkiem w niezłej formie, może i dlatego, że porządnie się wyspałam? Co prawda ucho nad mi się przytyka, katar nadal siedzi w nosie, kicham i kaszlę, ale już nieco lepiej mi się oddycha, widać, że zażyta pierwsza tabletka antybiotyku już zaczęła działać. Pozostały mi tylko jeszcze dwie do zażycia, jedna dzisiaj wieczorem, no i jutro wieczorem trzecia, ostatnia.
Ciekawe jest to, że są tak zwane trzydniowe antybiotyki, które są również bardzo skuteczne, chociaz przez tak krótki czas są zażywane. Przynajmniej błona śluzowa żołądka jest przez krótszy okres drażniona antybiotykiem, ale i tak dostałam odpowiednią osłonę, by moje brzusio za bardzo na tym nie ucierpiało.
Najważniejsze jednak, że deszcz przestał padać. Tylko niestety jest chłodno, a może to tylko mi jest tak ostatnio ciągle zimno?
No nic, ubiorę ze dwa swetry na plecy i wyruszam w południe do pracy wyruszam.
Wirusy muszę troszkę przewietrzyć, może pofruną sobie radośnie do kogoś innego?
Życzę przyjemnego czwartku.

no to mamy……

 

Mamy kolejną środę i kolejną różę, oczywiście zamieszczoną z myślą o mojej Przyjaciółce Uli.
Hallo Ula, jak Ci się wiedzie tam w Poznaniu?
Bo mnie ostatnio nieszczególnie, nie mogę się z tego przeziębienia ( a może to już jest i grypa) podnieść, dzisiaj nawet idę do lekarza, bo widzę, że sama nie sprostam tym dolegliwościom.
A tu w dodatku pogoda całkiem niekorzystna, calutką noc padało i to całkiem zdrowo padało, niestety i ta środa też na taką płaczliwą się zapowiada.
Może tylko u nas w Krakowie, może u Ciebie jakiś promyczek słoneczny gdzieś tam się zabłąka, a wtedy nie zapomnij przesłać go do wyziębniętego Krakowa.
A tak ogólnie mówiąc, gdyby nie ten katar, który jest na tyle agresywny, że zajął nie tylko mój nos, ale także i moje lewe ucho, nie byłoby tak wcale źle.
Co tu narzekać, mieszkam sobie całkiem spokojnie, bez nerwów i jakichś większych zawirowań, ulica spokojna, od czasu do czasu tylko jakieś autko przejeżdża, więc i nie przeszkadza, do Alej, pełnego ruchu mam co prawda nie daleko, ale na szczęście piękny park wszystko wycisza. Ciekawe, czy gdy opadną listki będzie miało co tłumić ten alejowy zgiełk.
W mieszkaniu mam cieplutko i bardzo przytulnie, po prostu uwielbiam swoje mieszkanie i wcale mi żadna samotność nie przeszkadza, ale zresztą, czy można czuć się samotnie w tak doborowym towarzystwie, jakim jest moja własna osoba? Nie, żebym siebie przeceniała, broń Boże, na pewno jestem pełna wad, bo kto ich nie posiada, ale zawsze potrafię na tyle sama sobą się zająć, że nudy żadnej nie czuję. Zresztą jak często opisuję, dosyć często odwiedzają mnie tutaj różne osoby i zawsze jest bardzo miło.
No może znalazłabym jakąś malutką pretensję do niektórych, tych którzy zbyt rzadko, albo prawie że nigdy mnie nie odwiedzają, ale rozumiem, każdy ma swój własny dom, swoje rodzinne problemy, pracę i czasami chce odpocząć chociaż na moment w ciszy własnego domowego ogniska. Dobrze, że istnieją telefony, bo to tez jest pewnego rodzaju sposób komunikacji z rodziną.
A zresztą zawsze do mnie „gada” telewizor, oczywiście mam swój internetowy świat, nie licząc oczywiście Pokemonów, które też mnie od czasu do czasu odwiedzają, ale zauważyłam, że w taką deszczową pogodę i one niechętnie z tych swoich krzaczków wychodzą.
Tak więc Uleczko jest jak jest, raz lepiej, raz ciut gorzej, ale zawsze pełna optymizmu, przynajmniej na tę wygraną w Lotka, nie mówiąc oczywiście  o radości spotkania się z Tobą, mam nadzieję rychłego, patrze pozytywnie przed siebie.
Pozdrawiam Cię oczywiście serdecznie Ulu i całuski z Krakowa posyłam, te pozbawione grypowych wirusów oczywiście, coby i Ciebie nie zarazić

No a co poza tym jeszcze ciekawego?

