Szczęśliwej środy Uleczku !!!
Właściwie to nie jest niespodzianka, bo wiadomo, że żadna środa nie może obejść bez różyczek dla Ciebie, Ulu.
Muszę wcześniej dzisiaj zamieścić mój blog, bo moja Przyjaciółka Ula już od samego rana jest aktywna i pewno już na mój blog czeka.
A skąd to wiem? No bo już na Face Booku polubiła moje dwa wpisy. Też dospać nie może , podobnie jak ja?
Uleczko kochana. Na pewno dzisiaj przed Tobą niezwykle aktywny dzień, bo i pogoda temu służy. Na pewno z tymi kijkami gdzieś biegasz, aż mi żal, że jesteś tak daleko, ale i tak bym Ciebie nie dogoniła, bo przecież ja teraz łażę jak ten ślimak pomału.
Moje kijki gdzieś tam są schowane (nawet po tej przeprowadzce nie bardzo wiem, gdzie się skryły), ale i tak na razie nie są użyteczne.
A może kiedyś……… wyjmę je z tego mojego lamusa i też będę z nimi biegała.
Tylko kiedy, chyba dopiero w następnym wcieleniu.
No to biegaj Uleczku za mnie i za siebie, może i mi to na zdrowie wyjdzie, gdy sobie pomyślę, jaka jesteś z tymi kijkami szczęśliwa.
Zresztą każdy ma inny „sposób” na życie. Ja nigdy nie byłam sportowo aktywna – niestety.
Pamiętam, że gdy jeszcze chodziłam do szkoły, zawsze migałam się od WF-u. Po prostu go nie lubiłam i już. Może dlatego przez to byłam taka zawsze ociężała, po prostu gruba? Zresztą chodzić też nie lubiłam. Wszelakie dalsze wycieczki dla mnie zawsze były piekielnym wymysłem i zastanawiałam się, jak to jest polubić męczyć się niepotrzebnie.
Kiedyś opisywałam swoje kłopoty z wyjściem na Babią Górę – byłam tam właśnie tylko jeden jedyny raz.
Wielkim nieporozumieniem było dla mnie podjęcie studiów na wydziale Geologii na AGH. Już pierwsza praktyka pokazała mi, że ja się na ten wydział po prostu nie nadaję. Nie dlatego, że trzeba było się sporo uczyć, bo na których studiach tego robić nie trzeba, ale praca geologa jest głównie w terenie i właśnie na takich praktykach chodziło się po różnych górkach i pagórkach i zbierało geologiczne okazy. Taka praktyka to był dla mnie koszmar, więc bardzo szybko, już po pierwszym roku, z tych studiów zrezygnowałam. Ale to już jest historia, chociaż niechęć do łażenia, nie tylko zresztą po górach, nadal bardzo głęboko we mnie tkwiła i tkwi nadal. Szczególnie teraz, gdy moje dolne kończyny odmawiają mi posłuszeństwa.
Ale czy z tego powodu mam być nieszczęśliwa? Musiałam sobie znaleźć jakiś zamiennik, a nim został internet.
Pewno, że to nie to samo, ale dzięki nim mogę w jednym dniu być zarówno gdzieś wysoko w górach, na najwyższym ich szczycie, a także i nad swoim ukochanym morzem. Mogę być wszędzie, nie tylko w Polsce, ale i na Alasce i w gorącej Afryce, mogę oglądać to wszystko, czego na pewno w realnym świecie bym nie zobaczyła. Może to nie jest dobry sposób na życie, taki trochę erzac, ale….. jak się nie ma co się lubi, czy nie lubi, to się lubi co się ma.
Zresztą teraz internet już troszkę inaczej traktuję, jak jeszcze kilka lat temu.Wtedy byłam jeszcze bardziej narażona na imprezowanie.
Przecież w tym internecie buszuję już chyba około 17 lat – to dosyć długi czas.
Pamiętam swój „pierwszy raz”, gdy siedząc z kolegą Mikołajem w kawiarence internetowej,, do której mnie zaprowadził, nie wiedziałam jeszcze, czego właściwie mam tam szukać, po prostu byłam zielona. Oglądałam wtedy profile członków mojej rodziny, mojego ojca, kuzyna, wujka, to wszystko, co mogłam w Wikipedii znaleźć.
No a potem weszłam na czat Wirtualnej Polski i tam też nie za bardzo jeszcze wiedziałam, jak się poruszać.
Ale pomalutku, pomalutku zyskiwałam różnych znajomych, raz fajnych, czasami wręcz nieodpowiednimi do towarzystwa i uczyłam się rozróżniać, co jest dobre, co jest złe w internecie. Tu starałam się posługiwać swoją intuicją, chociaz i ona nie raz mnie zawodziła. Bo wiadomo, są ludzie i ludziska.
