Właściwie każdy człowiek musi czasami sam ze sobą porozmawiać. No bo kto inny tak świetnie Ciebie rozumie, nie jak ty sam?
Ale nie jest tak źle, bo przynajmniej ja te swoje dysputy ze swoim drugim ja prowadzę po cichu, w moich myślach.
Wczoraj w drodze do pracy jechałam w autobusie z jakimś facetem, który też sam ze sobą rozmawiał, tylko tyle, że na głos.
Właściwie nie wiadomo, do kogo on przemawiał, bo co chwilę trochę diabolicznym wzrokiem na kogoś popatrzył i zaczynał rozmowę, tak o wszystkim i o niczym, a właściwie to o niczym konkretnie. Opowiadał, co robił, co jeszcze będzie potem robić, ot tak. Ludzie patrzyli na niego jak na dziwaka, trochę mu współczując, trochę się z niego w duchu podsłuchując. Facet był w wieku trudnym do ocenieniem, pewnie gdzieś około pięćdziesiątki, ale widać było, że nie wszystkie klepki w mózgu miał poukładane na swoim miejscu,. Biedny człowiek, tylko tyle, że on wcale z tego sobie sprawy nie zdawał. No i może to lepiej? W pewnym sensie był szczęśliwy, bo właściwie zajęty był sam sobą i nie obchodziły go wcale osoby, które koło niego siedziały, a jednak mógł się jednak wywnętrzyć, bez żadnych zahamowań.
Zresztą bardzo często osoby w tym wieku wykazują pewne zaburzenia psychiczne, z tym, że częściej dotyczą one kobiet, niż mężczyzn. Ale jak widać i ich też czasami taki los nie omija.
Pamiętam z dawnych czasów, że po ulicy Smoleńsk chodziła pewna kobieta, tez taka właśnie w podobnym wieku, dziwne było jednak to, że chodziła krokiem tanecznym, trzy kroki w prawo, trzy kroki w lewo po czym zaglądała do jakiejś bramy, stojąc kilka lub kilkanaście minut na jednej nodze i za chwilę znów ruszała dalej.
Pamiętam też dwie starsze kobiety, ubrane w lecie w futro i dźwigające po dwie ciężkie walizy. Były one tak ciężkie, że co chwilę przystawały, odpoczywały i dalej te walizy targały. Miały tam chyba cały swój dobytek życia, które codziennie przenosiły z jednego miejsca na drugie. Okropnie się tym męczyły.
Potem jakoś z horyzontu te osoby znikały, nie wiem, czy lądowały w psychiatryku, czy drogą naturalną dobiegały swojego kresu.
Ano różnych lokatorów ma Pan Bóg tu na ziemi, a ponieważ On kocha nas wszystkich, obojętnie, czy jesteśmy tacy, czy inni, nam też trzeba tolerować wszelkie ludzkie przypadłości. Niczemu nie można się dziwić, bo kto wie, co nas spotkać może?
Dzisiaj mamy już wymarzony piątek. Stąd dzisiaj zamieściłam dla Was życzenia przyjemnego dnia, bo wiadomo, piątek jest jednym z najprzyjemniejszych dni.
Co prawda najdłuższy dzień roku mamy już za sobą i już pomalutku zaczyna go nam ubywać (nie wiem czemu, ale zawsze, gdy o tym pomyślę, robi mi si e jakoś tak smutno), ale i tak jeszcze wciąż bardzo długo jest jasno za oknami
Dzisiaj idę z moim przedostatnim już zastrzykiem do pana doktora chirurga. Wciąż nie mogę powiedzieć, że doznałam jakiejś rewelacyjnej poprawy.
Niby jest ciut, ciut lepiej, ale nadal mam trudności rano ze wstawaniem i wyprostowaniem tego kolana, pewnie tak już mi zostanie.|
W dodatku wczoraj wracając z pracy rozbolało mnie to kolano dosyć mocno, pewnikiem na jakiś deszcz, czy burze się zanosi…..dziś, jutro…….
Deszczu co prawda na szczęście nie ma, ale jest dużo chłodniej niż wczoraj i jakoś tak smutno bez tego słonka.
Szybko do słonecznej pogody człowiek się przyzwyczaja i potem niestety bez jego obecności czuje się jakiś taki oszukany, niepewny.
Ale nie martwcie się, podobno na sam weekend, a już na pewno na niedzielę znów powróci piękna pogoda.
No to weekendujmy się wesoło