Ano nic, wszystko się kisi w politycznym niebycie i najgorsze jest to, że nic się nie zmienia i nic nie zapowiada, że cokolwiek się zmieni, przynajmniej w najbliższym czasie.
Festiwal pisiej arogancji i głupoty trwa nadal, szkoda, że nie ma nikogo mocnego, który potrafiłby się temu przeciwstawić.
A ja zastanawiam się, ile jeszcze zła rządząca partia musi uczynić, żeby Polacy wreszcie ochłonęli, bo jak na razie nadal „wojujemy” z całym światem i tracimy kolejnych do tej pory sojuszników, którzy kiedyś chcieli nam pomóc, dzisiaj niekoniecznie, a nawet wręcz odsunęli się od nas, zagradzając nam dostęp do normalności panującej w Europie. Dowodem tego może być chociażby to, że Polacy na ważnej międzynarodowej konferencji zostali we Francji potraktowani jako osoba non grata, bez dodatkowych, przysługujących innym uczestnikom przywilejów. Wstyd i sromota, szkoda tych lat transformacji, które teraz poszły się kiwać, z powodu tego, że banda idiotów dorwała się do władzy i wyznaczyli sobie cel, psuć wszystko co tylko się da. I co najgorsze, świetnie im się to udaje.
Żal Polski, żal Polaków, żal tego, co sobie z takim trudem po ciężkich czasach komunizmy wywalczyliśmy.
Czy doczekam jeszcze lepszych czasów?
Jest na to malutka nadzieja, bo dzisiejszy rząd robi kolejno tak straszne pomyłki, strzela nie tylko polityczne ale i dyplomatyczne gafy, że kiedyś po prostu nie wytrzyma naporu i odejdzie. Tylko niestety nie będzie to tak szybko, jakbyśmy tego oczekiwali, jeszcze nie jedno w Polsce zepsują.
Obyśmy tylko nie doczekali się najazdu ze wschodu, bo rosyjscy obserwatorzy też widza, jak bardzo Polska upada, jaka jest już słaba……oby to nie był dla nas następny bardzo bolesny krok, z którego naprawdę już się chyba nie pozbieramy.
Smutno dzisiaj kończę ten mój wpis, ale nastrój mój politycznie jest ciągle nastawiony na bunt, pewnie nie tylko mój.
Są nikłe nadzieje, był już czarny marsz, był ogólnopolski strajk nauczycieli, ile jeszcze siły trzeba włożyć, aby Polska stawała się znów normalna?
Dlaczego te niecałe 30 procent ludzi wciąż daje się zwieść pustym słowom Kaczego Wodza, w co oni wierzą? Ile razy można zapewniać, że już, już prawda o Smoleńsku zostanie odkryta i…….. nic przez kolejne miesiące się nie zmienia, wciąż stoją w tym samym miejscu, tylko, że teraz Kaczyński, by być bardziej widocznym, musi włazić na stołeczek. Czy ci, którym udało się dostać te 500 zł plus naprawdę nie widza, że tuż obok nich są osoby, które takiego szczęścia nie mają, mimo, że często są to matki samotnie wychowujące dwoje dzieci. Gdzie jest ta pisia sprawiedliwość?
Czy naprawdę wszystkie zaszczytne i lukratywne stanowiska rządowe i około rządowe muszą otrzymywać osoby zupełnie niekompetentni, tylko dlatego, że są rodziną lub znajomymi królika kogoś z Pisu.
Znów pytam QUO VADIS POLSKO???

I to wszystko na środowy dzień, który jest, jaki jest, oby nie był tylko gorszy Powodzenia!