Najszczęśliwsze chwile spędziłam na portalu Polchatu, w pokoju 50 -latków., a potem 50 latków plus. Pamiętasz Uleczko? Tam się spotkałyśmy przecież.:-)
Ale czas mijał i fascynacja tym pokojem pomału mijała, zresztą całe nasze fantastyczne towarzystwo jakoś się kolejno wykruszało, a ci nowi którzy tam zaczęli przychodzić, już nie byli tacy fajni. Już nie można sobie było swobodnie porozmawiać, pośmiać się, zaczęły się internetowe kłótnie, niedomówienia, złośliwostki, co powodowało, że stamtąd się wymiksowałam.
Pierwsze moje kroki na Face Booku to były różne głupkowate nieco gry, ale nic innego tam nie potrafiłam, znów nie wiedziałam, jak się tam wgryźć, poruszać. Ale stopniowo zaczęłam poznawać różne ciekawe osoby, różne ciekawe portale i tak tam tkwię do dzisiaj.
Jedno, co pozostało u mnie niezmienne od 14 lat, to ten mój blog, który polubiłam, w którym, mogę „powiedzieć” to co myślę, chociaz czasami narażam się niektórym i w „podzięce” dostaje przeróżne komentarze, czasami nawet niepochlebne.
Ale tym przestałam się już przejmować. Mój blog jest jak moje mieszkanie, do których wszystkich zapraszam, a jeżeli ktoś źle się tutaj czuje……. to jego wina, nie moja. Ale zawsze uwagi pozostawić można, nawet te, które niezbyt mi się podobają też przyjmuję do wiadomości, no chyba, żeby były wybitnie złośliwe, ale z takimi raczej się nie spotykam. Nie, to wcale nie oznacza, że każdy ma mi przyklaskiwać, przecież każdy ma prawo myśleć tak jak chce i widzieć ten sam problem w całkiem innym świetle. Przecież nikt nie powiedział, że jestem nieomylna.
No a teraz najczęściej oglądam sobie na necie przeróżne seriale. Właściwie nawet więcej na komputerze, niż w telewizji, która ostatnio, szczególnie przez okres wakacyjny, zrobił się nudny.
No co prawda są powtórki starych, bardzo wczesnych odcinków, na przykład „M jak miłość”, a teraz jeszcze jest powrót do pierwszej mydlanej polskiej opery „W labiryncie” – też wiele razy przeze mnie oglądany, ale lubię akurat ten serial, cieszę się, że do niego powrócili na TVP Historia.
A jeszcze zapomniałam wspomnieć, że był czas, gdy nagminnie grałam w Plemiona, ale ta gra zawsze doprowadzała mnie do wielkich nerwów, szczególnie, gdy zabierali mi wioski, które sobie sama rozwijałam.
Co prawda ja tez rabowałam cudze wioski, też je sobie przypisywałam, ale to już całkiem coś innego, mnie było wolno, im nie. 🙂
No to w końcu przestałam grać w tę grę, bo na co potrzebne mi były dodatkowe nerwy. Teraz wchodzę czasami na Plemiona tylko po to, by porozmawiać na nim z moim kolegą Grzesiem. Mam tam tylko jedną malusieńką, całkiem nierozwiniętą wioskę, ale wcale o nią nie dbam, tę grę uznaję tylko jako swoisty rodzaj czatu z moim kolegą.
No i czasami podglądam sobie jeszcze życie bocianków w Przygodzicach. Dwa dni temu obrączkowano trójkę maluchów, maja teraz piękne obrączki na łapach. To była cała akcja, zresztą potem sfilmowana. Najpierw ekipa została podniesiona na specjalnym wózku do wysokości gniazda, nakryła specjalną siatką maluchy (bociani rodzice byli wtedy poza gniazdem) i kolejno po jednym z nich wyjmowali i wsadzali do specjalnego pojemniczka.
Niestety najmłodszy z bocianków okazał się bardzo chory i został wzięty pod opiekę weterynaryjną, na razie nie powróci do gniazda. Pozostałe bocianki znów zostały umieszczone w gnieździe, które zostało wymoszczone świeżym siankiem. Szybko przystosowały się do nowej sytuacji, nawet te obrączki na łapach wcale im nie przeszkadzają, a i rodzice bocianów też tolerują z powrotem swoje dzieci w gnieździe, wcale ich nie zlekceważyły, co mogło się teoretycznie dziać po ludzkiej interwencji. Ciekawa jestem tylko, czy ten chory bocianek, który jest już podobno po operacji, będzie mógł do swojej rodziny powrócić.
No to może jeszcze coś o pogodzie? Dziwna jest taka, niby pochmurno, niby słonko wychodzi, właściwie człowiek nie wie, jak ma się ubrać, czy zaraz deszcz nie spadnie.
Jednak najlepiej byłoby ze sobą nosić jakąs niewielką szafę z kilkoma rodzajami ubrania i obuwia, żeby być zawsze na czasie.
No bo gdy ktoś na przykład rano wychodzi z domu, a wraca późnym popołudniem, czy wieczorem, skąd ma wiedzieć, jak ma się ubrać, żeby było dobrze?
Życzę Uleczce i wszystkim moim kochanych Czytelnikom pogodnej środy i dobrego humorku na dzień dzisiejszy
